Henryk Podczaski

POD KRZYŻEM

Notatki z 1986 r.

„Pod Krzyżem”.
Czym jest te kilkadziesiąt stron, które masz w ręku? Co one zawierają?
Jest to zbiór notatek sporządzonych na „gorąco” wiosną 1986 roku, ze zdarzeń ważnych i zupełnie drobnych, faktów istotnych i całkiem błahych, które związane są z tworzeniem Kościoła Żywego w jednym z warszawskich osiedli - „Ruda” Marymont.

Nie jest ten opis kroniką, nie odnotowano w niej chronologicznie wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce od przybycia do naszego osiedla katolickiego kapłana, księdza Henryka*. Jest jedynie, ze zrozumiałych względów subiektywną, miejscami niepełną i fragmentaryczną relacją z kilkunastu dni życia naszej wspólnoty osiedlowej. Ograniczyłem się, jak wspomniałem wcześniej, jedynie do spisania niektórych wydarzeń i faktów, w których w większym lub mniejszym stopniu uczestniczyłem lub byłem świadkiem.
Czytającemu mogą nasunąć się pytania:
    - Jaki jest koniec tej „historii”, która trwa?
     - I ...czy warto było zaczynać?

Ja.... na te pytania odpowiedź znalazłem w zwierzeniach kobiety, z którą wracałem po mszy św. z naszej świątyni „pod chmurką”:
    - „Proszę pana” - mówiła nieznajoma – „mieszkam w tym naszym osiedlu już sześć lat. Zagubiona, sama. Osiedle „Ruda”. Ziejące obcością i obojętnością betonowe bryły bloków. Zimne, odpychające, nieludzkie. I nagle w jednym z nich zamieszkał ksiądz. Pojawił się Krzyż. Przyszłam pod Niego. Zobaczyłam Człowieka, spotkałam ludzi. Kochających Boga i bliźnich, radujących się i smucących, myślących jak ja. Znalazłam sens istnienia. Wiem po co tu jestem.”
Nawet dla tej jednej kobiety warto było doświadczyć trudnych bolesnych, ale wspaniałych chwil. A przecież takich zagubionych, którzy odnaleźli drogę życia pod Krzyżem, jest wielu.

*) Ks. Henryk Michalak

Sobota 19 kwietnia 1986

Stawiamy krzyż!!! Wczoraj „wpadł” do nas ksiądz Henryk, prosząc byśmy z Ryśkiem (brat Ryszard Podczaski) przyszli do niego o dziesiątej rano, na małą, ale ważną naradę. Zaprosił już kilka osób i ma nadzieję, że zbierze około dziesiątki.
Przychodzimy z Ryśkiem punktualnie. U księdza jest tylko pani Joasia Kazimierska. Szykuje herbatę, ciasto i wychodzi. Zaczynają się schodzić pozostali panowie. Trochę się denerwuję, bo nie znoszę niepunktualności. Przed jedenastą są wszyscy – sami mężczyźni. Jest pan Andrzej (Andrzej Marowski) , dwóch panów Michałów (Michał Romanowski i Michał Heine), pan Adam (Adam Rzeszotarski), kilku znam z mszy odprawianych w księżowskim pokoiku, pozostałych widzę po raz pierwszy.
Jest nas dwunastu i „szef”- ksiądz Henryk.
     Gospodarz przedstawia nam sprawę budowy kościoła w naszym osiedlu „Ruda”. Wszystkie dotychczasowe działania, monity, wizyty - nie odnoszą żadnego skutku - pozostają bez odpowiedzi. I dlatego poprosił nas, przypadkowo dobrany zespół ludzi, których bliżej poznał mieszkając tu, na osiedlu „Ruda” - i chce się poradzić - co robić dalej?
    - Co myślimy o postawieniu krzyża na terenie wyznaczonym pod budowę kościoła?
Pan Andrzej ujmuje sprawę inaczej: że krzyż postawić trzeba – to dla niego pewne, lecz czy czas jest właściwy? Krótka wymiana zdań i dochodzimy do wniosku, że każdy jest dobry i każdy jest zły.
     Postanawiamy więc głosować – stawiać krzyż czy nie? Jawnie.
Pierwszy zabiera głos p. Andrzej – jest „za”. A potem zgodnie z ruchem wskazówek zegara - następny. Drugi głos - też „za”, z tym że prace muszą być dobrze zorganizowane. Hm...-myślę w duchu.- to tylko zależy od nas. Następny głos - „za”. Pan Adam także, dodając że pracując kilka lat na wsi jako lekarz i obserwując poczynania tamtejszej społeczności, doszedł do wniosku, że tylko w ten sposób możemy wywalczyć pozwolenie na budowę kościoła. Ksiądz Henryk- „za”. Rysiek i ja – też „za”. Natomiast pan siedzący obok mnie ma wątpliwości i to zasadnicze. Jest „przeciw”, gdyż uważa że powinniśmy to załatwić oficjalnie, poczekać, pisać, przypominać, a nie rozbijać jedności Kościoła, parafii itp. itd. Przytaczane argumenty wydają mi się niespójne i nielogiczne. Rysiek sarka i półgębkiem rzuca złośliwe uwagi, kopię go lekko pod stołem, by się uspokoił. Każdy ma prawo do wyrażania swoich poglądów. Panowie Michały - obaj są za stawianiem krzyża.

     A więc wniosek przechodzi. Znowu mój sąsiad próbuje nas przekonać o niewłaściwym naszym działaniu. Ale sprawa jest przesądzona, z tym, że postanawiamy zawiadomić ks. marianów na „górce” ( dotychczasowy kościół parafialny przy ul. Gdańskiej). Chcemy być w porządku wobec proboszcza naszej obecnej parafii, na terenie której postawimy krzyż. Ustalamy, że zrobi to delegacja składająca się z księdza Henryka, panów Andrzeja, Michała i mnie.
     Teraz pozostaje do omówienia termin pierwszej mszy. Za najwłaściwszy, wszyscy uważamy następną niedzielę – 27 kwietnia. Ksiądz Henryk proponuje godz. 18:00. Kilku z nas przypomina o mszy za Ojczyznę w kościele St. Kostki, która będzie tego dnia - nie zdążymy na nią. „Szef” Henryk stwierdza, że ta nasza msza jest dla nas ważniejsza. Na pewno ma rację – zgadzamy się z tym. Choć w sercu żal – od kilku lat nie opuściłem żadnej mszy za Ojczyznę. Naprawdę żal.
Na porządkowanie terenu i stawianie krzyża umawiamy się w sobotę poprzedzającą 27 kwietnia o godz. 10:00.
Biorę od księdza grabie, w których obsadzę kije. Szpadle i miotły będą dostarczone na miejsce.

Pozostaje sprawa bardzo istotna: powiadomienie jak największej liczby mieszkańców naszego osiedla.
        - Nie ma sprawy – uśmiechając się stwierdza pan Andrzej - będą ogłoszenia.
Z Bogiem!
Rozchodzimy się.

20 kwietnia, niedziela


Jak zwykle o 1600 „nasza” msza w kościele „na górce”. Ksiądz Henryk zawiadamia wiernych, ze zawiązała się rada parafialna w osiedlu „Ruda” i w niedzielę 27 kwietnia na terenie wyznaczonym pod budowę świątyni, pod krzyżem, zostanie odprawiona msza święta o godz. 18:00.
W sercu rodzi się niepokój, czy będzie nas dużo, czy ludzie zrozumieją o co idzie gra, o co zaczynamy walczyć?
Będzie chyba bardzo trudno. Ks. Henryk napomknął, że byłby zadowolony gdyby pod krzyż przybyła pięćsetka wiernych. Chyba też jest pełen niepokoju.
Ano zobaczymy...

25 kwietnia, piątek


Rozpowiadamy o naszej mszy wszystkim napotkanym znajomym i nieznajomym. W budynkach przy windach - ogłoszenia. Na miejsce zrywanych (nie brak aktywnych „gniewnych”) przylepiane są nowe. Pan Andrzej trzyma rękę na pulsie.
Grabie oprawiłem, nie wytrzymają godziny pracy, kije do luftu - same sęki. Ściągnąłem szpadle i siekierkę z działki, załatwiłem kilka ośmiocalowych gwoździ do zbicia krzyża.
Jutro pracujemy.

26 kwietnia, sobota

Zaczynamy!
Godz. 9:50. Biorę z Heleną i dziećmi - narzędzia, magnetofon z taśmami i idziemy na dzikie działki, na miejsce gdzie przed laty przebiegała starowarszawska uliczka Złotkowska. Obecnie zasypana ziemią, piachem, śmieciami, zarośnięta chwastami; odcięta z jednej strony budową naszej spółdzielni mieszkaniowej, z drugiej – niekończącą się budową trasy mostowej. Od lat nieużywana, smutny przedstawiała widok.

Z perspektywy tej niby-uliczki widzę w „cywilu” ks. Henryka, w śmiesznym kapeluszu z rondem opuszczonym w dół. W ręku trzyma siekierę.
- Rumcajs - pomyślałem patrząc na uśmiechnięta twarz okoloną czarną brodą.
Obok, pan Michał Romanowski i kilka osób. Jest pan Andrzej ze swoim synkiem Jurkiem.
- Ołtarz będzie tu - „szef” Henryk wskazuje miejsce, na którym tyra Michał ze szpadlem. Jest to kupa śmieci, złomu, zardzewiałych garnków, rupieci i gruzu. Nad tym wszystkim pochylają się dwie wysokie wierzby, jeszcze bezlistne, gdyż wyjątkowo chłodna wiosna nie pokryła ich zielenią.
Wybór miejsca wydaje mi się co najmniej dziwny. Ale przystępujemy do pracy. Pan Michał zdejmuje z asfaltu ulicy warstwę ziemi, spychając ją na to przerażające zbiorowisko rzeczy kiedyś komuś do czegoś służących. Włączam na magnetofonie piosenkę „Zamiast” Edyty Gepert i zaczynam robić to samo co Michał.

Zbiera się coraz więcej ludzi. Liczyliśmy, że trochę chętnych do pracy będzie, ale że aż tylu? Jestem mile zaskoczony.

Robota idzie pełną parą. Z początku trochę brak organizacji. Ale po pewnym czasie każdy znajduje sobie sam zajęcie. Nikną suche gałęzie, walące się płotki, dziko rosnące krzaki, chwasty.
To nieprawdopodobne, że w tak krótkim czasie uprzątnięto tak duży plac wzdłuż asfaltowej uliczki.
Ks. Henryk mijając mnie mówi:
- Niech pan spojrzy, minęło dopiero półtorej godziny, a ile zrobiliśmy!
Widać, że serce w nim rośnie z radości.

Słychać z oddali dzwon kościoła „na górce”- na Anioł Pański. Modlimy się...








I znowu idziemy do pracy. Ja na pagórek, na którym ma stanąć ołtarz. Taczkami mocne chłopy zwożą gruz, a na to ziemię. Ja wyrównuję i rozrzucam przywożony materiał. Taczka za taczką. Pagórek coraz wyższy, ale śmiecie jeszcze nie zasypane.Jeszcze potrzeba ziemi. I jeszcze...

     - Gdzie postawimy krzyż? Czy tu? - pyta „szef”, wskazując miejsce blisko wierzby.

Zdaniem pana Bogdana ( Bogdan Kazimierski) i moim, winien on stanąć po drugiej stronie ołtarza. Znajdujemy dogodne miejsce. Ks. Henryk aprobuje naszą propozycję. Zaczynamy kopać dół pod krzyż - na zmianę; gruz utrudnia pogłębianie. „Szef” idzie z „silną grupą” po materiał na krzyż, przywieziony „z Polski”, ukryty w zaroślach. Po chwili przychodzi prośba o pomoc - brzoza jest bardzo ciężka.
Ja kopię dół - nie wolno mi dźwigać.
Po chwili, kilkunastu najsilniejszych taszczy ośmiometrowy pień pięknej brzozy i belkę poprzeczną. Składają wzdłuż asfaltowej uliczki. Wszyscy podchodzą. Pnie pięknie odcinają się bielą świeżej kory od czerni asfaltu. Obie części krzyża są już podciosane i gotowe do złożenia.
- Jeszcze tylko przytnijmy końce na ukos- mówi „szef”, patrząc na szkic trzymany w ręku.
Jakoś nikt się nie kwapi do cięcia więc biorę piłę, kiwam na Ryśka i przystępujemy do roboty. Idzie coraz ciężej - drzewo jest mokre, świeżo ścięte. Zmęczyłem się. Przekazujemy piłę następnym chętnym.





Muszę odsapnąć. Idę po gwoździe. Bardzo chciałbym zbić ten NASZ KRZYŻ. Nie wiem dlaczego, ale bardzo tego pragnę. Próżność? Być może...
Wracam z młotkiem i potężnymi gwoździami. Wszystkie końce brzozy są już obcięte na ukos. I znowu nie widzę chętnego do roboty. Więc podchodzę do złożonych białych pni, pochylając się robię znak krzyża.
Wbijam gwoździe jeden, drugi i trzeci – tak mocno, aż spod kory tryska sok świeżego drewna. Odchodząc słyszę głos ks. Henryka, zwracającego się do dziecka:
- „Chłopcze zdejmij nogę z tego krzyża. To jest krzyż”.
Tak, to jest krzyż, to jest NASZ KRZYŻ. Krzyż ludzi, którzy otoczyli go pierścieniem . Ludzi , którzy jeszcze się prawie nie znają, ale już nie są sobie obcy. Bo łączy ich ten krzyż. I będzie ich łączył w modlitwie, w miłości, w radościach, w cierpieniach i troskach. Wierzę w to mocno.

Modlimy się stojąc wokół z pochylonymi głowami. Chwila zadumy.
Czas stawiać. Najsilniejszych kilkunastu podnosi. Pan Bogdan i ja blokujemy deską przy wykopie. Powoli unoszony mocnymi ramionami z najwyższym wysiłkiem, coraz wyżej i wyżej, krzyż wsuwa się końcem w dół. Jeszcze tylko obrócić, doprowadzić do pionu i stoi. Pozostaje obsypać kamieniami i ziemią.
Dopiero teraz widać jego wysokość. Jest piękny. Wszyscy są wzruszeni.
Jednak sam pagórek ma wygląd nieszczególny. Ktoś wpada na pomysł obłożenia go darnią. Miejsce gdzie ma stanąć ołtarz należy podwyższyć. I znowu taczka za taczką z ziemią. Skąd ci ludzie mają tyle energii i sił? Jeszcze kilka godzin i całe wzniesienie, na którym stanie ołtarz, obłożone jest zieloną darnią. Wygląda jakby trawa rosła na nim zawsze. Prezbiterium ograniczone z tyłu balustradą zbitą z desek. Po drugiej stronie uliczki, naprzeciw ołtarza, ustawionych kilka ławek ze starych pni.
A nad całym uprzątniętym terenem góruje nasz krzyż. Stajemy pod nim, zmęczeni, mokrzy od potu, brudni ale uśmiechnięci i radośni. Mamy wspaniałą świątynię. Modlimy się w skupieniu. Ks. Henryk dziękuje za pracę i trud. Ale to my chyba powinniśmy mu podziękować za ten dzień...
Rozchodzimy się szczęśliwi. Jutro pierwsza msza święta.

Z okien mojego mieszkania doskonale widać poprzez gałęzie zarośli, białe ramiona brzozowego krzyża. Nikt z moich najbliższych nie może się oprzeć, by co chwilę nie wyjrzeć i nie spojrzeć w tamtym kierunku.

27 kwietnia, niedziela


Po przebudzeniu, natychmiast z niepokojem do okna. Stoi. Wszystko w porządku.
Jest dość ciepło i chyba nie będzie padać, przeciwnie – przejaśnia się i będzie słonecznie. Nie możemy się doczekać osiemnastej.

O piątej widzę z balkonu idącego z kościoła na Gdańskiej ks. Henryka, pana Tolka, Michała i kilka osób, Jak zwykle o 16:00 była nasza msza na górce.
Demontuję mój domowy stół i z Ryśkiem niesiemy go pod krzyż. Na razie będzie służył jako ołtarz.

     Nadchodzi ksiądz z orszakiem niosącym walizki, torby, obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i kapliczkę. Szybko ubieramy stół, próba mikrofonu (jest głośnik na składanym stojaku), zawieszamy obraz i kapliczkę na krzyżu. Od strony parkingu nadchodzą ludzie niosąc składane krzesła; mamy ich pięćdziesiąt sztuk. Gromadzi się coraz więcej ludzi. Próbujemy ich kierować dalej przed ołtarz, ale za uliczkę. Początkowo nam się to udaje, ale ludzi coraz więcej. W końcu cała Złotkowska jest „zatkana”. Trudno, a właściwie na szczęście. Cieszymy się, że przyszło tak dużo ludzi. Oceniamy na co najmniej półtora tysiąca. Przed ołtarzem na asfalcie grupują się dzieci. „Nasi” obstawiają na wszelki wypadek ołtarz.
Godzina 18:00. Zaczyna się pierwsza msza święta pod naszym krzyżem. Wchodzą ministranci z ks. Henrykiem. Zaczyna powitaniem wiernych. Mówi mocnym głosem, ale wyczuwam, że jest jak i my, bardzo wzruszony. Zaczyna się Liturgia Słowa... a potem Eucharystyczna.
Dzieci stojące na początku mszy na asfaltowej uliczce wchodzą coraz wyżej i w końcu otaczają ołtarz. W przyszłości trzeba będzie to inaczej zorganizować, bo przeszkadzają.
Do Komunii Św. Przystępuje bardzo dużo wiernych.

Ogłoszenia: 1 i 3 maja mszy nie będzie ( by kogoś nie drażnić?) dopiero w niedzielę, czwartego. Natomiast od poniedziałku spotykać się będziemy i modlić pod krzyżem na majowym. Tak jak nasi dziadowie i ojcowie.
Błogosławieństwo i śpiew. Koniec mszy.


Ale zebrani rozchodzą się powoli. W grupkach toczą się rozmowy, padają pytania, czasami trudne, czasami śmieszne, a czasem nieco denerwujące, np. współmieszkaniec naszego bloku: kiedy zaczną budować kościół? - Kto? – pytam. Kręci się zmieszany.
- To my zaczniemy budowę, gdy dostaniemy zezwolenie - rozładowuję kłopotliwą atmosferę.
Na twarzach „naszych” widać zadowolenie. Ks. Henryk też jest odprężony i szczęśliwy. Ta nasza pierwsza msza „udała się” , jeżeli można tak to określić.
Pakujemy wszystkie rzeczy i powoli wracamy do domów. Jest ciepły wiosenny wieczór.

Gdy zapada zmrok Helena woła mnie do okna:
     - Słuchaj! Podjechał jakiś samochód, wycofał się w kierunku krzyża i wygasił światła. Czy coś nie chcą zrobić z krzyżem?
Zjeżdżam na dół. Zabieram Ryśka, Małgosię i szybko na „naszą” uliczkę. Za bzem stoi mały fiat. W nim - para młodych ludzi chciała znaleźć chwilę sam na sam. Śmiejemy się w duchu. Idziemy pod krzyż. U jego stóp płonie świeczka oświetlając białą korę pnia. Nie ma nikogo. Spokój. Cisza.

14 maja, środa

Majowe. Jako dziecko często chodziłem z rodzicami na to nabożeństwo do naszego parafialnego kościółka na Pelcowiźnie.
Później, z upływem lat coraz rzadziej, a w ostatnich latach w ogóle.
W pierwsze majowe dni o godzinie osiemnastej zjawiałem się z najbliższymi pod krzyżem, by „robić frekwencję”.
I oto przebudzenie!
Ten brzozowy krzyż, ozdobiony wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, zaczął przyciągać jak magnes. Te codzienne spotkania z Matką Naszą podczas śpiewanych modlitw pod krzyżem, stały się dla mnie przeżyciem, bez którego
mijający dzień byłby niepełny, stracony.
Atmosferę wewnętrznego skupienia, ciepła i serdeczności podczas naszych modlitw i śpiewania trudno wyrazić słowami. Tam trzeba być!

Na „majówki” przychodzi zawsze kilkadziesiąt osób. Prawie zawsze są Romanowscy z dziećmi, p. Andrzej ze swoimi chłopcami, pani Ewa „od scholi” ( Ewa Skarżyńska), siwa jak gołąbek pani Jadwiga, poważna pani Maria, pani Bożena ( Bożena Wojtaszek ) , nasz „klan” Podczaskich i wiele „twarzy” poznanych podczas akcji stawiania krzyża.
Ksiądz Henryk zawsze radosny i uśmiechnięty. Nic dziwnego - przepiękne chwile. A do tego, nareszcie spóźniona wiosna obudziła drzemiące rośliny i nasz kościół pod „chmurką”, został otoczony ścianami zieleni krzewów i drzew. Śpiew ptaków towarzyszy śpiewanym przez nas słowom pieśni „chwalcie łąki umajone”, kończącej nabożeństwo majowe.
A potem rozmowy, wymiana myśli, zamierzeń, planów.
Właśnie! Planów! Rozmawiamy o porządkowaniu terenu. Trzeba będzie przygotować go pod przyszły budynek katechetyczny i tymczasową kaplicę. A rośnie tam w tej chwili duża dzika grusza. Ks. Henryk napomyka, że pod koniec maja, być może zorganizuje autokarową pielgrzymkę na Jasną Górę.
24 maja jest rocznica święceń kapłańskich naszego księdza Henryka.

23 maja, piątek

Jutro jedziemy z pielgrzymką do Częstochowy. My w komplecie, plus Danka Kińska i Kasia. Ryśkowie z Maćkiem zostają w Warszawie, gdyż pojutrze Pierwsza Komunia Święta mojego chrześniaka.


24 maja, sobota

Wspaniała słoneczna pogoda. Ciepło.
Zbiórka i wyjazd o siódmej z Gwiaździstej przy parkingu. Na kilkanaście minut przed wyznaczoną godziną widzę z okna idących z tablicą informacyjną Romanowskich, p. Andrzeja ze swoimi zuchami i kilka osób. Idą pod krzyż.

- Mogli wczoraj o tym powiedzieć - myślę z żalem, byśmy też zaszli. Szkoda.
Biegniemy na Gwiaździstą. Są dwa autokary. Ks. Henryk przydziela miejsca wg sporządzonych list. Na tylnej szybie „naszego” autokaru Andrzej z Michałem przyklejają duży napis: „I Pielgrzymka na Jasną Górę Parafii Świętych Polskich Powstańców – Osiedle RUDA - Marymont”
Odjazd. Żegna nas Rysiek i pani Ewa – ona też musi zostać w związku z Komunią Św. kogoś bliskiego.
W naszym autokarze są sami znajomi z modlitw pod krzyżem m. in. rodziny obu Michałów, obok Andrzej ze swoimi chłopcami , Tolek. Z naszego domu oprócz nas, jadą tylko znajomi z synkiem z piętnastego piętra.
Wita nas ks. Henryk, który pierwszy odcinek trasy przejedzie z nami, by później przesiąść się do drugiego autokaru. Modlimy się i śpiewamy pieśni.

Pan Andrzej coś pisze na kartce- i wkrótce podaje mi słowa piosenki:

"Raduje się serce
Raduje się dusza
Gdy parafia Ruda
Na pielgrzymkę rusza
Oj da dana dana
Rudo ukochana
Nie masz to jak nasza
Nie och nie!
Dzieci uśmiechnięte
Starcy też weseli
Wszyscy pełni szczęścia
Serca jak na dłoni!
A na pierwszym miejscu
Jedzie Henio z brodą
Uśmiechy rozdaje
Pielgrzymce przewodzi!
Matkę Boską cieszą
Te nasze śpiewania
Miłością otuli
Kościół nam wymodli
A gdy już zmęczeni
Do domu wrócimy
Będzie o czym mówić
Będzie też co robić.
Błogosław nam Jezu
Kochaj nas Maryjo.
Weźcie nas w opiekę
My Wam będziem wierni!


Szybko przepisujemy w wielu egzemplarzach, rozdajemy i p. Andrzej przechodzi do przodu autokaru, by za chwilę przez głośnik zaintonować przyśpiewki. Wkrótce autobus rozbrzmiewa głośnym śpiewem ( nie zawsze czystym). Atmosfera robi się wspaniała. Czas szybko ucieka. Już postój. I znowu w drogę. Śpiewamy pieśni. A potem p. Andrzej podchodzi do mikrofonu i przedstawia się, choć nie musi, bo wszyscy go dobrze znają. Zwierza się ze swoich trosk z którymi jedzie do Jasnogórskiej Pani. Jedzie wraz z małymi synkami, by prosić Ją o szczęśliwy powrót ciężko chorej, operowanej w odległym Wiedniu, żony i matki - Sabiny. Modlimy się w skupieniu i powadze.
Wjeżdżamy do miasta. Po prawej stronie w oddali wieża Jasnogórskiego Klasztoru. Częstochowa.

O dwunastej przed cudownym obrazem Pani Jasnogórskiej nasz kapłan będzie sprawował Najświętszą ofiarę Mszy św..
Mamy jeszcze ponad godzinę czasu. Z parkingu za księdzem i Michałem niosącym tablicę informacyjną naszej pielgrzymki, wchodzimy w bramę klasztorną, i kierujemy się na mury klasztorne w miejscu gdzie zaczyna się droga krzyżowa. Po krótkim oczekiwaniu widzimy zbliżającą się białą postać Paulina. Wita się serdecznie z naszym księdzem. A potem przyjmuje nas ciepłymi słowami. Zbliża się południe. Jest upalnie. Żar leje się z nieba. Idziemy w kierunku kaplicy. Wewnątrz tłum.
Początkowo wydaje się nam za niemożliwe dostanie do środka. Część ludzi wychodzi. Prawą stroną wciskamy się w tłum. Krok za kroczkiem idziemy jak najbliżej cudownego obrazu. Nie widzimy Go, gdyż jesteśmy w bocznej nawie. Agatę niosę na rękach. Dociskamy się do bocznego ołtarza. Trudno, będziemy tu się modlić podczas mszy świętej. Stojąc na stopniach ołtarza widzę jedynie tłum ludzi, głowa przy głowie, nieprzebrane mrowie ludzkie.
Zaczyna się Przenajświętsza Ofiara. Słyszę mocny głos naszego kapłana, księdza Henryka. Żałuję, że nie jestem przed ołtarzem głównym. Nawet nie wiem ilu księży koncelebruje. Podczas czytania słyszę głos p. Tolka ( Feliks Augustyniak), a potem Dobra Nowina i homilia naszego kapłana. Wspaniała. Ludzie w ciszy i skupieniu słuchają mądrych słów. Z twarzy można odczytać, że głęboko trafiają do serc. Wzruszenie i jednocześnie jakiś błysk dumy, że to nasz ksiądz Henryk potrafił poruszyć serca tego
nieprzebranego tłumu, mówiąc o jedności Polaków i miłości. Miłości do Boga i ludzi. O jedności i miłości, które potrafią pokonać każde trudności i przeszkody.

Błogosławieństwo. Koniec mszy św.
Zasłonięcie cudownego obrazu. Tłum faluje. My wycofujemy się. Przyjdziemy później popołudniu, gdy będzie luźniej ( o ile będzie ). Przystępuję do Komunii Św.
O drugiej - droga krzyżowa. Słuchamy słów czytanych przez naszego kapłana i śpiewamy idąc od stacji do stacji.
     Do naszej pielgrzymującej grupy przyłącza się wiele osób. Kończymy się modlić. Wolny czas do siedemnastej. Po posiłku wracamy z dziećmi do klasztoru. Ciągną mnie na wieżę. Helena z Danką zostają na dole i idą się pomodlić przed Cudownym Obrazem. Wdrapuję się ze swoimi pociechami na najwyższy krużganek i z powrotem na dół. Zostawiam dzieciaki z Heleną a sam idę do kaplicy.
Wiernych jest już dużo mniej. Bez kłopotu podchodzę do kraty oddzielającej prezbiterium. Klękam i zatapiam się w modlitwie. Nie wiem na jak długo. Podnoszę głowę. Otwieram oczy i widzę p. Andrzeja z Jasiem na ręku i Jerzyka trzymającego się spodni ojca. Zaczynam się modlić do Najświętszej Matki, prosząc Ją o zdrowie dla Sabiny, żony i matki tych trojga. O powrót tej kobiety, której nie znam, ale która staje mi się w tej chwili dziwnie bliska. Tak gorąco i żarliwie modliłem się do Czarnej Madonny kilkanaście lat temu. Prosiłem wtedy o zdrowie dla mojej matki.

Przed piątą po południu zbieramy się na murach klasztornych. Nadchodzi ks. Henryk z kilkoma osobami niosącymi dużych rozmiarów płaskie pudło. Z zaciekawieniem podchodzimy i pytamy o zawartość:
    - Kopia obrazu Matki Częstochowskiej - odpowiada „szef” – Będzie zdobić naszą przyszłą kaplicę.
Żegnamy Jasną Górę. Odjazd. Nad Warszawą ołowiane chmury, nadciąga burza. Dojeżdżamy na ul. Gwiaździstą, stąd rano wyruszyliśmy. Z rzadka padają duże krople deszczu. Większość uczestników pielgrzymki idzie pod krzyż. Śpiewamy apel Jasnogórski w szumie kropel spadających na liście drzew. Ulewa.

25 maja, niedziela

Pierwsza Komunia Święta Maćka , mojego chrześniaka.
     O szóstej wieczorem wszyscy idziemy do naszego kościoła „pod chmurką”. Jest dużo ludzi mimo rodzinnych uroczystości komunijnych. A może właśnie dlatego – więcej wiernych z poza osiedla.
Ks. Henryk przekazuje relację z pielgrzymki, żałując że nie wszyscy chętni mogli w niej uczestniczyć. W przyszłym roku lepiej się zorganizujemy. Po mszy pragnie pokazać obraz, który przywieźliśmy z Jasnej Góry. W „zakrystii” wyjmujemy obraz z pudła. Niosąc wraz z jednym z uczestników pielgrzymki wizerunek Czarnej Madonny, słyszę westchnienia zachwytu ludzi.
Umieszczamy obraz na naszym krzyżu. Od-chodzę dalej pod drzewa i patrzę w smutną, ciemną twarz Madonny otoczoną złotą aureolą. Tak - mamy piękny obraz do naszej kaplicy. Kaplicy, której jeszcze nie ma.

7 czerwca, sobota

Jak zwykle w wolne soboty, porządkować będziemy naszą zieloną „świątynię”. Dziś także ogłoszono w masmediach „dzień porządków” z okazji zbliżającego się zjazdu PZPR.
Jest upalnie. Przed dziewiątą wychodzę na „naszą” uliczkę przed krzyż. Przed budynkiem administracji dostrzegam przygotowaną „na czyn” taczkę ze szpadlami. I nikogo, pusto. Jedynie na ławce siedzi kilku gospodarzy naszych domów.
Rozmawiają.
U „nas” pod krzyżem krzątają się znajomi. O dziesiątej jest już kilkadziesiąt osób, nie licząc dzieci, które też chętnie pomagają. Ja postanowiłem „zabawić” się w drwala i usunąć wielką dziką gruszę, rosnącą na terenie naszej przyszłej kaplicy.
Kilku mężczyzn, z Michałem na czele pracuje z taczkami przy ołtarzu, ks. Henryk „dopadł” suche drzewo przy przejściu.
Zająłem się „moją” gruszą. Idzie opornie i powoli. Drzewo twarde, a siekierka i piłka nie do takiej pracy. Pot zalewa oczy. Godzina rąbania. Pień drzewa tak podcięty, że nie wiem jakim cudem jeszcze stoi. I nagle leci! Trzask łamanych gałęzi.
Nadbiegło kilka osób z „szefem”, by zobaczyć czy nic się nie stało. Ale wszystko w porządku. Z lekarzem, p. Adamem rąbiemy i piłujemy zwalone drzewo na drobne i wyciągamy na śmietnisko przy trasie mostowej. Jeszcze godzina pracy i teren oczyszczony.
Podchodzę pod krzyż aby chwilę odsapnąć, a tu wspaniałe zmiany. Wzniesienie pod ołtarz, które z czasem osiadło i ołysiało z trawy, zostało znacznie podwyższone, wyrównane przez „ekipę” Michała. W pobliżu krzyża zbudowano schody z płyt a całe wzniesienie okolone kamieniami i pasami zielonej trawy, prezentuje się wspaniale. Trzeba by jedynie posadzić trochę kwiatów, pojedziemy po nie jutro do kwiaciarni przy Powązkach.

„Nasza” uliczka Złotkowska została poszerzona, usunięto z niej wiele ziemi i gruzu i wycięto wiele krzaków. Odpoczywając na nowo wykonanych ławkach z zadowoleniem oglądamy efekty naszego dzisiejszego trudu. Tak, możemy być zadowoleni.
Nasza świątynia jest coraz piękniejsza. Jutro musimy tylko posadzić kwiaty. Koniecznie!
Wracamy zmęczeni ale weseli do domów, umawiając się z Gosią ( Małgorzata Romanowska) i Michałem jutro koło południa pod krzyżem i radząc jakie rośliny najładniej będą zdobić nasz ołtarz.
Przed budynkiem administracji nie ma nikogo. Taczka ze szpadlami stoi w tym samym miejscu, rzucając cień na zaśmieconą ziemię.

17 czerwca, wtorek

Dziś odpust. Pierwszy odpust w naszej parafii pod wezwaniem Świętych Polskich Powstańców. Dziś Alberta, naszego patrona. Słoneczny, piękny dzień. Idę z rodziną na mszę św. Nasz brzozowy krzyż zdobi wizerunek o. Alberta. Przyniosły go na nasze uroczystości siostry Albertynki z praskiego zakonu.
W homilii ks. Henryk przybliżył nam piękną postać powstańca styczniowego, świętego Alberta. Jakże wspaniały patron.

26 czerwca, czwartek

Codziennie o siódmej wieczorem pod krzyżem modlimy się do Najświętszego Serca Jezusa. Nabożeństwa czerwcowe.
Modlących się nawet więcej niż na majowych. I ten sam wspaniały nastrój. Życzliwość, przyjaźń i wspólne trwanie pod krzyżem w naszej świątyni.
A ta zielona świątynia pięknieje nam coraz bardziej. Posadzone na początku miesiąca lobelie i szałwie, szafirem i krwistą czerwienią zdobią prezbiterium wyłożone przeze mnie kamionkowymi płytkami. Paprocie okalają swoimi zielonymi pióropuszami miejsce, gdzie zasiada schola. Obok olbrzymi kilkutonowy piękny głaz i kilka mniejszych. I zawsze bardzo dużo ciętych kwiatów, przynoszonych przez bezimiennych wiernych. Zdobią ołtarz, stolik scholi, wykwitają u stóp krzyża, są wszędzie.
Nad estetyką tych różnobarwnych plam czuwają Małgosie, Ryśkowa i Michałowa. Trawą „zajmuje” się moja Helena, strzygąc ją z nieprawdopodobną cierpliwością krawieckimi nożyczkami. Michał ze mną załatwia sprawę podlewania tego wszystkiego – jest susza i trzeba codziennie przynosić wiadrami wodę z domów lub pobliskiego kanałku. Efekty tej naszej pracy cieszą oczy i serca. Coraz więcej ludzi przychodzi w wolnych chwilach, by tu na ławkach przysiąść w modlitwie przed naszym krzyżem. Ta zapomniana i zarośnięta do niedawna uliczka, stała się miejscem spacerów, odpoczynku zadumy i medytacji wielu mieszkańców naszego osiedla.
Trochę żal, że zmniejszyła się kameralność, intymność tego zakątka przez poszerzenie naszej świątyni w kierunku ul. Gwiaździstej. Spychacz usunął część dziko rosnących krzaków i wyrównał teren – tu w przyszłości ma stanąć nasz kościół.

28 czerwca, sobota

Ostatni dzień roku szkolnego. O wpół do ósmej msza św. dla młodzieży ze szkoły im. Lelewela. Idę z aparatem by zrobić kilka zdjęć i uwiecznić tę uroczystość. Pod krzyżem jest ks. Henryk i Michał. Ołtarz już ubrany. Michał biegnie do pracy. Nadchodzi grupkami młodzież. Zaczyna się msza, strzelam kilka zdjęć i szybko do pracy. Jest bardzo późno.

O osiemnastej Najświętsza Ofiara w rocznicę pierwszej mszy odprawionej przez naszego kapłana w osiedlu „Ruda”. Minął rok. Co zbudowaliśmy w tym czasie?
    - Odpowiedź miałem przed oczyma - tłum wiernych. Ludzi – w podeszłym wieku, młodzież, dzieci – Kościół Żywy. Wyrażający swą wdzięczność swemu kapłanowi oklaskami po podziękowaniu, złożonym w naszym imieniu przez Małgosię i Andrzeja, trzymającego za rękę moją Agatkę. W podzięce – wiązanka róż.

A wieczorem po deszczu ognisko, na które zaprasza nas schola.
Układamy z Michałem stos z gałęzi. Nadchodzi ksiądz Henryk, pani Ewa ze „swoją” scholą, dużo rodzin, dzieci.
Nasz „szef” zapala ognisko, płomienie strzelają wysoko iskrami w niebo. Tworząc zamknięty krąg zaczynamy śpiewać przy dźwiękach gitar. Rysiek zajmuje się pilnowaniem ognia. Andrzej stworzył z kilkoma małymi chłopcami „silną grupę”, która
dowcipnymi okrzykami wypełnia przerwy między piosenkami. Szybko ucieka czas, tyko wokół ogniska jest jasno. Wieczorny zmrok wypełnia otaczające zarośla. Trzeba kończyć. Śpiewamy kołysankę „Zapada zmrok”. Uroczy wieczór. Rozchodzimy się powoli do swoich domów.

5 lipca, sobota

Dzień porządkowania placu wyrównanego przez spychacz. Pogoda bezwietrzna, jest duszno, powietrze wilgotne jak w tropiku. Helena ugotowała dwa wiadra kompotu... I tak będzie za mało.

Idziemy pod krzyż. Wybieranie gruzu i grabienie terenu idzie pełną parą. Z zarośli postanawiamy przytoczyć leżące tam betonowe bloki - służyć będą jako podstawy ławek. Idę nad kanałek szukać odpowiedniego narzędzia – łomu czy pręta.
Znajduję, przystępuję do pracy. Bloki są niezwykle ciężkie, ale przy pomocy znalezionego „urządzenia” idzie mi robota dość sprawnie. Wszyscy uwijają się jak mrówki, głównie usuwają gruz i oczyszczają plac. Montowane są nowe ławki. Żar leje się z nieba, pot zalewa oczy. Chce się pić. Po drugiej zamiatamy i porządkujemy otoczenie ołtarza. Zauważamy, że "prezbiterium" upodobał sobie kret, który zniszczył świeżo obciętą przez Heleną trawę i naruszył ułożone płytki. Trzeba będzie coś z tym zrobić.
Wieczorem msza.

O osiemnastej msza święta. Dość dużo ludzi, znacznie mniej dzieci- wiadomo wakacje. W dalszym ciągu upał. Prośba do Boga o deszcz. Rozchodzimy się.
Wieczorem telefon. Ks. Henryk proponuje byśmy załatwili „sprawę” kreta i przeszli się pod krzyż. Chętnie. Biorę butelkę nafty i szmaty. Zjeżdżam. Na dole czeka już „szef” z Tolkiem. Na razie jest przyjemnie – wieczorny chłód. Dochodzimy do „naszej”
uliczki. Nie ma nikogo. Cisza. Zdejmuję naruszone przez kreta płytki. Robię tampony , oblewam naftą i w ziemię. Chyba poskutkuje. Tolek zmiata liście – lecą z wierzby, susza.
Siadamy naprzeciw krzyża. Co za błogi spokój. Od strony trasy nadchodzi kobieta z dwojgiem dzieci. Poznaję. To moja sąsiadka z czternastego piętra. Ks. Henryk zaprasza do nas. Rozmawiamy. Zapada zmrok. Czas wracać do domu choć tu tak przyjemnie.
- Ja z dziećmi jeszcze zostanę by się pomodlić przed nocą – mówi sąsiadka.
My odchodzimy....

6 lipca, niedziela

Upał. Podlewamy kwiaty przy ołtarzu. Śladów pracy kreta nie widać, chyba się wyniósł.
O osiemnastej jak zwykle msza św. Nadciąga burza. Z dali słychać grzmoty. Czy będzie lać w czasie liturgii? Pan
Bóg jest łaskawy. Nie pada.

7 lipca, poniedziałek

Dziś moje urodziny. Całkiem o nich zapomniałem. Helena także. Nic dziwnego! Co innego mamy na głowie. Pojutrze wyjeżdża z dzieciakami do Sopotu. Ryśków już nie ma, wyjechali wczoraj.
Umarł kolega z pracy, Bobek . Jutro o dwunastej pogrzeb na Wólce.

Po czerwcowym, ks. Henryk odwołuje mnie na bok. Prosi byśmy spotkali się jutro o siódmej rano pod kasztanami za trasą mostową. Mamy załatwić załadunek kamieni, które „idą pod spychacz”, a nam się przydadzą. Umawiamy się, że będę przed pracą o siódmej.
Podlewamy jeszcze kwiaty wodą przynoszoną wiadrami z kanałku przy Gwiaździstej. Daleko... trzeba będzie wkręcić pompę.
Michał zamiata uliczkę i usuwa suche liście spadające z drzew. Gosia jak zwykle robi „remanent” z kwiatami w wazonach. Wspaniale kwitnie szafirowa lobelia. W przyszłym roku posadzimy ją wzdłuż całego „prezbiterium”.

8 lipca, wtorek

Budzi mnie szum deszczu. Zrywam się. Woda leje się strumieniami z nieba. Ściana wody.
- Chyba zrezygnujemy z roboty - myślę ubierając się szybko. Przed siódmą staję w oknie. Gdy zobaczę idącego księdza wyjdę z mieszkania i podążę za nim. O siódmej widzę idącego szybkim krokiem księdza Henryka, „w cywilu”, chroniącego się pod parasolem.
- Pójdę tą samą trasą, naszą uliczką Złotkowską; będzie mniejsze błoto - myślę.
Zjeżdżam i wychodzę lawirując między kałużami. Deszcz znowu się nasila. Parasol przecieka. Dochodzę do uliczki i skręcam.
Z daleka, na wysokości ołtarza widzę dwie postacie pod parasolami. Poznaję - ksiądz i Michał. Zwróceni do mnie twarzami.
Nie rozmawiają.
Pierwsza myśl:- Dlaczego nie schowają się pod drzewo i dlaczego stoją tu, skoro umówieni jesteśmy za trasą?
Podchodzę szybciej na kilka kroków. I nagle szok!!!

Spojrzałem i zamarłem!

Nie ma naszego krzyża! Nie ma niczego, ani ołtarza, ani kwiatów, ani ławek, ani kamieni. Pozostało wzniesienie rozmytego przez deszcz ciemnego błota. Bezsensownie wchodzę na nie. Szukam śladu krzyża, ale nawet tego nie znajduję.
Wzrokiem rejestruję: Balustrada wycięta i połamana. Fikus w doniczce leży nieopodal. Palma zniesiona stoi z tyłu, oszczędzili
ją, W błocie naszego prezbiterium gdzieniegdzie tkwią płytki, którymi było wyłożone.
Koszmar! Porażające. Odwracam się. Nie ma ławek. Wyrwane. Ślady po kamieniach okalających miejsce, gdzie śpiewała schola. Wywieźli. Paprocie powykręcane. Wszystko zniszczone. Pod stopami, na asfalcie spostrzegam zmywane przez deszcz ślady trocin. Boże, to tu cięli nasz krzyż.
Nie mówimy nic. Tylko deszcz leje.
- Muszę odwołać transport tych kamieni i jadę zawiadomić Kurię - mówi powoli ksiądz Henryk.
Ma zmieniony, zduszony głos. Boję się spojrzeć mu w twarz.
- Niech ksiądz się nie martwi, wszystko będzie dobrze – słyszę słowa Michała robiącego gest jakby chciał go uścisnąć.
Ja nie jestem w stanie wydusić z siebie żadnego słowa.
Niebo płacze deszczem. Właściwie szlocha. Moje serce także - tylko oczy pozostają suche.
Wlokę się do pracy.
....................................................................................................................................................
Rano z biura telefonuję do domu. Mówię co zaszło i słyszę tylko słowa Heleny:
     - O Jezu! To niemożliwe – i cisza.
..................................................................................................................................................
Nie mogę skupić myśli. Kotłują się wokół widoku, który utkwił mi przed oczyma. Z pracy nici.
..............................................................................................................................................
Przed dwunastą wychodzę z pracy i jadę na pogrzeb kolegi z pracowni. Bobek był niepraktykujący i nie wiem, czy wierzący.

Pogrzeb – katolicki. Smutna uroczystość. Jestem jedynym przystępującym do Komunii Św. Tak... – smutno mi.
..................................................................................................................................................
Po powrocie do biura – telefon do domu.
Helena zdaje relację:
- Stoi już nowy krzyż. Niewielki, z desek.
Ludzie, głównie kobiety porządkują co się da. Nawet ułożono znalezione płytki – pod ołtarz.
Niepokojące – zostały zwiezione elementy ogrodzenia. Widocznie będą grodzić. Fatalnie!
Jadę po pracy do domu autobusem „185”, by przechodzić przez „nasz” teren. Siąpi deszcz. Wchodzę na naszą uliczkę od strony trasy. Nie widzę nikogo. Z daleka dostrzegam niewielki półtorametrowy krzyż, odbijający się złotem świeżego drewna
od otaczającej zieleni. Podchodzę bliżej, wkopany jest prawie w tym samym miejscu, w którym stał zniszczony. Są wiązanki kwiatów, mnóstwo kwiatów. Miejsce gdzie był ołtarz - uprzątnięte.
     - „Kiedy przyjdą nas w końcu zmienić” – słyszę zniecierpliwiony głos i dopiero teraz dostrzegam stojącą za wierzbą Bożenę i nieznajomą mi panią. Są zmoknięte i zziębnięte.
     - Biegnę po swoich i wracam- mówię.
Szybko jem obiad, biorę z sobą córeczkę Agatkę i idę. Helena przyjdzie później. Pań nie ma. Widzę natomiast trzech mężczyzn z dwojgiem maleńkich dzieci. Chyba przyszli na spacer. Jeden z nich mówi do drugiego, tak że słyszę:
     - „Popatrz jaki piękny głaz” – i wskazuje na olbrzymi kamień ustawiony obok naszego krzyża.
- „Nadaje się na cmentarz, komuś na grób” - dodaje drugi.
Myślami jestem zupełnie gdzie indziej i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że te zdania są wypowiedziane tak głośno, bym je słyszał. Ach, rozumiem! To nie jest spacer, ale służba. No, a dzieci...też na służbie?
     - „O, popatrz – krzyż! Co on tu robi?” – dalszy ciąg przedstawienia.
     - „Na pewno kogoś tu zabito. Może w Powstaniu Warszawskim” - kpiąco dodaje trzeci.
I odchodzą w kierunku parkingu przy Gwiaździstej. Po kilku minutach idę za nimi. Nie myliłem się; za zakrętem stoi wołga na służbowych numerach. Moi trzej znajomi wewnątrz. Dzieci nie ma. Wracam z Agatką pod krzyż. Jest już kilka osób. Z zarośli dochodzi dźwięk piły. To Andrzej. Piłuje długie żerdzie.
    - Co majstrujesz?- pytam
     - Krzyż. Jeszcze jeden krzyż. Będą dwa. A jeżeli będzie trzeba to ustawimy i następne - odpowiada spokojnie z uśmiechem.
Nie widać na jego twarzy żadnego wzburzenia. Zazdroszczę mu tego opanowania i spokoju. We mnie jeszcze wszystko się gotuje.
     - Skoczę do domu po siekierę i gwoździe, trzeba drzewo trochę podciosać i spasować
Idę. Niepotrzebnie. Gdy wróciłem krzyż już gotowy Pozostaje go wko-pać. Stawiamy go za tym z desek. Jest wyższy, zbity ze starych, sękatych żerdzi, wygląda bardzo surowo.

Zbliża się czas mszy. Przynosimy z domu mój stół, znowu będzie służył za ołtarz. Przychodzi ks. Henryk z walizką i torbą. Stół rozstawiamy i ubieramy na asfaltowej uliczce, bezpośrednio przed krzyżami. Ksiądz z jakąś pewnością w ruchach, determinacją i jakby pośpiechem ustawia kilka świec w miejscu gdzie stał przedtem ołtarz.

Przybija do topoli wiersz – modlitwę „ Nie zdejmę krzyża ze swej ściany”. Ktoś zapala świece tkwiące w świeżej ziemi. Ksiądz zakłada ornat, otaczamy ścisłym kołem ten polowy ołtarz i rozpoczyna się msza święta. Tłumu nie ma, wiadomo urlopy. Ale jak na takie zdarzenie - powinno być więcej. Trudno.
Ksiądz poświęca krzyże. Czujemy, że jest bardzo wzburzony. Wyczuć to można w brzmieniu jego głosu i po sposobie odprawiania mszy. Dopiero po Modlitwie Pańskiej odpręża się i „staje się sobą”. W ogłoszeniach oznajmia, że o tragicznym incydencie powiadomił Kurię, niestety nie zastał żadnego biskupa. A modlić się będziemy jak zwykle, tu jutro o godz. 19:00, lub gdy to będzie niemożliwe w osiedlu, tam gdzie go zastanie godz. 19:00. Zawiadamia obecnych, że w poniedziałek 7 lipca, załoga budowy sąsiadującej z naszym terenem dostała polecenie zlikwidowania krzyża i ołtarza. Odmówiła. Dlatego też, nieznana ekipa zrobiła to pod osłoną nocy z 7 na 8-go. Kierownictwo budowy dostało polecenie powiększenia powierzchni o „nasz” teren i postawienie ogrodzenia.
Co będzie dalej? Niepewność i niepokój? Nie!!! Pewność, że się nie załamiemy!


9 lipca, środa

Wstaję. Słonecznie. Dziś wyjeżdżają moi do Sopotu.
Około siódmej wychodzę do pracy. Pójdę przez działki do naszej uliczki. Dochodząc pod wierzby natykam się na milicyjny radiowóz stojący na miejscu naszej „zakrystii”. Wewnątrz drzemią dwaj milicjanci. Czego oni pilnują? Krzyży?
Na uliczce, koło głazu upiększającego naszą świątynię stoi Gosia z jakimś robotnikiem. Podchodzę. Zjawiają się ekipy robotników, grupami. Widząc krzyże stają zaskoczeni. Przyjechali stawiać płot, ale są zdezorientowani, bo powiedziano im, że będą grodzić teren przedszkola czy szkoły. Wyjaśniamy im w czym rzecz. Rozumiejąc, że muszą wykonać polecenie kierownictwa dotyczące płotu, prosimy by nie ruszali krzyży. Prośba nasza poważnie ich zdenerwowała:
     - Panie - mówi jeden z oburzonych robotników - czy pan myślisz, że ja do kościoła nie chodzę. Jak będzie trzeba to sami postawimy krzyż i to z betonu. Tak, że go żadna piła nie weźmie.
Przepraszam i odchodzę, spieszę się do pracy.

Jak najwcześniej mogę, wychodzę z biura i autobusem do „Rudy”. Idąc z przystanku, już z daleka widzę nowy wysoki krzyż. Nie tak wysoki jak brzozowy, ale solidny z grubych, świeżych belek.
     - Ksiądz zadziałał – pomyślałem.
Myliłem się. Od obecnych dowiedziałem się, że ustawili go robotnicy wykonujący ogrodzenie ( sprostowanie: robotnicy z budowy bloków os. "Ruda"). Wspaniała sprawa! Czuję radość, że nie jesteśmy sami, że inni z poza naszego osiedla czują to samo.
Ogrodzenie terenu już prawie wykonane. Ustawiono je w zaroślach, tak że jest niewidoczne od Gwiaździstej i trasy. Specjalnie? By nie drażniło? Nawet nasz podręczny magazyn żelaznych łomów i desek znalazł się na zewnątrz ogrodzenia.

A płot biegnąc ukośnie od strony trasy utworzył placyk w kształcie trójkąta. Płot nie zamyka jeszcze naszej uliczki.
...........................................................................................
Odwożę rodzinę na dworzec i szybko pod krzyż. Schodzą się ludzie. Przychodzi ksiądz Henryk. Na ramionach tego nowego robotniczego krzyża wieszamy stułę.

Poświęcenie , a potem msza św.
Ludzi więcej niż wczoraj. Większość przystępuje do Komunii
..............................................................................
Potem wracam do pustego mieszkania. Nie wiem co robić. Chodzę z kąta w kąt. Zbliża się północ. Podchodzę do okna. W ciemnościach widzę światła wjeżdżającego od Gwiaździstej samochodu. Podjeżdża w okolice fundamentów budowanego domu i kręci się w kółko, zamiatając światłami reflektorów pobliskie zarośla. Przejeżdża później „naszą” uliczką w okolice krzyży. I znowu widzę jak szpera wokół światłami . Szuka kogoś lub czegoś? To chyba milicja. Opuszcza teren odjeżdżając w kierunku „Potoku”. Włącza niebieskie migające światło na dachu. Tak to milicja. Idę spać. Jest koło drugiej. Co przyniesie jutro? A właściwie dzisiaj? Bo przecież już czwartek.

10 lipca, czwartek

Do pracy i z pracy przez Gwiaździstą. Wysiadam na przystanku przy wiadukcie. Idę wzdłuż trasy. Poprzez zarośla dostrzegam nasze krzyże i kręcących się kilkanaście osób. Dochodzę do naszej uliczki Złotkowskiej.
Niespodzianka. Niestety, płot przegradza asfalt ulicy. Zbliżam się do niego i wspinam na palce. Pod krzyżem są prawie sami znajomi z ks. Henrykiem na czele.
- Jak do was się dostać? - pytam Andrzeja, który podchodzi bliżej.
- Przez bramy - słyszę odpowiedź.
- Dobrze, zaraz będę. Tylko coś zjem i przychodzę.
Szybko do domu. Gotuję ziemniaki, jajecznica i do okna. Jem na stojąco.
Nagle przed piątą widzę, że podjeżdżają Gwiaździstą wozy milicyjne i po dwóch, trzech mundurowi otaczają teren. Stają przy bramie. Drutują furtkę przy przepompowni. Brama przy żłobku zamknięta na kłódkę. Na teren wjeżdża i staje fiat milicyjny.
Jem w pośpiechu. Widzę jak do bramy zbliża się Ewa. Spostrzega kłódkę. Chwila wahania i idzie w kierunku zarośli.
Zakładam sweter, kurtkę i szybko do windy. Idę w kierunku furtki. Mija mnie nieznajoma z dziećmi.
     - Niech pan szybko wchodzi, bo za chwilę będą tu trzej milicjanci. Idą za mną – szepce cicho.
Odginam drut, otwieram skrzypiącą furtkę i idę nie odwracając się. Skręt w bok bo przede mną milicyjny fiat. Jestem zupełnie spokojny, żadnych nerwów. Wchodzę na uliczkę. Z daleka widzę stojących i śpiewających. Ksiądz w albie za nowym ołtarzem, gdy podchodzę, staję i zaczynam śpiewać, „ puszcza” do mnie oko. Uśmiech.
Pieśń nr 7. „Barka” – śpiewamy, kończymy.. Pieśń nr 8 – śpiewamy, kończymy. Pieśń nr 9 –śpiewamy, kończymy Nr 10, 11, 12, 13 , 14. Śpiewamy głośno, bardzo głośno. Zaczyna zasychać w gardle. No, przerwa.
     - Wy, już tak długo? – pytam Andrzeja.
     - Nie, od niedawna - ale jak ty wszedłeś?
     - Normalnie przez furtkę, ale dlaczego pytasz?
Dopiero teraz dostrzegam, że na wszystkich twarzach napięcie i zmęczenie. Niektórzy są tu od rana, a jest zimno. Była msza około jedenastej. Robotnicy zrobili stół na ołtarz. Kilku z nich uczestniczyło w mszy, mimo że grożono im usunięciem z pracy.
     - Przeżycia dzisiejszego dnia były bardzo mocne - stwierdza Andrzej – a przed pół godziną zaczęła się nerwówa. Dotychczas ludzie przychodzili, odchodzili i wszystko było o’key. I nagle przed piątą - nikogo. Cisza. Wiemy, że nadjechała milicja. Dopiero
po pewnym czasie przyszła pani Ewa, no i ty – dorzuca.
Rzeczywiście, Ewa zdołała przejść sobie tylko znanym sposobem i nie chce sprzedać swego „sekretu”. Natomiast autentycznie cieszy się, że wreszcie naprawdę przydały się jej śpiewniki. Jej oczy aż śmieją się z radości.
Dochodzi szósta. Jest nas około trzydziestki. Większość kobiety. Jest Gosia ze swoimi dziewczynkami.
     - Michał z Tolkiem pojechał zawiadomić o ostatnich wydarzeniach Kurię - dowiadujemy się przez płot.
Ludzie zaczynają schodzić się na mszę . Ponieważ nie są wpuszczani, gromadzą się na tej części uliczki, która pozostała za potem.
Ksiądz Henryk waha się, czy nie zaczynać wcześniej.
     - Spokojnie – poczekamy do siódmej.
Ubiera się w ornat. Nagle zjawia się wąsaty Michał. Idzie na „luzie”, charakterystycznym dla siebie krokiem. Jak przeszedł? –
     - Górą - odpowiada. Zjawiają się też i dwaj ministranci. Jeden też „górą” a drugi „dołem”.
Ktoś ( ów ktoś to Jacek Wciórko) z zewnątrz mocuje do płotu krzyż, zbity ze zwykłych krótkich desek. Ktoś kładzie na jego ramionach wiązankę goździków i przypina obrazek Matki B. Częstochowskiej. Wyglądamy nad płotem i okazuje się, że na tym placyku jest dużo, bardzo dużo ludzi.
Do nas „dobija” jeszcze jedna starsza pani. Widzieliśmy z oddali jak długo dyskutowała z milicjantem.
     - Przekonała go pani, aż pozwolił wejść? – pytamy
     - Gdzie tam! Oszukałam, powiedziałam, że idę po siostrę.
Myślę, że to kłamstwo, tam na „górze”, będzie jej zaliczone na „plus”.
Przy płocie ustawiamy piramidę z płyt. Ołtarz też przenosimy jak najbliżej tych na zewnątrz. Zaczyna się msza. Modlimy się tak, jakby nie było przeszkody w postaci płotu. Ewangelię i homilię ks. Henryk mówi stojąc wysoko na kamieniach, jest widoczny z obu stron płotu. I przychodzi najbardziej wzruszająca chwila i chyba najpiękniejsza z modlitw, tu od początku istnienia naszej świątyni „pod chmurką”. Modlitwa Pańska. Śpiewamy „Ojcze Nasz” trzymając się za ręce i tworząc zamknięte
łańcuchy tu i tam na zewnątrz, a nasz kapłan stojąc wysoko łączy je swoimi dłońmi. Wzruszenie dławi gardło. A potem zwracając się do siebie „Pokój z Tobą” padamy sobie w objęcia. Teraz jestem pewien, że to ostatnie, trudne doświadczenia dni ostatnich tylko umocniły nas pod znakiem Krzyża w miłości do Pana i w miłości do ludzi. Tworzymy naprawdę wspólnotę.
Komunia Święta. Najpierw ci z zewnątrz, później - my. Gdy na zakończenie śpiewamy „Boże coś Polskę” ręce z „V” wyciągają się ku niebu.
Po mszy, ks. Henryk bierze drewniany krzyż i unosi go wysoko, my ustawiamy się za nim. Kierujemy się ku furtce śpiewając „Chrystus wodzem, Chrystus królem”. A tam przy wyjściu – tłum ludzi. Milicjant otwiera furtkę i znika. Śpiewając wychodzimy ze łzami w oczach. Wielu stojących płacze. Dziwne - nie czuję wcale goryczy porażki czy przegranej. Przeciwnie, wychodzimy z podniesionym czołem, czujemy wszyscy duchowe zwycięstwo, zwycięstwo Krzyża Chrystusowego.
Wszyscy idą za naszym kapłanem niosącym krzyż. Ta procesja czy może pochód, rozciąga się chyba na sto metrów. Podchodzimy pod dom, w którym mieszka ksiądz Henryk. Tu śpiewamy Apel Jasnogórski i żegnamy się:
     – Do jutra!
To było niezapomniane przeżycie. Szkoda, że nie było moich najbliższych.
................................................................................
Zapada noc. Zimna noc, mimo że to lipiec. Czuję piasek pod powiekami, ale nie mogę zasnąć. Przeżywam jeszcze raz zdarzenia mijającego dnia. Podchodzę do okna. W ciemności, wokół ogrodzonego terenu przesuwają się skaczące ogniki latarek, po dwa , trzy.
Czego szukają? Czego się obawiają? - odwetu, napadu, terrorystów? Bzdura! Idiotyzm!
Nagle rozbłyska światełko bliziutko na uliczce prowadzącej do naszego domu.
     - A tu czego szukają?
Snop światła oświetla najbliższą koronę drzewa, a następnie zsuwa się na trawę wokół pnia.
    - Szukają jabłek! - śmieję się do siebie.
W oddali, tam gdzie stali i modlili się ludzie za płotem podczas mszy, jarzy się ogień.
    - Zimno im, palą ognisko. Mają pod dostatkiem suchych gałęzi. Tam przecież składaliśmy wszystkie wycinane krzaki – myślę
– Pieska służba!
Zmęczenie. Piasek pod powiekami. Spać!

11 lipca, piątek

Dzwonek budzika. Siódma. Jest późno. Biegiem do pracy wzdłuż płotu od strony trasy.
Niedaleko „naszej” uliczki tlą się jeszcze niedopalone kawałki drewna. Obok leży kłoda naszej ławki.
- Przerzucili przez płot by mieć na czym przycupnąć. Na Gwiaździstej kilka milicyjnych samochodów. Wymiana pilnujących.
Ile zaangażowano w „to” ludzi? Ile sprzętu? Ile to kosztuje? – Płacimy za to my, normalni, szarzy obywatele.
Do pracy...
...............................................................................
Przed siódmą wieczorem przychodzi Michał, bierzemy stół i idziemy na placyk w kształcie trójkąta na zewnątrz ogrodzenia.
Mijamy po drodze ze trzy grupki mundurowych. Gęsto.
Na uliczce już sporo ludzi, głównie starszych kobiet. Wiele przyszło z własnymi stołkami i krzesełkami. Na niebie wiszą ciemne chmury, chyba będzie padało. Nadchodzi ks. Henryk ze „świtą”. Ołtarz ubieramy na uliczce blisko ogrodzenia, nad którym unosi ramiona niewielki krzyż zbity z desek. Jest sporo ludzi. Czuje się serdeczność, jakąś duchową więź, zbratanie - nas zgromadzonych tu wokół ołtarza.
Nadchodzi siwy pan z naszym „ruchomym” krzyżem, z którym opuściliśmy wczoraj naszą świątynię.
Za płotem milicja, na trasie w pewnej odległości także. Oddalają się z chwilą rozpoczęcia mszy św.
Napięcie wśród zgromadzonych znika, gdy ks. Henryk mówi, że nie mamy się czego obawiać. Jesteśmy dobrze pilnowani, a obecność swą milicjanci wyjaśnili mu wczoraj tym, że otrzymali polecenie pilnowania krzyży przed profanacją.-
Ogólna wesołość, choć to msza.

I znowu skupienie.
Przed Podniesieniem zaczyna padać deszcz. Tolek wyciąga z walizki igielitowy obrus. Rozkładamy go we dwóch i trzymamy na wzniesionych ramionach wysoko nad ołtarzem i księdzem. Leje mi się za kołnierz. Podchodzi jakaś staruszka, staje blisko mnie, rozkłada parasolkę i chroni przed deszczem. Słońce.
Komunia. I znowu przystępuje do niej bardzo dużo wiernych. W ogłoszeniach ksiądz oświadcza, że jutro udaje się o dziesiątej do naczelnika dzielnicy, który pragnie się z nim spotkać. Jak przypuszcza chodzi o załagodzenie tej całej „szopki”.
    - Czy nie zbyt duży optymizm?
Później uda się do Kurii. Może zgodzi się przyjechać do nas jeden z biskupów. Po błogosławieństwie śpiewamy „My chcemy Boga”.
..................................................................................
Umawiamy się na porządkowanie tego placyku jutro na godzinę dziesiątą. A jest co sprzątać.

12 lipca, sobota

Rano przed dziesiątą spotykamy się z Michałem i Adamem. Zastanawiamy się, czy nie lepiej odłożyć porządkowanie na popołudnie, by znać już wyniki rozmów naszego księdza w dzielnicy. Chyba lepiej, więc obchodzimy wokół cały teren i zawracamy kilka osób idących na placyk.
Przed dwunastą – brzęczyk domofonu. To Gosia.
- Gdzie Michał? Dlaczego nie jesteście tam na placyku? Ludzi przyszli i nie mają narzędzi – wyczuwam wyrzuty w głosie.
Nawet nie wyjaśniam. Do piwnicy – po grabie, piłę, siekierę i szybko na „nasz” nowy teren.
Jest ks. Henryk i sporo ludzi. Odgruzowują plac gołymi rękami. Rozdaję przyniesione narzędzia.
Po raz pierwszy widzę tak „rozkojarzonego” księdza. Widocznie rozmowa nie należała do przyjemnych. Pytam jak było.
    - No cóż, nie była to łatwa rozmowa. Jestem nią zmęczony - odpowiada. Ale jutro przybędzie tu biskup Modzelewski. Będzie się modlił razem z nami – dodaje pośpiesznie.
Idę „robić” szpadlem. Większość pracujących to kobiety. Wybierają gruz, olbrzymie ilości gruzu i zasypują nim dół przy płocie.
Udaję się z siekierą w kierunku drzewa rosnącego wśród dzikich krzaków w końcu uprzątanego placyku.
    - Trzeba wyciąć to wszystko zostawiając jedynie drzewo- stwierdza „szef” Henryk.- Wczoraj to miejsce służyło za schronienie „smutasów”- wyjaśnia, widząc moje pytające spojrzenie.
Oczyszczam teren wokół jabłoni, wyrównujemy w kilku pobliski wykop. W tym czasie nasz placyk zmienił się nie do poznania.
Gruz został wyzbierany, ziemia wygrabiona. A górująca nad terenem sterta śmieci i gruzu przysypana ziemią i ozdobiona kamieniami i płytkami - to efekt pracy „ekipy” Andrzeja.
Pozostała do załatwienia sprawa ołtarza. Proponujemy z Wojtkiem ( Wojciech Bielecki) : - Powinien znajdować się przy naszej uliczce od strony wschodniej tam, gdzie obecnie rosną pokrzywy.
Ksiądz zgadza się, rzucając pomysł byśmy wykorzystali walające się, miejscami przysypane ziemią, betonowe potężne rury. Ale jak je wyciągnąć i ruszyć z miejsca? Okazuje się, że Wojtek to istny Herkules i to głównie dzięki niemu wyciągamy i wytaczamy ten betonowy złom. Co dalej? Układamy równolegle, w pewnej odległości od siebie przytoczone rury i trzeba nawieźć ziemi, dużo ziemi. Jedzie taczka za taczką pchane przez gospodarza z Gwiaździstej i młodego chłopaka. Ładuje kilka, osób m. in. Ewa. Imponuje mi wytrwałością - jak przyszedłem już pracowała, a nakładała ziemię od pierwszej do ostatniej taczki.
Rośnie ilość ziemi tu, na wzniesieniu pod przyszły ołtarz. Wyrównujemy z Wojtkiem teren. Nagle zza płotu dochodzi głos:
     - Może pomóc? ...
Spoglądam, nie wierzę. Nad parkanem – trzy twarze milicjantów „pilnujących” naszych krzyży. Podeszli widocznie zainteresowani pracami. Są z odkrytymi głowami. W ogóle, wielu z nich, pilnujących terenu w będących w pobliżu naszych krzyży, mają odkryte głowy, czapki trzymają w ręku. Na propozycję tych trzech odpowiadam, korzystając jednocześnie dla odsapnięcia:
     - Z chęcią przyjmujemy panów pomoc. Każda para rąk się przyda. Roboty starczy. Prosimy do nas! Co dać, szpadel czy grabie?
     - No nie, my nie możemy – i wycofują się, powoli odchodząc w głąb uliczki.
Buduję z płyt schody od strony przyszłej „ zakrystii”. Od frontu sypią ziemię pod kwiaty. Niezastąpiona Ewa przyniosła dużo kwiatów m. in. szafirową lobelię. Nasz zniszczony ołtarz też zdobiły te urocze kwiatki.
Od „Potoku” zbliża się kilka kobiet ciągnących wózek wyładowany paprociami. Wzruszające . One też chcą upiększyć nasz ołtarz. Ewa sadzi przyniesione kolorowe kwiaty i paprocie.
Stajemy przed naszym nowym prezbiterium. Dopiero teraz odczuwam zmęczenie, Zmęczeni są wszyscy. Ale zadowoleni, że zrobiliśmy dziś tak dużo. Wieczorem msza. Właściwie to już niedługo, za dwie godziny.
.......................................................................................
O siódmej wieczorem, jak ostatnio zwykle, msza święta. Ołtarz już na nowym, ozdobionym kwiatami miejscu. I jak wczoraj, ustawiamy nasz drewniany krzyż, „wędrujący” krzyż , z którym w czwartek opuściliśmy ogrodzony teren.
Ludzi więcej niż wczoraj. Milicjantów także, choć z chwilą zaczęcia modlitwy oddalają się na „przyzwoitą” odległość.
Ks. Henryk widać, że już nieco spokojniejszy. Natomiast u nas modlących się u stóp ołtarza, wyczuwam jakąś głębszą wiarę że to co robimy ma sens, że nas nie złamano, i pewność że stojących tu pod Krzyżem nikt nie jest w stanie złamać.

Modlimy się gorąco a potem nasz kapłan utwierdza nas , że tylko od nas zależy to, czy Kościół tu będzie czy nie. Zależy tyko od Boga i od nas. A więc wytrwajmy! Dziękuje także za trud jaki dziś tu, na tym miejscu ponieśliśmy. Śpiewamy „Czarną Madonnę”.
Po mszy incydent. Mąż Bożeny, Andrzej ( Andrzej Wojtaszek) robił zdjęcia w czasie mszy i bezpośrednio po niej. Podczas powrotu do domu, zbliżyło siędwóch mundurowych i z tłumu idących „wyłowiło” fotografującego:
     - Pozwólcie obywatelu, proszę o aparat !
Ks. Henryk wyrwał aparat z ręki podającego mówiąc: - Andrzej chodź szybko - i obaj znikli w tłumie wracających.
Na polu pozostali z niezbyt mądrymi minami aktywni funkcjonariusze.

Jutro wizyta biskupa. Zwróciliśmy się do naszego „szefa”, by poprosił proboszcza z „górki” o ogłoszenie tej uroczystości jutro na mszach porannych.

13 lipca, niedziela

Dziś wizyta biskupa.
Mimo że niedziela trzeba jeszcze popracować i przygotować nowe prezbiterium. Przed jedenastą biorę szpadel, siekierę i wychodzę. Na uprzątniętym wczoraj placyku krząta się tylko jedna starsza kobieta. Znajoma spod krzyża.
     - Dobrze, że pan przyszedł - wita mnie z daleka – Muszę umyć słoiki na kwiaty. Będą potrzebne, a tu powinien zawsze ktoś być. Ja jestem od szóstej - dodaje.
     - Będę robił balustradę za ołtarzem - odpowiadam - może pani iść spokojnie.
Kopię doły pod słupki i szukam w zaroślach odpowiedniego materiału. Zjawia się znajome małżeństwo z bloku (państwo Samosowie - zginęli tragicznie kilka lat później). Wkopujemy słupki i przybijamy deski.
     - Wygląda to nieszczególnie, trzeba by okręcić deski jakimś ozdobnym materiałem – zauważa sąsiadka.
Nagle nadjeżdża milicyjna „nyska”, staje tyłem do nas. Potem zawraca i w pewnej odległości od nas zatrzymuje się.
    - Fotografują nas – mówię do „moich” pomocników.
     - Szkoda, że nie mam grzebienia. „Wyjdę” niezbyt elegancko –.żartuje sąsiad.
.........................................................................................
Po obiedzie znów idę na „naszą” uliczkę. Trzeba wykopać dół pod krzyż. Pod nowy krzyż przygotowany w domu przez Andrzeja.
Na placyku jest już kila osób. Nie wiemy, gdzie zacząć kopać. W końcu decyduję:
- Ks. Henryk dał nam wolną rękę. Ustawiamy krzyż z tyłu z prawej strony ołtarza, na wysokości balustrady.
Kopiemy na zmianę. Wystarczy.

Nadchodzi kilka kobiet, nieznajome. Wyglądają na przyjezdne. Pytają:
    - Czy to tu odprawiana będzie msza przez biskupa Modzelewskiego?
     - Tak. Panie to chyba nie z naszego osiedla?
    - O nie! My ze Szczecina i Starogardu. Byłyśmy u St. Kostki na mszy i dowiedziałyśmy się o tej uroczystości. Mszę odprawiał ksiądz z czarną brodą, pięknie mówił. Czy to wasz ksiądz? – pytają.
    - Oczywiście. Jeżeli z czarną brodą i ładnie mówił – to nasz – żartujemy, ale w głębi duszy jesteśmy radzi, że nasza sprawa staje się nie tylko „lokalna”.
.........................................................................................
.....Punktualnie o szóstej ma przyjechać biskup, przywieziony przez naszą delegację z ks. Henrykiem na czele. O piątej jesteśmy już na miejscu by ostatecznie wszystko przygotować.
Stół. Dywan. Głośniki. Fotel i krzesła no i najważniejsze – krzyż. Niesie go już z mieszkania Andrzeja w stanie złożonym, by nie drażnił „obserwatorów”, jeden z naszych znajomych. Andrzej idzie powoli ze swoją Sabiną, układając w głowie mowę. Wraz z Miśką, żoną Michała, będzie witał ks. Biskupa. „Wbił” się w ciemny garnitur i widać, że jest skupiony i spięty.
W kilku zbijamy krzyż i ustawiamy na wytyczonym miejscu.. Ramiona tego kilkumetrowego krzyża zdobi długa stuła.
Niżej wisi obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.
Siwy pan ustawia obok nasz „przenośny” krzyż. Podchodzi do mnie nieznana mi bliżej starsza kobieta. Z torebki ostrożnie wyjmuje zawiniątko.
     - Proszę pana. Mój ś.p. mąż przed laty kupił pasyjkę. Chowałam tę figurkę wśród rodzinnych pamiątek. Czy mógłby pan ją przybić do naszego krzyża? – prosi. – Mam i małe gwoździki - dodaje.
Przybijam małą figurkę Chrystusa i widzę na twarzy nieznajomej wzruszenie i radość.
Czas nagli. Jeszcze tyle roboty, a my w lesie! Ubieranie ołtarza, sprzątanie, zamiatanie. Uff!
Nadchodzi uśmiechnięty proboszcz od marianów. Wychodzi mu naprzeciw i wita niezastąpiony Andrzej. Prowadzi do „zakrystii” i przez szpary w płocie pokazuje to co pozostało po naszej
świątyni". Jest także kilku panów ze służby kościelnej w swych charakterystycznych furażerkach. Nadchodzi kilka zakonnic.
Jeszcze nie ma szóstej a już ktoś mówi: - Jadą!
Rzeczywiście, tak jak było ustalone, od strony naszego osiedla nadjeżdżają dwa samochody. A ludzi jak na taką uroczystość jeszcze niezbyt dużo. Wiadomo punktualność nie jest naszą mocną stroną. Inna rzecz, że do szóstej brakuje kilku minut.
Pojawia się postać biskupa Modzelewskiego w towarzystwie ks. Henryka i naszej delegacji.
Od strony ul. Gwiaździstej nadchodzi ksiądz dziekan....Miła niespodzianka.
Dopiero teraz wali tłum ludzi z naszego osiedla „Ruda”, idą także z „Potoku”.
Śpiewamy: ”Chrystus wodzem, Chrystus królem”
     Ksiądz biskup staje za ołtarzem. Chwila wahania, bo Andrzej miał go przywitać na uliczce przed ołtarzem. Ale już wszystko w porządku - Andrzej wchodzi po schodkach z Miśką i stają przed naszym dostojnym gościem.
     Andrzej mówi od serca. Wita ks. Biskupa jako przedstawiciela najwyższych władz kościoła w Polsce, żałując, że przyjmujemy go w bocznej nawie. Nawa główna jest czasowo w remoncie - dodaje wskazując na ogrodzony teren. W krótkich słowach mówi o naszych trudnych doświadczeniach ostatnich dni. Składając zaś w darze tę wiązanek róż, składamy też i inną – niewidoczną. Wiązankę, w której jest wiele trudu życia codziennego, wiele cierpień, chorób, trosk ludzi dorosłych i dzieci, ludzi trwających pod tym krzyżem w miłości do Pana Najwyższego.
     Zebrani są wzruszeni. Wiele chustek zakrywa twarze. Mnie także „coś” ściska za gardło. Chyba się starzeję, kiedyś uchodziłem za twardego faceta, teraz łatwo się „rozczulam”. Wiązankę kwiatów przekazuje Miśka, żona Michała.
A potem ks. Henryk odczytuje list naszych dzieci z osiedla skierowany do księdza Prymasa i prosi o biskupa o przekazanie go zwierzchnikowi naszego Kościoła.
Zaczyna się Najświętsza Ofiara koncelebrowana przez ks. Biskupa Modzelewskiego, proboszcza z Gdańskiej i naszego ks. Henryka.

Homilię wygłasza ks. Biskup. Wyjaśnia trudną misję ks. Henryka w tworzeniu wspólnoty parafialnej w osiedlu „Ruda” i budowy świątyni oraz mówi o bolesnych wydarzeniach, które nie powinny nas załamać, a przeciwnie umocnić w wierze w Pana Najwyższego. Bo takie doświadczenia jakie nas spotkały, mogą tylko nas zjednoczyć pod krzyżem Chrystusa, a nie rozbić.
Tak. Patrzę na tłum ludzi słuchających tych słów. Od początku naszych modlitw, tu w naszej świątyni pod chmurką, nie było takiego mrowia ludzi. Chcę się podzielić tym spostrzeżeniem z Andrzejem stojącym obok mnie, ale widzę że ma zatroskaną twarz.
     - Wspaniale mówiłeś. Ludzie byli wzruszeni - mówię cicho. – Nawet ja miałem mokre oczy.
     - Daj spokój. Mam psychicznego kaca. Nie „wyszło” mi – szepce.
     - Żartujesz chyba, czy co? -Lepiej być nie mogło – dorzucam.
     - Poważnie? No to mi ulżyło – uśmiecha się.
Komunia św. przyjmowana jest przez wielu.
Potem podziękowania ks. Henryka dla Ks. Biskupa oraz proboszcza od marianów i błogosławieństwo.
Dostojny gość odjeżdża żegnany serdecznie przez wiernych. Zbieramy wszystkie nasze rzeczy. Wracamy do domów, z przodu nasz „wędrujący” krzyż i ks. Henryk a za nim tłum ludzi, rozciągnięty w kilkusetmetrową żywą wstęgę.
....................................................................................
Wieczorny zmrok. Zmęczenie wciska mnie w miękkość fotela. Pod zamkniętymi powiekami migają obrazy mijającego dnia – gorączka przygotowań, przyjazd biskupa, znajome i nieznajome twarze.
I nagle pustka. Ogarnia mnie uczucie pustki i bezradności, gdy nie znajduję odpowiedzi na pytanie: Co dalej?
Ciężkie chwile zmęczenia i zwątpienia.
     - Co dalej?
Dzwoniąca cisza w uszach. Jestem zupełnie sam.
     - Sam?- Otwieram oczy . Z mroku patrzy na mnie Nasza Matka. Patrzy Matka Boska Częstochowska... z obrazka, który umieszczaliśmy na naszym brzozowym krzyżu podczas majowych nabożeństw, a który stoi teraz na półce w moim pokoju.
I przychodzi mi nagle myśl. Zwiastowanie – początek drogi człowieka do Boga – radosna tajemnica różańcowa. Bóg przysyła Zwiastuna do Człowieka- Maryi i oczekuje od Niej gotowości spełnienia Swych zamierzeń.
Czego od nas, zwykłych ludzi może On oczekiwać w tych trudnych dniach? Chyba wiem... Oczekuje od nas trwania w pokorze, mądrości i cierpliwości tam pod płotem, przy Krzyżu. W modlitwie.
Tak! Trwać w modlitwie pod Krzyżem!
To początek naszej drogi!


..........................................................................................................

... 30 kwietnia 1987 r. ks. Henryk otrzymał pozwolenie na budowę kościoła.