Henryk Podczaski


HYPOMNEMA ŚLIWICKIE

lub jak kto woli

PARALEKSYKON ŚLIWICKI

_______________________________


Leksykonem poniższe zapiski trudno nazwać. Choć uporządkowane w sposób przyjęty dla tego terminu, są zbyt osobiste, a co ważniejsze, meandry zapisanych myśli prowadzą na obszary zupełnie nie związane z tytułowymi hasłami i mogą czytelnika wprowadzić w błąd. Proszę o wyrozumiałość. Dlatego sięgnąłem do starogreckiego i nazwałem... „HYPOMNEMA ŚLIWICKIE”. Prawda, że oryginalnie, choć to nic innego jak zbiór zapisków, luźnych wspomnień i relacji związanych z historią i mieszkańcami Śliwic z lat czterdziestych - pięćdziesiątych XX w. Podałem je w układzie alfabetycznym celowo - po prostu, by możliwe było łatwe uzupełnianie tego zbioru w nowe teksty i materiały. Żywię nadzieję, że takie będą powstawały, a może mieszkańcy tego warszawskiego osiedla także zechcą je dopisywać, bo szkoda by okruszki wspomnień z tamtych lat pozostające jeszcze w pamięci, zostały zmiecione w niebyt przez nieubłaganie płynący czas.
____________________________________________________________________________________



ATŁOWSKA – pani Atłowska, pierwsza w latach powojennych woźna w śliwickiej Szkole Podstawowej nr 160 na ul. Witkiewicza 19. Ale by wejść z nią do klas tej „uczelni”, cofnijmy się przedtem o około dziesięć lat, jeszcze w czasy, gdy nowe osiedle Śliwice dopiero zaludniało się dzieciarnią, a więc do końca lat trzydziestych. Szkoły tu nie było i po wiedzę trzeba było dreptać do nowiutkiego budynku pobliskiej Szkoły Powszechnej nr 160 na Pelcowiźnie. Zbudowano go po zachodniej stronie ul. Modlińskiej wg projektu znanego architekta Zygmunta Tarasina. Wkrótce wybuchła wojna i w czasie okupacji ten piękny i nowoczesny gmach szkolny zajął Wermacht.

Wejście do piwnicy w 2006 r.       Edukacja śliwickich dzieci w kompletach odbywała się w pomieszczeniu piwnicznym domu przy Gersona 30, a później w domu pod numerem 40 *).(przypis na końcu hasła)
Po wyzwoleniu, do zniszczonego w czasie walk o Warszawę w latach 1944/45 budynku przy Modlińskiej szkoła już nie wróciła. Do czasu przejęcia gmachu przez powstającą FSO straszył on powybijanymi oknami pustych sal, a także przejmującą ciszą opuszczenia i zapomnienia. Sama solidna konstrukcja obiektu niewiele ucierpiała w czasie działań wojennych i dlatego, jak niesie plotka, Hilary Minc ówczesny minister przemysłu zadecydował:
       - Tak! Właśnie tu na terenie częściowo spalonej Pelcowizny zbudujemy fabrykę samochodów – budynek dyrekcji już mamy. Należy tylko wyremontować szkolny budynek.”
To był ponoć zasadniczy argument przemawiający za lokalizacją FSO i tak wyglądało przemyślane planowanie w wykonaniu „specjalistów” od Planów Trzyletnich i Sześcioletnich w tamtych czasach. Wciśnięto więc fabrykę między ocalałe resztki Pelcowizny przy ul. Toruńskiej i osiedle Śliwice, w wąskim pasie ograniczonym z pozostałych stron terenem PKP i ul. Modlińską.
W 1945 roku Szkołę Podstawową na naszych Śliwicach zorganizowano w zwykłym domku mieszkalnym na ul. Witkiewicza nr 19. Były w niej bardziej niż skromne warunki lokalowe, gdyż nauka odbywała się na dwie zmiany w czterech salach lekcyjnych, jeżeli tak można górnolotnie określić maleńkie pomieszczenia, zastawione do granic rozsądku typowymi ławkami i szafami z pomocami szkolnymi. Należy wspomnieć też o okazałych piecach kaflowych, gdyż tylko dzięki nim dawało się jakoś znieść zimowy mroźny „oddech” nieszczelnych okien.
To właśnie pani Atłowska rankiem załadowywała węglem paleniska pieców, by na drugiej – trzeciej lekcji dało się zdjąć rękawiczki i możliwe było umoczenie bez kłopotu stalówki w kałamarzu.
Wkrótce na strychu wygospodarowano pomieszczenie przeznaczając je na szkolną jadalnię i uczniowie w czasie „dużej” przerwy otrzymywali po kubku kawy lub kakao, przygotowywanych z darów UNRRA.
Sali, w której wszystkie klasy mogłyby się zebrać na jakieś spotkania okolicznościowe nie było i na wszelkie akademie „na cześć” oraz zabawy szkolne wędrowaliśmy około pół kilometra przez łąkę do hali Przedsiębiorstwa Robót Kolejowych przy ul. Pożarowej, gdzie użyczano nam znajdującej się tam świetlicy zakładowej.Pierwsza kierowniczka szkoły na Śliwicach - Maria Chlewicka
„Ciało pedagogiczne” miało do dyspozycji pokój nauczycielski i dyrektorski. Pierwsza kierowniczka szkoły na Śliwicach - Maria Chlewicka

Z kronikarskiego obowiązku przypomnijmy nazwiska nauczycieli z tamtych lat, prawdopodobnie nie wszystkie, bo niektóre z nich czas zatarł w mej pamięci dość skutecznie:
Panie Maria i Władysława Chlewickie – siostry, z których pierwsza kierowała szkołą od zakończenia wojny do roku 1950; pan Stanisław Furmankowski – kierownik naszej „budy” przez rok ( do roku 1951), po odejściu na emeryturę pani Chlewickiej; panie Stanisława Chrustowicz, Idalia Grzeszkiewiczowa, Helena Branicka, Feliksa Wojciechowska, Irena Dąbrowska, panowie Jan Stanisławski, Stanisław Gołaszewski i pani Cecylia Owocowa - kierowała szkołą w ostatnich latach mojej tu edukacji.
„Ciało” to na lekcjach przekazywało nam, uczniom, wiedzę z lepszym lub gorszym rezultatem, gdyż zależało to nie tylko od szanownych pedagogów, ale także od poszczególnych „delikwentów” (spójrz pod literę „Z”). Zresztą zdolności pedagogiczne jak i dydaktyczne kadry nauczycielskiej były różne, żeby nie określić – o „szerokim rozrzucie”. Oczywiście moje odczucia nie mogą być obiektywne, ale na przykład niewątpliwie dzięki panu Stanisławskiemu polubiłem matematykę, dobrze przekazała mi podstawy języka rosyjskiego pani Chrustowicz, natomiast moją wiarę w potrzebę znajomości historii skutecznie na wiele lat „podkopała” pani Dąbrowska. A była osobą wykształconą, inteligentną, znającą języki obce... Cóż z tego! Nie dawała sobie rady z rozbrykanymi uczniami, nie umiała przekazać nam swej wiedzy, a na dodatek zagubiona i przytłoczona biedą i obowiązkami rodzinnymi, nie potrafiła „odnaleźć się” w egzotycznej dla niej socjalistycznej rzeczywistości.

Lubiłem swoją wychowawczynię panią Chlewicką, była jak to mówią uczniaki - „sprawiedliwa”, cieszyła się ogólnym szacunkiem, a co istotne, uczyła nas jakimi wartościami powinniśmy w życiu się kierować.. jak ważna jest uczciwość, pracowitość, obowiązkowość... Była, jak to się mówiło – „przedwojennym" pedagogiem. I dlatego zupełnie nie „pasowało" do niej coroczne zadawanie na zimowe ferie, wypracowania pt. „Życiorys Józefa Stalina" ( cyklicznie obrzydzała mi tym „polaka" ). Być może dostawała takie polecenie, bo w pobliżu świąt Bożego Narodzenie była rocznica urodzin „Ojca narodów" i my zamiast hasać na sankach lub łyżwach, musieliśmy „rżnąć" wypracowanie o najsłynniejszym Gruzinie z „Kalendarza Robotniczego" (ukazywało się takie wydawnictwo).
W ogóle ciekawe to były szkolne czasy. W programie były, a jakże, lekcje religii! Ba! Naukę rozpoczynaliśmy nawet modlitwą, przynajmniej w pierwszych klasach. A jednocześnie musieliśmy polubić Dziadka Mroza, oczywiście wykreślając z pamięci Św. Mikołaja, obowiązkowo musieliśmy kupować i czytać rosyjskie „Murziłki” i „Oganioki”, aby dowiedzieć się o bohaterstwie radzieckich pionierów, przeprowadzających przysłowiową staruszkę przez ulicę (czy chciała tego, czy nie chciała). Na lekcjach wychowawczych w 1951 roku z udziałem połączonych dwóch-trzech klas, (jak dziś to pamiętam), z przejęciem rozpatrywaliśmy i analizowaliśmy projekt nowej Konstytucji i dyskutowaliśmy, czy jest prawie tak doskonała jak radziecka, która jest najlepszą na świecie.
Jak widać były to czasy gdy nie tylko: „cały naród buduje swoją stolicę”, ale i „cały naród redaguje swoją konstytucję” – dzieci też. Ponieważ napomknąłem o świecie, nie można nie wspomnieć także o lekcji geografii, na której to mój młodszy brat Rysiek dowiedział się od nauczycielki, że stolicą Stanów Zjednoczonych jest Nowy Jork. Cóż, dopiero moja zdumiona mama przeniosła ją do Waszyngtonu i dzięki niej, tak pozostało do dziś.

Tężyznę fizyczną uczniów też trudno było rozwijać nie posiadając sali gimnastycznej. Na niezabudowanym placu między budynkami nr 13 i 19, pełniącym funkcję boiska szkolnego, lekcje WF ograniczały się do szwedzkiej gimnastyki i gry w „dwa ognie”. W piłkę nożną grać nie pozwalano, być może ze względu na bliskość okien i nieprzejednanego pana Kuklę, który rekwirował nam piłki, gdy te wpadały do jego ogródka. Zresztą w roku 1952 może 53-cim na placu zaczęto składować w wysokich stosach drewniane kratownice dachowe dla nowego budynku szkoły, tak że skończyły się i te zajęcia.
Na łące po południowej stronie ul. Kotsisa zaczęto wznosić nową szkołę. Nie dane mi było już w niej się uczyć. Oddano ją do użytku w październiku 1954 roku, a mnie ostatni dzwonek w ręce pani Atłowskiej pożegnał przed wakacjami tego roku jeszcze w starej „budzie” przy ul. Witkiewicza 19.
W czasie gdy moi młodsi koledzy i koleżanki cieszyli się nową, jasną i obszerną szkołą z najprawdziwszymi boiskami do szczypiorniaka i „siatki”, ja już grzałem ławy szkolne w Liceum im. Władysława IV na Pradze.


*). Informacja ta jest nieścisła. W czasie okupacji śliwickie dzieci uczyły się na Pelcowiźnie i Bródnie w kompletach w przeróżnych miejscach i lokalach, a powstanie szkoły w piwnicy domu przy ul. Gersona 30 i 40 wyjaśnia pani Hanna Klęczewska-Ostaszewska – była mieszkanka Śliwic, a wtedy uczennica Szkoły Powszechnej:
„W nawiązaniu do niniejszych wspomnień, dorzucam trochę swoich, związanych ze Śliwicami ( gdzie mieszkałam trzydzieści lat od 1941 do 1971 roku ) i tematem “Szkoła”. W 1943 roku nie było szkoły na terenie Śliwic, więc dzieci były odprowadzane codziennie na lekcje do szkoły na terenie Pelcowizny – chyba na ul. Warmińską. Ten kawał drogi prowadził przez pole pełne traw, chwastów, rumianków albo wzdłuż torów kolejki, która dojeżdżała do Jabłonny. Na polu pasły się krowy, pilnował je młody chłopak, który zawsze trzymał w ręku długi bicz czy kij i był postrachem samotnego 6-ciolatka. Samotnego na polu, bo nie zawsze dorosła osoba mogła odprowadzać dziecko do szkoły. Szczególnie ciężko było iść przez to puste pole w zimie, w czasie zadymki, wichury, mrozu czy ulewnego deszczu. We wrześniu 1944 roku nie było rozpoczęcia roku szkolnego. Mieszkańcy Śliwic musieli na rozkaz rosyjskich oficerów opuścić domy, zostawić wszystko, bo na tym terenie miał być wielki front, walki, wojsko. Po wielu miesiącach tułaczki, kiedy przeszedł front i Warszawa była wolna, wracano do swoich mieszkań. Wiele domów na Śliwicach było zniszczonych, zdewastowane mieszkania trzeba było doprowadzić do normalnego stanu. I wtedy w atmosferze ogólnej radości i odprężenia powstał szalony pomysł: Szkoła na Śliwicach! Nie było jeszcze odpowiedniego domu, ale byli ludzie, którzy chcieli, aby dzieci zaraz zaczęły naukę i normalnie skończyły rok szkolny.
Pierwsza szkoła została zorganizowana w piwnicy przy ul. Gersona 30. Schodziło się do niej po wąskich, krętych schodach i mijając piwnice lokatorów wchodziło się do niewielkiego pomieszczenia. Tam ustawiono dla dzieci dwa rzędy ławek. W jednym rzędzie siedziała II klasa, w drugim klasa III-cia, a zajęcia prowadziła p. Grzeszkiewicz. Klasę ogrzewał piecyk-koza, a oświetlała jedna żarówka i małe okienko. Potem na krótki okres szkoła została przeniesiona do domu pani Zięciny przy ul. Gersona 40, a następnie do budynku przy ul. Witkiewicza 19. Był to jednopiętrowy dom, miał wiele pokoi i nareszcie to była prawdziwa szkoła.
Do dziś zachował się napis „SZKOŁA” na drzwiach piwnicy przy ul. Gersona 30, a na sąsiednich rysunek kredą dziewczynki „To jest Zuzia Gniewalska”. I napis i rysunek przypominają lokatorom o takim niezwykłym miejscu nauki w 1945 roku.”(wpis 10.2006r.)


„CIELAK” - Wiesiek czyli Wiesław Ciesielski, barwna postać młodzieńca mieszkającego na ulicy Witkiewicza 39. Jeden z filarów amatorskiej drużyny piłki nożnej „Śliwiczanka” w latach czterdziestych-pięćdziesiątych, grający na pozycji lewoskrzydłowego; posiadający duże umiejętności tzw. „kiwki” czyli dryblingu, niestety tylko lewą nogą. Wielki miłośnik brydża, co n i e szło w parze z opanowaniem arkanów tej gry przez sympatycznego Wieśka, a także z aprobatą jego matki - wyjście ukradkiem z mieszkania na „partyjkę brydżyka” kończyło się przeważnie głośnym na całą ulicę, werbalnym protestem „kochanej mamuśki”. Do słownika rozgrywek brydżowych na Śliwicach na zawsze weszło słynne zagranie „prostym Cielakiem”, czyli wzięcie lew „z góry”: asy-króle-damy- itd.

A trzeba stwierdzić, że brydż był niezwykle popularną rozrywką śliwickiej młodzieży w latach pięćdziesiątych, czy sześćdziesiątych. Do wyjątków należała kilkunastoletnia osoba, czy to chłopak czy dziewczyna, która nie znałaby przynajmniej podstaw rozgrywki. W dobie, gdy nie wymyślono jeszcze komputera, ba - dopiero raczkowała telewizja, wiele godzin spędzaliśmy przy brydżowym stoliku „gimnastykując” głowy skomplikowanymi rozdaniami kart. Czasem rozgrywaliśmy nawet mecze brydża sportowego okupując godzinami pokoje w mieszkaniu moim, kolegi Andrzeja Szpocińskiego, czy też mego brata ciotecznego Staśka Łysakowskiego. Podziwiałem zawsze anielską cierpliwość mej Mamy, znoszącą „najazd” kilkunastu młodych wielbicieli szlema i ich głośne zażarte dyskusje nad układami kart, stosowanymi konwencjami, czy prawidłowością zagrań. Kilkunastu, bo oprócz ósemki graczy zawsze była liczna asysta kibiców.

Oczywiście życie sportowe śliwiczan nie ograniczało się jedynie do „gimnastyki” przy zielonym stoliku.
Bezpośrednio po wyzwoleniu młodzież męska jeszcze z pokolenia przedwojennego, a więc nasi starsi koledzy, założyła amatorską drużynę piłki nożnej „Śliwiczankę”. Z wielkim przejęciem, my kilkuletni „znawcy” footbolu, kibicowaliśmy „naszym” piłkarzom podziwiając zagrania: Wieśka Ciesielskiego, dwóch najstarszych braci Orlińskich - Janka i Zbyszka, Andrzeja Jeznacha, Michała Serafińskiego, Wieśka Pisarskiego – „Piskorza”, Mirka Bogdana, Stefana Brzozowskiego – „Sianka”, Wieśka Sobieszka i innych walczących o zwycięstwo na śliwickim „stadionie”. Boisko znajdowało się na łące za ul. Modlińską i za pierwszym wałem przeciwpowodziowym ( już nieistniejącym ), bezpośrednio naprzeciw osiedla. Trybunę stanowił wspomniany dwumetrowej wysokości wał, z którego doskonale można było obserwować strzały piłkarzy na bramki. A były one „pancerne”, bo zmontowane z szyn kolejowych. Chyba właśnie dlatego mówiło się, że „trafiło się piłką w sztangę”, a nie „trafiło się w poprzeczkę”.
Na początku lat pięćdziesiątych, to już moje pokolenie „opanowało” śliwickie boisko ganiając za piłką, gdyż studia i praca starszych kolegów, skutecznie wyeliminowała ich z gry. Trzeba przyznać, że nigdy potem nie stworzono i nie było tak dobrze zorganizowanej drużyny piłkarskiej, jak tamta powojenna „Śliwiczanka”. Natomiast nasze boisko zaczęło być areną najprawdziwszych meczów klubowych, gdyż odbywały się na nim spotkania drużyny Stal-FSO. Bardzo często obserwowaliśmy także treningi pod wodzą trenera Stefana Skiby „zawodowców” tego klubu i „naszego” Cielaka, który zasilił jego szeregi. Odbywały się one aż do czasu, gdy Stal-FSO dorobiła się własnego boiska na Pelcowiźnie, za ul. Toruńską.
Nasz „stadion”, z coraz większymi piaszczystymi nieckami pod bramkami i coraz mniejszym naszym zainteresowaniem, pewnego dnia przestał istnieć – po prostu zaradni zbieracze złomu, pod osłoną nocy zdemontowali bramki-„sztangi”, a bezużyteczną łąkę pobliski komisariat MO zamienił na plac ćwiczeń psów, ustawiając na niej tor przeszkód dla swych czworonogów. Nie znaczy to, że przestaliśmy grać w piłkę, zmieniliśmy tylko miejsce bojów. Przez długie lata zwyczajem stały się mecze rozgrywane na śliwickim boisku szkolnym przy ul. Kotsisa; przeważnie latem w niedziele koło południa. A składy drużyn mogły zadziwić nielicznych obserwatorów ze względu na rozrzut wiekowy. Najstarszym zawodnikiem bywał chyba Janek Orliński, mający już powyżej „czterdziestki”, a najmłodszy – jego synek siedmioletni Mikołaj. Do dziś jeszcze moja żona z rozbawieniem wspomina zdyszanego małego Mikołajka stojącego w drzwiach naszego mieszkania i pytającego: „czy kolega Heniek przyjdzie grać, bo wszyscy czekają?” (miałem wtedy ponad „trzydziestkę”). Czas trwania „kopaniny” był przeważnie nielimitowany i po kilkugodzinnym szaleństwie biegania za piłką zwalaliśmy się bez sił, jak ryby wyrzucone na brzeg, w cieniu morw rosnących wokół boiska i dopiero przybycie żony czy matki oznajmiającej, że „obiad już na stole”, ściągało nas do domów.

Nasza sportowa rywalizacja nie ograniczała się jedynie do kopania piłki. Niezwykle popularne od 1954 roku Memoriały im. Kusocińskiego, na których licznie kibicowaliśmy, „zaraziły” nas lekkoatletyką i próbowaliśmy swych sił w różnych dyscyplinach i z różnymi tego skutkami. Dziś jeszcze mam przed oczami kilkudziesięciometrowy lot wyrzuconego przeze mnie sześciokątnego kafelka terakoty udającego dysk i trafienie nim w głowę brata ciotecznego, Tadzika. Na szczęście był w szkolnej czapce i sztywny daszek uchronił go ( i mnie ) przed nieszczęściem.
Prawdziwy profesjonalny sprzęt, jak kulę, oszczep i dysk kupowaliśmy stopniowo ze zrzutek z kieszonkowego. Zmontowaliśmy też przenośną skocznię wzwyż, a na nadwiślańskiej łące przed wałem przeciwpowodziowym zbudowaliśmy skocznię w dal. Ktoś załatwił tabele dziesięcioboju i odtąd często walka grupki młodych śliwiczan o punkty pochłaniała wolny czas. Światowych wyników nie osiągaliśmy, ale rywalizacja była ostra i kończyła się przeważnie biegiem na „1500 m”, tzn. trzema okrążeniami wokół polany w nadwiślańskich wiklinowych chaszczach.

       Biegi te pozwoliły odkryć przez jednego z kolegów, mianowicie Tadka Staronia, predyspozycję do tej dyscypliny. Ambitny kilkunastolatek zaczął samotne treningi, budując formę oraz kondycję na wiklinowej polanie i zadziwiając nas swą pracowitością. Nie wiedzieliśmy, że mierzy on wysoko – pewnego dnia oznajmił, że w zbliżającą się niedzielę na Ochocie bierze udział w biegu ulicznym i dobrze byśmy tam pojechali i oklaskiwali jego zwycięstwo. Pojechaliśmy, a jakże.
       Zawody odbywały się na ul. Grójeckiej, dystans o ile dobrze pamiętam 3 km, start i meta w tym samym miejscu; zawodników wystartowało chyba ponad setkę. Zajęliśmy miejsce obserwacyjne dwieście-trzysta metrów od startu, by lepiej widzieć walkę na trasie.
Strzał startera i biegną!
Przebiegają obok nas i wierzyć się nie chce: na czele niczym umykający zając - nasz Tadek, a za nim kilkanaście metrów w pościgu, jak sfora chartów - tłum zawodników. Znikli w dali ulicy, by hen po nawrocie zmierzać ku mecie. Czekamy! Czekamy...Już wracają! Już biegną!.
       ... Tadek?... Nie, nie widać go!... Oklaski dla zwycięzcy, drugi, dziesiąty,... gdzie Tadek?... pięćdziesiąty... gdzie Tadek?.
O ile pamiętam ... zmieścił się w setce! Podczas czekania na jego przybycie słyszeliśmy, jak wielu zdyszanych zawodników, którzy ukończyli już bieg, rozpytywało:
       - „Kto to był ten szaleniec, który pomylił bieg na "setkę" z "trójką" ?” Nie wyjaśnialiśmy.
Wracaliśmy na Śliwice z naszym niedoszłym zwycięzcą tramwajem w milczeniu. Ciekawe, czy miał choć trochę satysfakcji z tego, że prowadził przynajmniej przez kilkaset metrów; nie wyjawił nam tego. Do biegania już nie wrócił, sprawdził się w innej dyscyplinie – w hokeju.

Zimą pasją naszą była jazda na łyżwach. Już jako sześcio-siedmiolatki, w latach czterdziestych biegaliśmy na łyżwach po ubitym śniegu chodników ulicznych i jezdniach, by później przenieść się na „nasze stawiki” powstałe w starorzeczu Wisły. A ślizgaliśmy się na czym się dało i co się miało. Przeważnie były to łyżwy przykręcane kluczykiem do zwykłych zimowych butów. Nagminne ich odczepianie się od namokniętych podeszew kończyło się zwykle nieuchronnym upadkiem posiadacza tego „markowego” sprzętu. Ale nie zrażało to młodych adeptów hokeja i ganialiśmy ambitnie z wiklinowymi kijami, od czasu do czasu zapoznając swe ciało z twardością lodu. Z czasem przykręcane łyżwy zaczęły znikać z naszego użytku. (Nie wiem czy egzemplarze takie są w Muzeum Techniki- moim zdaniem powinny zająć tam poczesne miejsce). Zaczęły pojawiać się turfy lub figurówki na stałe przykręcane do butów, a nawet najprawdziwsze hokejowe. Ba! Z jakim nabożeństwem zakładał swe łyżwy, słynne kanadyjskie CCM-ki, mój kolega i rówieśnik Bogdan, jeden z czterech wysportowanych braci Orlińskich. Wprawdzie szybko z nich wyrósł, i zmuszony był grać w h o k e j a na „zdobytych” gdzieś p a n c z e n a c h (dla laików – łyżwy do jazdy szybkiej ), ale też wzbudzało to powszechny podziw, a być może pozwoliło jego posiadaczowi zdobyć nieprzeciętne umiejętności techniki jazdy na łyżwach. Co by nie mówić, Bogdan został wśród nas jednym z najlepszych hokeistów.

Nasza łyżwiarska pasja oparta o bazę lodowiskową jaką były pracowicie odśnieżane przez nas nadwiślańskie „stawiki”, zaowocowały ambitnym wyzwaniem, jakim były turnieje warszawskich „dzikich drużyn”. Przed końcem 1957 roku zgłosiliśmy swój zespól pod historyczną nazwą „Śliwiczanka” do tzw. „II Turnieju Hokejowego Młodzieży Warszawy”, organizowanego przez gazetę „Express Wieczorny” i WKS „LEGIA”.
No i udało się.
„Śliwiczanka” wskładzie:
kapitan – Zbyszek Kowalczyk
- Bogdan Orliński
- Jurek Kowalczyk
- Heniek Zyśk
- Tadek Staroń ( bramkarz)
- Jurek Gajewski
- Heniek Podczaski
po serii zwycięstw na różnych warszawskich lodowiskach i w finałowym meczu na Torwarze zdobyła zaszczytne I miejsce. W nagrodę otrzymaliśmy dyplomy i komplet kijów hokejowych.

Po tym spektakularnym sukcesie kilku kolegów, a zwłaszcza z młodszego pokolenia, m.in. Bogdan Orliński, Zbyszek Kowalczyk, Stasiek Łysakowski, Leszek Skibiński, Janek Widelski zachęcona tym osiągnięciem, kontynuowała przygodę z hokejem w tarchomińskim klubie, stanowiąc jego czołową formację. Mnie wtedy całkowicie „wyeliminowały z gry” zajęcia na Polibudzie.

Do dziś z sentymentem wspominam tamte zdarzenia, ślizgając się na łyżwach zimą po zamarzniętym starorzeczu na Kępie Potockiej, przypominającym nasze śliwickie „stawiki”. Tylko teraz tu chłopcy walczący o krążek jeżdżą na najprawdziwszych „hokejach”, trzymając najprawdziwsze kije hokejowe. My ślizgaliśmy się na czym się dało i mieliśmy w rękach zakrzywione kije wiklinowe.
Cóż, minęło pół wieku...

...Sięgnijmy jeszcze głębiej w przeszłość, do lat dwudziestych XX w., by wspomnieć o jednym z zapomnianych mieszkańców Śliwic, Henryku Choińskim; to wtedy „nasz” późniejszy śliwiczanin podbijał serca miłośników sportu motocyklowego. Gdy odnosił sukcesy nie mógł mieszkać jeszcze na Śliwicach, bo jeszcze nie istniały. Zamieszkał dopiero w swoim nowym domu przy ul. Gersona nr 31 w 1936 roku, gdy już skończył karierę sportową. O urodzonym w 1896 roku zawodniku WTC Warszawa, inicjatorze sportu motocyklowego w Polsce, bożyszczu tłumów na warszawskich Dynasach tak pisano w jubileuszowym dziele pt. „DZIESIĘCIOLECIE POLSKI ODRODZONEJ 1918-1928”
„ Zato możemy poszczycić się dobrymi j e ź d ź c a m i n a t o r z e. Z pośród nich na czoło wybił się niezrównany i mający już dobrą markę za granicą motocyklista warszawski, Henryk Choiński który ustanowił na torze szereg niepobitych dotąd rekordów p o l s k i c h”.
Rzeczywiście z powodzeniem rywalizował nie tylko z przeciwnikami krajowymi, jak Witold Rychter, Tadeusz Rudawski i inni, lecz także z dobrymi zawodnikami zagranicznymi, a przede wszystkim ze słynnymi w tym czasie Włochem Vertuą i Holendrem Herculeysenem. Nic dziwnego, że w pierwszym Plebiscycie Przeglądu Sportowego najpopularniejszych sportowców polskich w 1926 roku, Henryk Choiński zajął 6-te miejsce. Później już będąc mieszkańcem Śliwic jako inżynier pracował w zakładach Spiessa w Tarchominie. Zginął w czasie wojny podczas bombardowania Warszawy.

Tuż po wyzwoleniu, jako kilkuletni chłopcy bawiliśmy się niekompletnym motocyklem „Sokół”, znalezionym w piwnicy domu pod nr 31, nie wiedząc, że jego właścicielem był niegdyś słynny polski motocyklista. Nasza intensywna „eksploatacja” pojazdu, jego niekompletność szybko zamieniła w niebyt. Szkoda..., gdyż „Sokół” mistrza na Dynasach, tak myślę teraz, zamiast na skupie złomu winien znaleźć się w Muzeum Techniki lub Muzeum Sportu.


GAPIENIUKOWIE - Skromna kolejarska rodzina. Kolejarska – gdyż pan domu pracował w firmie PKP i poza niedzielami i świętami zawsze widywało się go w kolejarskim uniformie. Najstarszy syn, Gieniek, urodził się jeszcze przed wojną, córki - Elka chyba w 1943 roku, a najmłodsza po wojnie. Rodzina ta o mały włos nie okupiłaby wielką tragedią wkroczenia na Śliwice dóbr materialnych cywilizacji. Otóż na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych zakładano miejską kanalizację oraz uliczne oświetlenie na osiedlu i towarzyszyły temu głębokie wykopy wzdłuż ulic; doskonałe miejsce igraszek hasających „luzem” małych dzieci. Kilkuletnia Elka podczas zabawy w wykopie została zasypana piachem. Tylko dzięki refleksowi ojca, który gromkim głosem zawył:
- „Gienek!!! Dawaj łopate – bo te cholere zasypało!!!”
i dzięki szybkiej akcji udało się uratować zasypaną dziewczynkę.
Później, gdy była już kilkunastoletnim dziewczęciem, prawie zawsze gdy latem szła ulicą przykuwała moją uwagę. O nie..., nie ze względu na urodę ( tej nie próbowałem się doszukiwać ), ale ze względu na sposób chodzenia, a właściwie sposób stawiania przez nią stóp. Każdy krok odbywał się na dwa tempa: - zdecydowane postawienie na ziemi stopy z mocno odciągniętymi palcami ku górze, a następnie „akceptacja” tej czynności przez delikatne opuszczenie palców na podłoże. Zawsze umiejętność ta wzbudzała we mnie uczucie zadziwienia, a jej obserwowanie wprowadzało mnie w stan hipnotycznego podziwu. Jak stwierdziłem to podczas prze-prowadzonych prób, dla mnie była to wyjątkowo męcząca „sztuka” przemieszczania się, natomiast Elka kroczyła przed mymi oczami bez większego wysiłku z wdziękiem czapli.

Ale zakończmy te ornitologiczne skojarzenia i zatrzymajmy się chwilkę na wspomnianym rozwoju cywilizacyjnym naszego osiedla. W latach przedwojennych 1934-36, jednocześnie z budującymi się domami osiedla, podłączono Śliwice do miejskiej sieci wodociągowej, a budynki już zamieszkałe miały energię elektryczną z nowej stacji transformatorowej o kształcie wielkiego cylindrycznego słupa ogłoszeniowego. Zmorą mieszkańców jeszcze w pierwszych latach powojennych był brak kanalizacji miejskiej. Niestety nie funkcjonowały jeszcze beczkowozy asenizacyjne i czasem lepiej było nie otwierać okien, gdyż zaradni właściciele domów „użyźniali” przydomowe ogródki zawartością przepełnionych szamb. Na szczęście już pod koniec lat czterdziestych głębokie wykopy wzdłuż ulic zwiastowały rychły koniec tego niezbyt przyjemnie pachnącego zwyczaju i rzeczywiście, na początku lat pięćdziesiątych Śliwice podłączono do kanalizacji miejskiej.

Mogliśmy odetchnąć swobodnie pełną piersią – mam tu na myśli aspekt czysto fizjologiczny, nie polityczny – z tym drugim było dużo, dużo gorzej.
Przykład? Proszę bardzo, nawet jest związany z cywilizacyjnym tematem. Po wyzwoleniu, chyba w 1948 roku, przybyła na nasze Śliwice rodzina państwa Umięckich i zamieszkała w domu przy ul. Gersona 18. Pan Piotr Umięcki, wyjątkowo spokojny, uczciwy i uczynny człowiek (śliwicka złota rączka) i poślubiona przez niego wdowa z kilkuletnią córeczką Bożenką. Pierwszy mąż pani Umięckiej, Antoni Sukiennik - pracownik Gazowni Warszawskiej zginął podczas wojny. „Nowi” śliwiczanie zdecydowali się zamieszkać w mieszkaniu pozbawionym wszelkich mediów: elektryczności, wody, kanalizacji, bo wojna przerwała wznoszenie tego budynku zaledwie w stanie zamkniętym (nie trzeba przypominać, jak trudno było o jakikolwiek lokal w powojennym okresie w zburzonej Warszawie). W przyległym domu mieszkała niezbyt sympatyczna postać – Augustyniak. Często widywało się go szybko przemykającego ulicami Śliwic w długim skórzanym płaszczu, wysokich butach z cholewami i skrywającego twarz pod szerokim rondem kapelusza. Typowy ubek...
W 49-tym aresztowano mego wuja Henryka Łysakowskiego za działalność AK-owską i polityczną (kandydował na posła z mikołajczykowskiego PSL-u) i na skutek tego, jak określano w tamtych czasach, w mieszkaniu będącym jego w ł a s n o ś c i ą powstał „nadmetraż”. Pewnego dnia przed północą przed nasz rodzinny dom (przy ul. Gersona 25 ) podjechały samochody – ciężarowy, wyładowany meblami, pakami, skrzyniami itp. i osobowy, z którego „wysypało” się podejrzane towarzystwo. Zjawił się także „niespodziewanie” pan Augustyniak i wraz z przybyszami zaczęli dobijać się do drzwi wejściowych na klatkę schodową, żądając natychmiastowego ich otworzenia, gdyż posiadają nakaz zameldowania przybyłej rodziny w mieszkaniu mego aresztowanego wuja. Jak się okazało później, familia ta była dalekim kuzynostwem, czy „kolesiostwem” Augustyniaka. Nasza liczna rodzina przyszła z pomocą przestraszonej ciotce z dwojgiem małych dzieci - przez strych dostała się na klatkę schodową i próbowała zabarykadować drzwi wyłamywane przez napastników.
Przybyło w sukurs tą drogą także kilku sąsiadów, słysząc odgłosy awantury i widząc rozgrywające się nocą bezprawie; między innymi przybiegł także pan Umięcki. Zjawiło się nagle także dwóch dziwnych milicjantów, których później moją rodzina nie potrafiła odnaleźć na Komisariacie MO, mimo spisania służbowych numerów. Wyłamano drzwi i zaczęła się przepychanka na piętro na wąskiej klatce schodowej, podczas której pan Umięcki z e p c h n ą ł Augustyniaka ze schodów. Ekipa podejrzanych panów z dziwnymi milicjantami i śliwickim ubekiem zajęła jednak jeden z pokoi w mieszkaniu ciotki wprowadzając nowych lokatorów; mieszkali w nim kilka lat. Ale niewesołe życie odtąd miała także rodzina Umięckich. Augustyniak dobrze zapamiętał k t o ś m i a ł zepchnąć go ze schodów i robił wszystko, by obrzydzić życie spokojnym sąsiadom, „działając” w tym kierunku na różnych frontach.
Państwo Umięccy byli jedynymi na Śliwicach, którzy nie mogli korzystać z dobrodziejstw elektryczności – nie do załatwienia było podłączenie mieszkania do sieci. Do czasu gdy „utrwalacz władzy” nareszcie opuścił nasze osiedle, co miało miejsce w 1954 roku, moja koleżanka Bożenka odrabiała lekcje przy lampie naftowej, mogąc jedynie zazdrościć swoim kolegom, korzystającym z wynalazku Edisona. Jak widać socjalizm, świetlany nowy ustrój sprawiedliwości i równości obywateli, wprowadzany przez ludzi pokroju Augustyniaków, nie zapewniał dóbr cywilizacji sprawiedliwie i równo dla wszystkich mieszkańców naszego osiedla.

Na szczęście nie wszystko się dało reglamentować i dlatego elektryczne oświetlenie ulic, które zainstalowano na Śliwicach w połowie lat pięćdziesiątych, było już dla wszystkich mieszkańców.
Tak więc cieszyliśmy się tą nową „zdobyczą” cywilizacyjną rozjaśniającą uliczki naszej koloni tym bardziej, że dla nas kilkunastoletnich wyrostków powstał wspaniały punkt zborny – „pod żarówą”.
Tak nazywaliśmy miejsce pod latarnią stojącą na Gersona przy „przechodniaku”, a więc koło mojego domu. Przez lata wieczorami „pod żarówą” zawsze się umawialiśmy i zbieraliśmy na pogawędki, lub by stąd udać się do „miasta”. Wszyscy mieszkańcy małych Śliwic doskonale się znali i przyzwyczajeni byli do obecności kilku młodzieniaszków opartych o latarnię, czy siedzących obok na murku naszego płotu i namiętnie gaworzących.
Natomiast obcy, którzy musieli przejść obok nas idąc wieczorem od tramwaju lub autobusu, często mieli nietęgie miny – nic dziwnego, w niektórych osobach taka garstka wyrostków mogła budzić pewne obawy. Ale z niejaką przyjemnością mogę powiedzieć, że nigdy nie było z naszej strony żadnego niegrzecznego, czy agresywnego zachowania.
Z upływem lat „pod żarówą” robiło się coraz ciszej i smutniej, gdyż studia i praca skutecznie „rozmywała” naszą paczkę, by w końcu betonowy słup latarni przy „przechodniaku” zupełnie został pozbawiony miłego towarzystwa dorastających śliwiczan.




HERDANOWIE – Koniec lat czterdziestych. Któż dziś pamięta tę nieszczęśliwą matkę z synem mieszkających na parterze w domu przy ul. Gersona 20. Może jedynie ktoś z rodziny Orlińskich, z której pani domu – pani Stanisława, czy jej mąż pan Romuald – po śmierci Herdanowej odwiedzali jej syna w zakładzie specjalnym? Podejrzewam, że nikt więcej. Zawsze czuję uczucie wstydu, gdy przypominam sobie „Durszlaka” i nasze, urwisów z ulicy zachowanie. Dużo starszy od nas ( mnie, może sześciolatkowi wydawał się nawet całkiem dorosły), przygarbiony, z okrągłymi plecami, upośledzony umysłowo często bywał ofiarą naszych głupich żartów. Nigdy nie byłem prowodyrem, ale często świadkiem złośliwych figli starszych kolegów, które już wtedy wydawały mi się co najmniej dziwne. Nie rozumiałem dlaczego, gdy napuszczaliśmy wyglądającego przez okno „Durszlaka”, by zagrał nam na pianinie i zaśpiewał „Chryzantemy złociste”, on grał... i śpiewał swym chropowatym głosem, a wszyscy pokładali się ze śmiechu. Ja też, chyba dla towarzystwa, bo nie znajdowałem w tym nic zabawnego. Przecież w końcu, jedynie on potrafił grać na pianinie, my jedynie na grzebieniu. Ale cóż..., byłem uczestnikiem tych „spektakli” i nawet teraz mi wstyd.



KIWERSCY – Dlaczego właśnie o tej rodzinie? Być może dlatego, że mój kolega Janusz został ostatnim Mohikaninem z naszej „paczki”, który nie opuścił Śliwic i mieszka tam nadal. A może niezwykle barwne postacie z tej familii skłaniają do skreślenia o nich kilku zdań, by pokazać jak ciekawe i zawiłe bywają ścieżki życiowe rodzin.
Kiwerscy zjawili się na Śliwicach w 1950 roku, a wśród nich Janusz, prawie mój rówieśnik, bo o rok młodszy chłopiec, który szybko powiększył grono naszego śliwickiego „towarzystwa”, zdobywając zaufanie swoją otwartością, serdecznością i zadziwiając niezwykłością niektórych działań i pomysłów. Nie zawsze były one „kompatybilne” z zamierzeniami „starej” paczki młodych śliwiczan i wtedy boczyliśmy się na siebie do czasu jakiejś wspólnej „akcji” lub do czasu pójścia nad Wisłę, by „pośpiewać”.
Co to za oryginalne zajęcie? – Otóż, bardzo często w wolnych chwilach latem, grupką kilkunastoletnich dziewcząt i chłopców chodziliśmy na nadwiślański wał, aby pośpiewać - przeważnie stare piosenki harcerskie, piosenki z Powstania Warszawskiego, czasem aktualne przeboje typu „Cicha woda” czy „Marynika”. W tym sympatycznym, śpiewanym zajęciu prym wiedli – wśród dziewcząt Danka Klęczewska, wśród chłopców muzykalny Janusz, popisujący się także melodyjnym gwizdaniem „Arii toreadora” z opery „Carmen” czy „Marsza triumfalnego” z „Aidy”.
Przypuszczam, że muzykalność Kiwerszczak odziedziczył po swej mamie. Pani Luba Kiwerska jest z pochodzenia Rosjanką. Wielokroć będąc w latach pięćdziesiątych w mieszkaniu Janusza podczas uroczystości rodzinnych, na które zjeżdżała rodzina pani domu, oczarowany byłem śpiewem na głosy gości „zza Buga”. Tylko pozazdrościć! Stąd moje przypuszczenia o genetycznym „obciążeniu” uzdolnień mego kolegi.
Inną życiową pasją Janusza, odziedziczoną chyba po ojcu, było ... W O J S K O! Jak pamiętam, zawsze..., bo już od małego miał słabość na punkcie munduru. Ba! Po skończeniu podstawówki przeżył epizod z tym związany – został na krótko kadetem, by jednak pójść po rozum do głowy i zrobić „zwykłą” maturę w Liceum im. Lisa-Kuli (wtedy im. L. Waryńskiego). Być może Januszowa przygoda w kadetach była skutkiem „działań” pani Luby, która w ten sposób pragnęła utemperować rogaty charakterek niesfornego synka.
Bo należy podkreślić, że główną siłą napędową rodziny Kiwerskich, lokomotywą ciągnącą wśród zakrętów niełatwego życia i ośrodkiem decyzyjnym była pani Kiwerska. Gdy zawitała na Śliwicach z małymi dziećmi, pozostawała bez stałych dochodów, gdyż prześladowany przez komunistyczne władze ciężko schorowany mąż nie mógł znaleźć pracy ( o tym później). Szukała więc różnych zajęć, by zapewnić rodzinie byt. Zajmowała się sporadycznie handlem, by ostatecznie wyspecjalizować się w „wydawaniu domowych obiadów”, z czym związane było hodowanie przez nią kilku świń w chlewiku zbudowanym w przydomowym ogródku. Nie podobało się to oczywiście mieszkańcom pobliskich domów, którzy krzywili się na zapachowo kłopotliwe sąsiedztwo opasłych prosiaków.
Pani Luba potrafiła jednak skutecznie „załatwić” z dzielnicowym wpływające skargi, bo domowe wyroby wędliniarskie i mięsne były przedniej jakości, a nie trzeba przypominać jak trudne to były czasy na tzw. rynku mięsnym Dzielnicowy sierżant Wachowicz też człowiek – przepadał za niepowtarzalną w smaku kaszanką czy salcesonem.

A niechybnym zwiastunem, że te delikatesy wkrótce będą w „obrocie”, było kwiczenie dochodzące z ogrodu Kiwerskich i czasem czułe słówka stamtąd dobiegające, skierowane do wyrywającej się świni przez byłego milicjanta pana Pieca, a w tym momencie fachowca-rzeźnika trzymającego w ręku siekierę:
       - Czego się k...a boisz? - pytał troskliwie.
Moim skromny zdaniem, pytanie to troszkę pozbawione było sensu, gdyż już sama siekiera niosła niechybne niebezpieczeństwo, a na dodatek pan Piec był milicjantem – że chroń Panie Boże ( nie uchronił od śmierci postrzelonej „po pijaku” żony) i sam jego wygląd, delikatnie to ujmując, nawet w świni nie mógł wzbudzać zaufania. Ale trzeba przyznać – kiełbasy robił znakomite.

Naszego kolegę Janusza wkrótce po maturze pożegnaliśmy – wyjechał do Wrocławia na studia w Oficerskiej Szkole Wojsk Inżynieryjnych. Odtąd widywaliśmy się sporadycznie, gdy przyjeżdżał na urlop i paradował w swym wymarzonym wojskowym mundurze.
Nie wszyscy jednak potrafili odnieść się do niego z należytym szacunkiem. Jeszcze dziś mam przed oczyma obrazek z tamtych lat, gdy stojąc z kolegami pod „żarówą” usłyszeliśmy podniesione głosy dochodzące od strony domu Kiwerskich. Potem wypadł z furtki na ulicę przyszły oficer w mundurze, chroniąc rękoma przyszłą oficerską głowę przed ciosami ścierki, zadawanymi ręką pani Luby, podążającej za salwującym się ucieczką przyszłym generałem. Widocznie zbyt stanowczo próbował mieć własne zdanie lub nie wyrażał entuzjazmu w przyniesieniu pomyj dla świń z kuchni pobliskiego szpitalika. (Kuchnią tą kierowała pani Broniarkowa, matka późniejszego znanego dziennikarza, która wielokroć pomagała Kiwerskim w tamtych ciężkich dla nich czasach).
Podporucznik Janusz po skończeniu wrocławskiej uczelni zaczął służbę w Kazuniu i jego marzenia zaczęły się znakomicie realizować. Został dowódcą kompani minowania i niszczeń, szefem wojsk administracyjnych koszar, szefem sztabu I batalionu saperów, szkolił studentów PW i SGGW. Porucznik Kiwerski był w swoim żywiole.

I nagle w 1970 roku ten świat zaczął się chwiać i pękać – obywatela Kiwerskiego poproszono na dziwną rozmowę:
- „Obywatelu poruczniku, co byście powiedzieli na propozycję współpracy z nami? Chcielibyście na pewno awansować na kapitana, prawda? Nie ma sprawy, jedynie chcielibyśmy być informowani przez was, co słychać wśród waszych kolegów! Co nie chcecie? I wy uważacie, że jest możliwy wasz awans, wiedząc co robił wasz ojciec? - Zastanówcie się!”
Ojciec. Zygmunt Kiwerski urodzony w 1898 roku służył przed wojną w randze wachmistrza w 20 pułku ułanów i w Ostrogu nad Horyniem (Wołyń) był dowódcą posterunku żandarmerii. We wrześniu 1939 roku w randze oficera brał udział w obronie Modlina i po kapitulacji w Działdowie dostał się do niemieckiej niewoli. Po zwolnieniu wcielono go do II Armii WP. Niestety, po wyzwoleniu doszukano się jego „niewłaściwej” dla socjalistycznej Polski wojskowej przeszłości w żandarmerii. Odebrano mu wszystkie obywatelskie prawa i gdy przy-był na Śliwice, był ich całkowicie pozbawiony. Nie mogący dostać zatrudnienia, a więc bez ubezpieczenia zdrowotnego, walczył z ciężką chorobą. Zmarł w 1954 roku.

- „No i co obywatelu Kiwerski? Zastanowiliście się? Radzimy wam dobrze – współpracujcie z nami! Tym bardziej, że wasz brat uciekł z naszej socjalistycznej ojczyzny! Musicie nam powiedzieć gdzie przebywa, chyba że zgodzicie się być kapusiem! Nie chcecie? Wasz brat sprawił, że nie macie wyjścia obywatelu!”

Brat Lonek. Leonard Kiwerski, starszy od nas o dobrych kilka lat (rocznik 1934), chodził do przyszłego mojego liceum Liceum im. Władysława IV; był bardzo dobrym uczniem. Po maturze skończył jako prymus Szkołę Morską w Gdyni i wysłano go do Wyższej Morskiej Szkoły w Odessie.
Po skończeniu drugiego roku tej szkoły, podczas urlopu w Polsce zaciągnął się na statek handlowy. Już nie powrócił do Odessy - w czasie gdy odbywał rejs wokół Afryki, w związku z działaniami wojennymi zablokowano Kanał Sueski i nie był w stanie wrócić na czas do szkoły .
Pływał statkiem handlowym na dalekowschodnich liniach, awansując z czasem do stopnia I oficera. Zjawiał się czasem na Śliwicach po kilkumiesięcznych rejsach imponując nam marynarską fantazją, stawiając nam lekką ręką drinki w warszawskich lokalach, opowiadając o barwnym życiu marynarskiej kompanii.
I nagle w 1962 roku po zawinięciu statku na Maltę zniknął bez śladu. „Odnalazł” się w hiszpańskiej Legii Cudzoziemskiej i służył w niej od stopnia szeregowca 14 lat na Saharze hiszpańskiej ( Villa Csneros), 6 lat na Wyspach Kanaryjskich (Fuertaventura) i 2 lata w Rondo de Malaga, awansując poprzez dowódcę kompani na pomocnika szefa sztabu i dyrektora szkoły dla żołnierzy Legii. Niestety, zginął tragicznie zamordowany w Bodachos i został pochowany z oficerskim ceremoniałem w katakumbach Legii Cudzoziemskiej w Rondo de Malaga.

I znowu:
- „Obywatelu Kiwerski! Nie możecie nam odmówić pomocy! Ojciec i brat – to nie wszystkie osoby, których powinniście się wstydzić – wiemy o waszym ojczymie, to was pogrąża ostatecznie! Chyba, że zaczniecie <<kapować>>! Co wy na to?”

Ojczym. Po śmierci męża pani Luba wyszła za mąż za Włodzimierza Frepona. Poznaliśmy bliżej tego starszego pana odwiedzając Janusza jeszcze gdy był uczniem liceum. Opowiadał nam, kilkunastoletnim słuchaczom zawiłe losy swego życia: pochodził z ziemiańskiej rodziny spod Kijowa – z ojca Belga i matki Polki; skończył oficerską szkołę w Kijowie. Z zaciekawieniem słuchaliśmy o jego walkach w czasie I wojny światowej w Karpatach, w czasie rewolucji dowodził sotnią kozaków u Piłsudskiego. Uciekł ostatecznie przed bolszewikami do Nowogródka, gdzie skończył kurs przodowników policji.
Pracował w Łucku i potem w Warszawie jako komendant Oddziału „Targówek" Związku Strzeleckiego, po wojnie w RKU w Dzierżoniowie. I tam w 1950 roku za „obalanie ustroju ludowego” został aresztowany i skazany na 10 lat. Wyszedł z więzienia w 1956 i mimo to, gdy odwiedzaliśmy Janusza w garażu ( dawniej – sklep Sobieszka), zaadaptowanym na mieszkalny pokój rodziny Kiwerskich, z pogodą ducha opowiadał nam o dawnych zdarzeniach ze swego życia. Często opowieści swe pan Frepon przeplatał rzewnymi piosenkami w języku rosyjskim, akompaniując sobie na gitarze. Grał na niej świetnie.
- „No i co obywatelu Kiwerski? Będziecie informować nas o kolegach? Będziecie współpracować z nami? Nie? Mimo, że macie taką rodzinę?”
Janusz nie awansował na generała! W 1970 roku został zwolniony z wojska, on dla którego w o j s k o było wszystkim! Dziś po latach otrzymał z IPN status osoby pokrzywdzonej. To wszystko! Posiada stopień majora..., niektórzy jego koledzy ze studiów i służby są generałami.
Ale mówi z satysfakcją: „mogę bez wstydu stanąć przed lustrem i spojrzeć sobie w oczy”. Mimo to, dziś gdy wspomina tamte lata, słowa rzuca zduszonym głosem, a oczy za okularami dziwnie mu wilgotnieją...


KOLEJKA – dojazdowa ciuchcia wąskotorowa; po wojnie w latach czterdziestych i pierwszych pięćdziesiątych ubiegłego wieku jedyny publiczny środek transportowy, którym możliwy był dojazd mieszkańców Śliwic do „miasta” czyli na Pragę. Jednocześnie był to obiekt fascynacji kilku i kilkunastoletnich znawców techniki ze Śliwic, z ekscytacją asystujących ( czytaj: gapiących się ) przejazdowi obok ich osiedla kopcącej dymem lokomotywy, ciągnącej ciemnozielone wagoniki.

Przypomnijmy przeto pokrótce historię „naszej” ciuchci, zwanej w latach jej budowania kolejką „arystokratów”.
Nic dziwnego! W 1898 roku Towarzystwo Akcyjne Wąskotorowej Drogi Żelaznej Jabłonna – Wawer utworzyli m. in. Ksawery hr. Branicki, Feliks hr. Czapski, August hr. Potocki, hrabia Jan Zamoyski i Krzysztof Kiersnowski, na którego nazwisko wydano koncesję. Zaraz po zakończeniu budowy kolejkę sprzedano księciu Stefanowi Lubomirskiemu i Tomaszowi hr. Zamoyskiemu. Czytając te nazwiska można dostać zawrotu głowy, prawda?

W maju 1899 roku zaczęto układanie torów od mostu Kierbedzia w kierunku Jabłonny, potem zaś w stronę Wawra. Otwarcie kolejki Most – Jabłonna nastąpiło w listopadzie 1900 roku. Odcinek do Wawra uruchomiono w styczniu 1901, wydłużając go do Karczewia w latach 1912-14, po przejęciu większościowego pakietu akcji przez kapitał belgijski. Ciuchcia funkcjonowała nieprzerwanie podczas okupacji ( oprócz okresu oblężenia Warszawy do listopada 1939 roku), a po wojnie już zupełnie bez przeszkód codziennie woziła mieszkańców Śliwic do pracy i szkół.

Załóżmy tornister ze wspomnieniami i udajmy się na przystanek „Śliwice”, by przejechać się, jak kiedyś, kolejką do przystanku „Most”.
Szło się w tym celu przechodniakiem wysypanym czarnym żużlem, aż do torów biegnących przy Szosie Modlińskiej, skręcało w lewo tuż obok transformatora w kształcie wielkiego walcowatego słupa ogłoszeniowego (zasilał Śliwice w energię elektryczną ) i wchodziło na „peron” – także żużlem utwardzone wzniesienie. Stała tam niewielka ciemnozielona budka - zadaszona poczekalnia z malutkim pomieszczeniem kasy. Kupujemy więc tekturowy bilet u kasjerki, śliwiczanki pani Kopijerowej, która dyżurowała tu przed przyjazdem kolejki.

Nadjeżdżającą ciuchcię zapowiadał biegnący od strony Pelcowizny daleki gwizd – maszynista ostrzegał na wszelki wypadek nielicznych pieszych idących ścieżką przy torze. Wtaczał się sapiąc na przystanek parowóz i kilka wagoników, by zatrzymać się na chwilkę dla „wymiany” pasażerów wsiadających i wysiadających. Wsiadamy więc i my do pulmanowskiego wagoniku i zajmujemy miejsce na twardej ławce z drewnianych listew, najlepiej przy oknie. Dla małych pasażerów trwająca kilkanaście minut podróż była nie lada atrakcją. Kolejka rusza z gwizdem, rozpędza się sapiąc coraz szybciej, migają w oknach wielkie topole, rosnące wzdłuż Modlińskiej. Im bliżej Golędzinowa jest ich coraz więcej. Upłynęło kilka chwil i już zaczyna się hamowanie, zbliżamy się do przystanku „Golędzinów”. Też ma małą budkę na czarnym żużlowym „peronie”. Przystanek znajdował się tuż-tuż przed zagradzającym drogę w poprzek nasypem kolejowym.
Nasz pociąg ruszał powoli i znikał pod wiaduktem wspartym na kilku filarach zbudowanych z potężnych smołowanych drewnianych pali, spiętych stalowymi antabami. Po minięciu wiaduktu w dalszym ciągu powoli, głośno gwiżdżąc kolejka szerokim łukiem w prawo przecinała ul. Jagiellońską (tu się ona zaczynała albo właściwie kończyła). Znowu rozpędzała się po torze biegnącym obok ogrodzenia ZOO aż do Wisły, by ostrym łukiem w lewo skręcić w wiklinowe zarośla, zarastające pas ziemi między ogrodem zoologicznym i rzeką.
Dopiero przy wylocie ul. Ratuszowej i zlokalizowanym tu Komisariacie Rzecznym MO przerzedzały się krzaki i widać było leżące na brzegu łodzie i przycumowane motorówki.
Ciuchcia zwalniała...
Mijając Park Praski mogliśmy podziwiać spadochroniarzy skaczących na linie ze specjalnej wysokiej wieży, stojącej nieopodal torów. Powoli przejeżdżaliśmy pod mostem Śląsko-Dąbrowskim (od 1949 roku) i bezpośrednio za nim ciuchcia wjeżdżała na stację „Most”, dysząc z „ulgą”, że to już koniec trasy.
Wyskakując z wagonu na peron miało się przed oczyma panoramę Warszawy rozciągającą się za Wisłą.
Taką drogę codziennie przebywali w zwykłe dni mieszkańcy Śliwic udający się do „miasta”.

Natomiast w niedzielę jeździło się „naszą” ciuchcią w kierunku Jabłonny – do parafialnego kościoła na Pelcowiźnie, a późną wiosną także na tradycyjne majówki do Buchnika. „Tradycyjne”, gdyż jeździło się w tym celu, tym środkiem lokomocji od początku jej istnienia. Już w 1912 roku tak atmosferę w kolejce Jabłonna-Most opisywał felietonista na łamach „Tygodnika Ilustrowanego”:
„Wszyscy letnicy są niesłychanie gościnni. Nie tylko proszą, ale wprost domagają się, aby ich odwiedzano. I do tych zaprosin dodaje się serdeczną przestrogę: Tylko prosimy nie w niedzielę. Przestroga jest życzliwa, bo na przystankach kolejowych rozgrywają się sceny, jakie gdzieniegdzie można widzieć tylko podczas paniki przy wielkich katastrofach. Mężczyźni znęcają się nad kobietami, kobiety nad dziećmi, dzieci popychają staruszków i nie mają uszanowania dla kalek, słowem - piekło".
Nie pamiętam, aby takie dantejskie sceny odbywały się w latach czterdziestych, gdy wyjeżdżaliśmy na majówki do Buchnika. Było rzeczywiście tłoczno, tak że o siedzącym miejscu tylko pomarzyć, był gwar i szum. Ale podróże z przysłowiowym koszem wypełnionym wałówką, jajami na twardo i butlami z kompotem, pobyt nad jeziorkiem w buchnikowym lesie i wieczorne powroty ciuchcią wspominam z wielkim sentymentem.

Z tego kierunku, to znaczy od strony Jabłonny, co wtorek jeżeli dobrze pamiętam, rano, przyjeżdżała ciuchcią - pani Górska. Od czasu zakończenia wojny, a może i wcześniej ( tego nie wiem) zjawiała się na Śliwicach ta tęga i przysadzista, wiejska kobieta, niesamowicie obciążona wielkim tobołem. Na ramieniu dźwigała dwa wielkie kosze związane chustą. Składała to wszystko w sieni naszego domu na ulicy Gersona i rozpoczynała wędrówkę już z „detaliczną” ilością przywiezionych towarów po domach stałych swych klientów. Zapełniała się nasza kuchnia zapachem wsi, podczas rozkładania na kuchennym stole przez panią Górską: serów zawiniętych w cienką gazę, pachnących najprawdziwszym masłem osełek masła owiniętych chrzanowymi liśćmi, podczas odmierzania „kwaterką” tłustej wiejskiej śmietany z glinianych dzbanów, odmierzania jagód, ważenia pachnących truskawek czy grzybów, gdy nadeszła jesień. Po kilku godzinach, gdy przywieziony towar zniknął z sieni i znalazł się w śliwickich mieszkaniach, pani Górska ze swymi pustymi koszami „toczyła się” na przystanek ciuchci, by odjechać w kierunku Jabłonny i jak zwykle zjawić się z nowym towarem za tydzień.
Na początku lat pięćdziesiątych pojawiła się na Śliwicach „konkurencja” pani Górskiej – Franek, chłop z okolic Nieporętu. Miał towaru znacznie więcej – nic dziwnego, zajeżdżał furmanką turkoczącą drewnianymi kołami po kocich łbach śliwickich ulic. Ale mimo to, pani Górska w dalszym ciągu zjawiała się co tydzień – miała swoich wiernych, stałych klientów. I tak było przez kilka lat, aż pewnego wtorku ciuchcia nie przywiozła pękatej, wiejskiej kobiety z wielkimi koszami. Jak się okazało, ciężko zachorowała i odeszła z tego świata. A Franek dalej rozwijał swój „interes” na śliwickich uliczkach – zmienił koła na „pneumatyki”, a z czasem nawet napęd koni z owsa na olej – jego wóz ciągnął traktor.

Unowocześniała się także komunikacja miejska, na początku lat pięćdziesiątych naszą ciuchcię zaczęła „wspomagać” linia autobusowa (chyba nr 126). Nieprawdopodobnie zatłoczone autobusy „Chausson”, ciasne i niskie, z wąskimi drzwiami kursowały ul Stalingradzką ( na taką nazwę przemianowano Szosę Modlińską w 1950 roku) do przystanku końcowego na ul. Cyryla i Metodego; tuż przed wejściem do Komisariatu MO. Mimo niewygody i ciasnoty, linia ta odebrała znaczną ilość pasażerów ciuchci, nic dziwnego – autobusy jeździły częściej i szybciej. Kolejka „podupadała”, przewoziła coraz mniej pasażerów, bilety kupowało się już u konduktora, a kasę na śliwickim przystanku zlikwidowano.

Rozwijała się coraz bardziej żerańska FSO i zwiększała jej załoga. Autobusy i ciuchcia nie wystarczały do jej przewozu. W związku z tym szybko postępowała budowa linii tramwajowej (nr 21 ) z pętlami przy ul. Ratuszowej i na Pelcowiźnie. Oddano ją do eksploatacji w 1953 roku - jak zwykle musiało odbyć się to uroczyście i z "pompą" 22 lipca.
I tak w 1956 roku skończyła się historia „naszej ciuchci”. 31 stycznia 1956 roku kolejka Jabłonna - Most po raz ostatni zatrzymała się na przystanku „Śliwice”, zadymiając po raz ostatni śliwickie osiedle.
I odjechała w stronę Golędzinowa, znikając w oddali w dymie wyrzucanym z komina parowozu. A dymiła zawsze nieźle, skoro już przed 1914 rokiem pasażerowie kolejki utyskiwali mówiąc:
„ Że też tyle dymu mieści się takim małym parowozie”.



MALARZE - Po wyzwoleniu większość domów i mieszkań na Śliwicach wymagała remontu i to dość gruntownego. Więc nic dziwnego, że jedyny malarz pokojowy, pan Jan Zawadzki mieszkający na Gersona 37 miał duże „wzięcie”.
Zupełnie małemu męskiemu pokoleniu osiedla, jednak czym innym imponował ten mistrz pędzla – niezwykłym kunsztem w robieniu ładunków kalichlorkowych na wielkanocne kanonady; był w tym niezastąpiony. Wielokroć zamiast ze śpiewem podążać w procesji rezurekcyjnej wokół kościoła na Pelcowiźnie, z podziwem i zachwytem asystowaliśmy swemu guru, chroniąc palcami swe uszy podczas odpalania przez niego ładunków wielkim bambulem.
Ba! Gdy mieliśmy już po kilkanaście lat jeden z nas, mianowicie Tadek Staroń dostąpił zaszczytu i został „czeladnikiem” mistrza – obdarowany kilkunastoma ładunkami odpalał je pod okiem pana Jasia. I wywiązał się z tej przyjemności znakomicie, z tym że świąteczne Tadkowe spodnie, aż do kolan, przyjęły postać sita z powypalanymi dziurami. Ale ich właściciel był zachwycony opowiadając wszem i wobec, że:
- „jak rąbnął i huknęło, to aż poszła osmoza”.
Może i poszły, ale nie osmoza, a raczej Tadkowe spodnie na szmaty, ale my wróćmy do malarskich spraw.

Pana Jasia do „odnowienia” mieszkania zatrudniła także moja rodzina, ale tylko raz. Dlaczego?... Moja przebiegła Mama ukradkiem podpatrywała czynności malarza, zagadując do niego i pomagając mu z chęcią przy niektórych czynnościach. W ten sposób poznawała tajemnice sztuki przygotowania kredy, tonu, barwników, mycia i gruntowania ścian, machania ławkowcem. A ponieważ była zdolną osobą, a na dokładkę mistrzowi Janowi nie „stanął” błękitny kolor w jednym z pokoi i musiał jego malowanie powtarzać, doskonale rozszyfrowała i poznała tajniki tych niełatwych umiejętności ( nie było jeszcze „emulsji”).

Odtąd już sami „odnawialiśmy” mieszkanie, gdyż w powojennych latach moja rodzina jak wiele innych żyła bardzo skromnie i z każdym wydatkiem trzeba było się liczyć. Majster Mama i ja dziesięcioletni pomocnik, do którego należało skrobanie i mycie ścian, załatwialiśmy doskonale sprawę. Jednego nie mogłem tylko opanować: pan Jasio przemieszczał się bez wysiłku na drabinie siedząc na niej okrakiem; robił to budząc mój wielki podziw - profesjonalista!. Moje próby kończyły się przeważnie wywrotkami – może byłem zbyt mały i słaby.

Ale posługiwanie się ławkowcem szło mi całkiem nieźle. W związku z tym, mój kochany Tata, tak jak każdy ojciec widzący w swym synu geniusza, uznał że posiadam talent do pędzla i powinienem uczyć się rysunku i malowania. Utwierdziło go w tym przekonaniu napaćkanych farbkami przeze mnie kilka „dzieł”, zwłaszcza akwarela przedstawiająca moją Babcię, „która jest jak żywa”. No cóż..., poczynił w tym kierunku kilka rozmów z jednym z śliwickich artystów, z panem Kellerem.
Skończyło się na tych rozmowach, gdyż jak wspomniałem wcześniej, finansowo było u nas „cienko”, lekcje niemało by kosztowały, a przyszły artysta malarz to znaczy ja, nie przejawiał najmniejszego nawet entuzjazmu, by nim zostać.
I tak moja przygoda z pędzlem skończyła się na ławkowcu.

Skoro wspomnieliśmy pana Kellera, przejdźmy do prawdziwej sztuki, choć nie tak przydatnej i praktycznej jaką był zawód uprawiany przez pana Jasia – do sztuk plastycznych. Na Śliwicach mieszkało kilka rodzin związanych z tym cieszącym oko i duszę „zajęciem”, żeby nie użyć słowa – powołaniem.
Józef Keller i jego szwagier pan Mieczysław Młynarski, mieszkający na ul. Gersona 32.

Pan Józef, mój niedoszły nauczyciel rysunku, urodzony w 1906 roku ukończył krakowską ASP w latach 1932-37. W latach 1947-49 uczył rysunku w mojej przyszłej szkole - Liceum Władysława IV a także Liceum T. Czackiego. Pamiętam go jednak idącego uliczką Śliwic nie ze sztalugą, ale z aparatem fotograficznym, gdyż jego drugą pasją była fotografia. Jego fotogramy zdobiły wiele wydawanych albumów, a różne cykle zdjęć zdobywały konkursowe nagrody i wyróżnienia. Szkoda, że zaginęły obrazy śliwickiego życia uwiecznione na kliszy przez pana Kellera, stanowiłyby cenną ikonografię powojennych lat naszego osiedla.

Szwagier tego malarza i fotografika, pan Mieczysław Młynarski już swoim wyglądem utwierdzał, że jest artystą. Bujne loki włosów okrywające czasem kark, ozdabiające drobniutką i szczuplutką postać wskazywały, że musi nim być. Był grafikiem, ukończył przed wojną Wyższy Kurs Grafiki Użytkowej i w latach 1934-38 Szkołę Rysunku im. W. Gersona w Warszawie.
Zajmował się głównie grafiką użytkową oraz pracami konserwacyjnymi wnętrz kościołów. Ze swym szwagrem prowadził także prace renowacyjne przy obrazach w naszym kościółku parafialnym na Pelcowiźnie.

„Rzemieślnicy” – tak o nich lekceważąco i z wyższością mówił dziesięciolatek, przyszły artysta, mój rówieśnik i kolega ze szkolnej ławy od klasy pierwszej do maturalnej – Bogusław Orliński, czyli Bogdan.
Rzeczywiście, miał duszę artysty i „odstawiał” takiego od dziecięcych lat. Od kiedy pamiętam zawsze coś mazał czy nazwijmy właściwie - szkicował na marginesach swoich zeszytów. Widocznie jego ojciec pan Romuald, posiadający duże zdolności artystyczne, przekazał mu je w genach, zresztą nie tylko jemu, ale i starszemu synowi Zbyszkowi (skończył rzeźbę na warszawskiej ASP ) i najmłodszemu Andrzejowi (też ASP).
Młody Bogdan w różnorodny sposób rozwijał swój otrzymany od ojca talent: czy to wydając jedno egzemplarzowe komiksy okolicznościowe, czy w podarunku dając imieninową laurkę – kolaż dla koleżanki, czy w końcu uprawiając grafikę użytkową w postaci plakatu na film „WINDĄ NA SZAFĘ” (w kinach „szedł” w tym czasie film pt. „Windą na szafot”), którego projekcja jakoby miała się odbyć w śliwickim Domu Społecznym (patrz hasło „Społeczniak”). Niektórzy mieszkańcy osiedla spragnieni rozrywki, po przeczytaniu rozwieszonych plakatów, udali się do „Społeczniaka” na godzinę wymienioną na plakacie i niepocieszeni wrócili ze spaceru – żadnego filmu nie wyświetlano, a o „WINDZIE NA SZAFĘ” nawet tam nie słyszano.
Jak wynika z tego zdarzenia, siła sprawcza „dzieła artystycznego” mego kolegi była wielka i przekonywująca, skoro wyciągnęła z domowych pieleszy nawet wiekowe staruszki.

Zdolny Bogdan ukończył malarstwo na ASP i jest znanym ilustratorem książek, głównie dla dzieci.

Samorodnym talentem, którego jedynym wykształceniem artystycznym było członkostwo w Pruszkowskim Ognisku Plastycznym, był ojciec mego kolegi Maćka - Jan Lada. Ladowie przybyli na Śliwice w połowie lat pięćdziesiątych i zamieszkali w hotelu robotniczym FSO na ul. Witkiewicza; ojciec Maćka był pracownikiem tej fabryki.
Wielokroć odwiedzając kolegę oglądałem, w pokoiku przesiąkniętym zapachem terpentyny, obrazy na sztaludze, które pan Jan aktualnie tworzył. Przyznam, że nie bardzo podobał mi się styl w którym malował – prymitywizm. Obrazy wydawały mi się bardzo amatorskie i naiwne, ale cóż, nie mnie oceniać, nie jestem żadnym „fachowcem”. Zresztą bardziej interesowała mnie broń - dubeltówki i ekwipunek myśliwski pana Lady; myślistwo było jego drugą pasją. Później Jan Lada zajął się drzeworytem i linorytem tematycznie związanymi z mitologią i starożytną historią. Jego obrazy zdobyły duże uznanie wśród elity kulturalnej i znawców sztuki w Polsce; dzieła nabywało wielu koneserów sztuki, nabywał je m. in. A. Wajda, mecenatem objął artystę ówczesny ambasador RFN w Polsce. O drzeworycie „Niobe” umieszczonym na plakacie Wystawy Prymitywistów, tak pisał jeden ze krytyków sztuki:
...„Poza swoim miejscem wśród mitów, Niobe była inspiracją artystów. Sam Konstanty Ildefons Gałczyński napisał poemat z jej imieniem w tytule, zaś Jan Kochanowski odwołuje się do jej nieszczęścia w swoich trenach. Poza sztuką pisaną powstały również dzieła plastyczne, chociażby „Niobe” z początku I wieku przed naszą erą i drzeworyt o tej samej nazwie naszego polskiego artysty Jana Lady. Ten ostatni właśnie, z powodu zainteresowań malarstwem,opisuję.
Jan Lada, tworząc, inspirował się wyżej opisaną rzeźbą grecką. Potwierdza to podobny układ postaci Niobe, mimo iż zniekształcił ją wręcz karykaturalnie – proporcje są zachwiane, razi ostrość linii, twarz sprawia wrażenie bardziej znudzonej niż przerażonej, co miało miejsce w rzeźbie. Jednak wiele rzeczy zostawił podobnych: do łona nieszczęsnej matki przytula się jedyna ocalała córka, jej ręce szukają schronienia w szacie kobiety. Autor ze swojego dzieła zrobił cała opowieść. Na drugim planie, z lewej strony, na obrzeżach bardziej symbolicznego niźli realistycznego lasu stoi jedno z dzieci Latony. Trzymając łuk, przymierza się do strzału. W postaciach wszystkich bohaterów dominuje biel i żółć. Czerń podkreśla plamy konturami.

Niobe spogląda w lewo, jakby wypatrywała zbliżającego się niebezpieczeństwa, nie wiedząc o czającej się za nią Artemidy Na trzecim planie rozciąga się plama błękitu będąca niebem, doskonale kontrastująca z pasem zieleni, mającym grać rolę ziemi. Owa prostota służy wyłącznie zakomunikowaniu widzowi, iż walka toczy się między niebem, którego wysłannikiem jest czyhający na drugim planie łucznik, a ziemią reprezentowaną przez Niobe.
Dodatkowo błękit niebios zostaje w pewnym momencie załamany ciemniejszym niebieskim z domieszką szarości. Sprawia to wrażenie, jakby ciemne, złowieszcze chmury zbierały się nad miejscem akcji. Podobne działanie można również dostrzec na samym dole obrazu. Jestem wręcz pewien, iż ma to być cień owych chmur, będących przecież istotnym symbolem fatum ciążącego nad rodziną Niobe. Ciekawe jest, że cień ominął boginię lasu i sam las – nasuwa to przypuszczenie, iż fatum również jest ingerencją bogów.
Greckie niebiosa przeciwko ludzkiej bezradności – to zapewne artysta miał na myśli tworząc „Niobe” w kawałku drewna. Mnie osobiście obraz przypadł do gustu jako dzieło intrygujące, zmuszające do myślenia. I zapewne, w podobnych tematach będę się do niego odwoływał.”...


Już nikt z wspomnianych osób nie mieszka na Śliwicach, większość nie żyje.... A tylu było mistrzów pędzla w tak niewielkiej przecież społeczności w tamtych czasach. Czy obecnie mieszkańcem osiedla jest jakiś artysta – malarz? Nie wiem... A może choć jakiś malarz pokojowy? ... Też nie mam pojęcia, nie znam obecnych mieszkańców rodzinnych Śliwic, opuściłem je w końcu prawie trzydzieści lat temu.
Opuściły je i ten świat także panny Zarembianki mieszkające na Gersona 33, siostrzenice braci Gierymskich, u których na ścianach widziałem przed laty małe obrazki tych znanych malarzy. Co się stało z tymi dziełami oprawionymi w złote ramki? – Nie ma ich już na Śliwicach, jak szepcze plotka wywieziono je ponoć do Szwecji. I tego także żal...


„PIWNICA”- miejsce spotkań śliwickiej młodzieży w końcu lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Być może większość ówczesnych mieszkańców Śliwic nie wiedziała, a właściwie nie interesowała się, po co młodzi ludzie w jesienne czy zimowe wieczory zmierzają w kierunku remizy strażackiej.

Budynek, z napisem widocznym na frontowej ścianie „ZAWODOWA STRAŻ POŻARNA FSO”, wzniesiono z początkiem lat 50-tych na uboczu ulicy Witkiewicza, prawie naprzeciw starej szkoły; blisko terenu kolejowego. Nie było bezpośredniego wyjazdu wozów strażackich z remizy na ul. Witkiewicza. Zbudowano jezdnię z trylinek równoległą do niej i tamtędy jeżdżono do akcji gaśniczych w kierunku terenu FSO. Pieszo „wędrowało” się do straży na przełaj ścieżką prowadzącą na placyk przed budynkiem, na który wyjeżdżały garażujące wozy z dwóch bram remizy. Na piętrze nad garażami mieściły się pomieszczenia dyżurującej całą dobę strażackiej załogi. Natomiast obchodząc budynek z prawej strony dochodziło się do wejścia na klatkę schodową z służbowymi mieszkaniami dowódców.
Na piętrze mieszkała rodzina komendanta Jankowskiego, na dole Staroniowie. Zawsze spotykając kogoś z rodziny Jankowskich nurtowało mnie pytanie: jakim zrządzeniem losu trafiła ta rodzina na takie strażackie „zesłanie”?.
Pan Jankowski, bardzo wysoki, szczupły, dystyngowany mężczyzna w „jesiennym” wieku był przedwojennym pułkownikiem. Zawsze robił wrażenie człowieka „z klasą”. Jego małżonka, córka carskiego generała, była osobą niezwykle kulturalną i bardzo wykształconą. Nic dziwnego, uczęszczała w czasach przed bolszewicką rewolucją do „Instytutu Wysokourodzonych Panien” („Йнститут Благонадёжных Девиц”) przy Pałacu Smolnym w Petersburgu.
W rodzinie Jankowskich w domu używało się języka francuskiego.
Zupełnie nie pasowała mi ta rodzina do zgrzebnej, siermiężnej strażackiej codzienności remizy.
Na parterze mieszkali Staroniowie. Przybyli na początku lat pięćdziesiątych z małego miasteczka w Świętokrzyskiem. Głowa rodziny, pan Marian został mianowany na komendanta po przejściu pana Jankowskiego na emeryturę.
Często bywałem w latach pięćdziesiątych u Staroniów – kolegowałem się z najstarszym z dzieci - Tadkiem, a także w związku z pomaganiem panu Marianowi w odrabianiu zadań z „matmy” i fizyki. Uczył się w wieczorowym technikum i „nie miał głowy” do zawiłych zadań z tych przedmiotów. Pomagałem mu z przyjemnością, bo zajęcie to było dla mnie jak rozwiązywanie krzyżówek.
Wokół Straży Pożarnej w tych latach, zwłaszcza w letnich miesiącach, kręciło się wielu śliwickich chłopców z młodszego pokolenia, obserwując z przejęciem zajęcia i ćwiczenia zawodowych strażaków. Nic dziwnego! Każdy kilkuletni brzdąc chciałby zostać dzielnym, bohaterskim strażakiem. Więc wielką frajdę zrobili panowie strażacy organizując dla kilkunastu małych zapaleńców szkolenie i ćwiczenia. Z entuzjazmem odbywali zbiórki, musztrę, poznawali sprzęt, jego nazwę i obsługę. Znikali co dnia z domu na kilka godzin, by „uzbrojeni” w zbyt duże najprawdziwsze

strażackie hełmy, przepasani parcianymi pasami z karabińczykami, z mozołem rozstawiać wielkie drabiny, rozwijać i zwijać węże. Uwieńczeniem tej przygody były ćwiczenia gaśnicze pozorowanego pożaru z użyciem najprawdziwszej sikawki z najprawdziwszą wodą. Wrażeń i przeżyć było co niemiara.

Ale powróćmy do tematu „Piwnica”!
W pewnym wieku młodzi ludzie, nieco starsi od tych o których wspomniano uprzednio, chcą mieć kameralne miejsce, w którym mogą się spotkać, porozmawiać, podowcipkować czy poflirtować. Nadarzyła się taka okazja – Tadek Staroń uprosił panią Jankowską, by udostępniła nam prawie nieużywane pomieszczenie swej sutereny. Dostaliśmy od niej klucz ( odtąd stale był do dyspozycji u Staroniów ) i zeszliśmy na dół, by urządzić naszą „piwnicę”. A roboty było moc! Pomieszczenie zawalone było po sufit wszelakim „dobrem” i porządkowanie zajęło nam kilka wieczorów.
Po tym niemałym wysiłku nasz kilkunastometrowy lokal prezentował się całkiem-całkiem. Pod zewnętrzną ścianą z małym okienkiem pod sufitem, umieściliśmy wielkie paki, skrzynie i wiklinowe kosze zawierające cenne rzeczy państwa Jankowskich. Wcale nie przesadzam używając słowa „cenne”. Były tam złożone wyjątkowe zbiory książek, starych nut, zastawy stołowe z porcelany i cennego szkła ( takie kryształowe piękne kielichy trudno obecnie znaleźć), itp precjoza. Na zwolnionej pozostałej powierzchni ustawiliśmy odzyskane z rupieci: okrągły stół, dwa-trzy odkurzone stare fotele, kilka kulawych krzeseł, stojącą wysoką lampę z abażurem ozdobionym długimi frędzlami. Pomieszczenie ogrzewał, jak chciał kiedy nie był „zapowietrzony”, mały kaloryfer.

Dorzuciliśmy do tego wyposażenia kilka własnych „elementów”. Po otworzeniu drzwi witał wchodzącego groźny małpolud z potężną maczugą, namalowany na bocznej ścianie przez zdolnego Bogdana Orlińskiego. Natomiast na ścianie naprzeciw, wkraczający gość miał przed sobą fresk tegoż artysty, przedstawiający długą postać leżącą w otwartej trumnie. „Dzieło” zdobił napis: „MEMENTO MORI”. Wieko stało obok!
Nie koniec na tym – na ścianę nad drzwiami „wkraczały” czarne ślady bosych stóp, przemierzały przez cały sufit pomieszczenia, by „wyjść” po ścianie do okienka na zewnątrz. Tworzenie tego ostatniego „dzieła” odbywało się w sposób co najmniej oryginalny, by nie powiedzieć skomplikowany. Zupełnie proste byłoby namalowanie owej ścieżki czarnych stóp przez wspomnianego Bogdana, zwykłą czarną farbą przy użyciu zwykłego pędzla. Albo jeszcze prościej można było namalować stopy za pomocą szablonu wyciętego w kartce papieru.
Ale nie! To byłoby zbyt prozaiczne, projekt winien powstać w sposób niekonwencjonalny. Więc Tadek „skoczył na górę” po dużą puszkę czarnej pasty do butów. Następnie potrzebne było długie i lekkie narzędzie. Znalazło się takie w postaci mojej długiej i chudej osoby. Zdjąłem buty i skarpety, nasmarowałem od spodu swe stopy przyniesioną pastą i wio...! Kilku mocnych kolegów z mozołem „pomagało” mi przemieszczać się od drzwi po suficie do odległego okienka. Co tu mówić!!! Chodzenie po suficie z głową w dół, przy „wspomaganiu” kilku kolegów zataczających się ze śmiechu, nie było zbyt bezpieczne i kończyło się kilkakrotnym rozsypaniem akrobatycznego zespołu. O długotrwałym i kłopotliwym myciu nóg trudno nie wspomnieć. Ale ślady prezentowały się nieźle.

Co robiliśmy i jak spędzaliśmy czas w naszej „Piwnicy”? Gadaliśmy o wszystkim i o niczym, graliśmy w brydża popijając niekiedy domowe winko, a zubażając zapasy naszych rodzinnych piwniczek; flirtowaliśmy z koleżankami, które czasami tu zaglądały, niektóre nawet z ochotą.

Ale przede wszystkim grywaliśmy w „cymbergaja”, popularną w tamtych latach grę na szkolnych przerwach. W organizowanych „piwnicznych” turniejach, brało udział wielu młodych śliwiczan, a czasem nawet zawodnicy z poza naszego osiedla. Uczestniczyli w nich na przykład zawodnicy z Pragi – koledzy z Liceum Władysława IV m. in. Janusz Bukowski, nieżyjący już, znany później aktor teatralny i filmowy, czy kolega Lenczewski, obecnie proboszcz prawosławnej parafii na Woli. Zacięte mecze przy asyście wielu podekscytowanych kibiców odbywały się na zrobionym przeze mnie boisku-planszy pokrytym linoleum, wyposażonym w bandy ( jak hokejowe lodowisko) z drewnianymi bramkami, a nie z pinezek, jakich używało się na szkolnych ławkach. Rozgrywki pochłaniały nam całe długie jesienno-zimowe wieczory.

Czasem wpadał z wizytą do naszej „Piwnicy” dzielnicowy Włodzimierz Wachowicz, by sprawdzić jak spędza wolne chwile śliwicka młodzież. Przeważnie wizyty były już po obchodzie naszego osiedla i po odwiedzinach niejednego mieszkania. Dlatego przeważnie był pan Włodzio w „stanie wskazującym”. Pewnego razu stało się to przyczyną dość emocjonującego zdarzenia. Wchodząc do „Piwnicy” sympatyczny milicjant z nieco przymglonym spojrzeniem, ujrzał na ścianie wspomnianego wcześniej miłego małpoluda, który tego dnia posiadał głowę Josifa Wissarionowicza Dżugaszwiliego Stalina ( któryś z kolegów przykleił głowę tego wybitnego męża stanu, wyciętą z jakiegoś kolorowego pisma). Podochocony „procentami” sierżant Wachowicz wyciągnął nagle z kabury pistolet, zaczął nim wymachiwać i celować w wąsate oblicze „przywódcy świata” wrzeszcząc:
- „Zabiję łobuza!!! Zastrzelę łotra!!!”
Próbowaliśmy uspokoić naszego wzburzonego gościa, chowając się jednocześnie pod stołem i kryjąc za fotelami i w końcu „szeryf” dał się udobruchać, schował broń i „darował życie draniowi”. Tak więc bywały i takie dość niecodzienne zdarzenia.

Nasza obecność w „Piwnicy” stawała się coraz bardziej „słyszalna”, coraz liczniejsza i na pewno stała się bardzo kłopotliwa dla gospodarzy. Po kilku sezonach dano nam delikatnie do zrozumienia, że powinniśmy zamknąć naszą „działalność”, co uczyniliśmy z pewnym żalem, chyba w roku 1959.

Dziś budynek Straży Pożarnej z naszą „Piwnicą”, odgrodzony od Śliwic wysokim płotem, znajduje się na terenie żerańskiej FSO. Jest prawie niewidoczny z ul. Witkiewicza i być może wielu obecnych mieszkańców nawet nie wie, że taki obiekt istnieje w pobliżu ich domu.

Nam, którzy często bywaliśmy w tej remizie, pozostały jedynie wspomnienia z chwil spędzonych przed laty w wesołej kompani kolegów i koleżanek w małej salce naszej „Piwnicy” i zapamiętane, dźwięczące w uszach słowa refrenu piosenki, którą głośno tam śpiewaliśmy sącząc domowe winko:
       „ Dobrze jest nam, fajermanom.
         Nowe sikawki dziś mamy,
         Daleko se z nich sikamy.
         Sik! Sik! Hura!
         Sik! Sik! Hura!!!”

SPOŁECZNIAK - Jednym z nielicznych plusów jakie przyniosło Śliwicom sąsiedztwo FSO był Dom Społeczny, inaczej Dom Kultury FSO na Śliwicach lub po prostu „Społeczniak”.
Ta ostatnia nazwa powszechnie funkcjonowała wśród nas dla określenia zwykłego niskiego baraku z czerwonej cegły mieszczącego kilkanaście pomieszczeń i jedną dużą salę widowiskową ze sceną. Budowano go wraz z wznoszeniem hal fabrycznych na początku lat pięćdziesiątych, tuż za szpitalikiem na ul. Szernera.
W tym czasie Śliwice pozbawione były jakiegokolwiek ośrodka, w którym mieszkańcy mogliby spędzać wolny czas rozwijając swe zainteresowania, czy po prostu znaleźć odpowiednią dla siebie rozrywkę.

Ogólnodostępne, a więc nie tylko dla pracowników FSO, pracownie plastyczne, modelarskie, taneczne i baletowe, sportowe o różnych profilach przyciągały przez wiele lat śliwickie dzieci i młodzież.

Ba! Nawet samo kibicowanie bokserom Stali-FSO, walczącym na ringu wciśniętym na scenę, było wielką frajdą dla nas, kilkunastoletnich chłopaków. Później organizatorzy poszli po rozum do głowy i ring ustawiano na środku widowiskowej sali, tak że zawodnicy mieli już czym oddychać. Gdy był na scenie, już po pierwszej „beztlenowej” rundzie, walczący łapali powie-trze jak wyrzucone na brzeg ryby.
Z zapartym tchem oglądaliśmy walki, a nawet treningi „naszych” bokserów-gwiazd – Kawki, Kopysiewicza czy później Laska. Kto dziś jeszcze pamięta te nazwiska..., a przecież zdobywali oni mistrzostwa Warszawy, Polski...
Co czwartek wieczorem uliczkami Śliwic ciągnęły sznury mieszkańców do Społeczniaka na film – co tydzień przyjeżdżał kinobus. To była atrakcja, to była wygoda! – Co tydzień w kinie! Pod nosem! A repertuar? – Przeważnie filmy włoskie, francuskie, szwedzkie, trochę polskich; „amerykany” – wykluczone. Operator rozstawiał aparaturę na korytarzu przy schodkach prowadzących na niżej usytuowaną salę, białe płótno rozwijano z rulonu w dół, kolejka po bileciki, bileter, gasło światło i wypełniona śliwaczanami sala do ostatniego skrzypiącego krzesła z zapartym tchem śledziła tragiczne losy blondyna Peter van Eyck’a, czy nieomylnego jako kierowcę Yves Montand’a w „CENIE STRACHU”. Lub łamała sobie głowę nad tym, czy w „IRENIE DO DOMU” aktorka Wysocka będzie kierowcą warszawskich autobusów, czy jej mąż Dymsza na to nie pozwoli.
W połowie projekcji zawsze była przerwa związana z koniecznością zmiany szpuli filmowej w aparaturze, wykorzystywana przez nas dla wymiany wrażeń i poglądów, flirtów z koleżankami często tylko po to tu przychodzących. Nie zawsze wpuszczający bileter był dla nas małolatów życzliwy, nie dane było mnie i moim kolegom pasjonować się burzliwymi i romantycznymi przygodami Gerarda Philip’a jako Fanfana. „Fanfan Tulipan” dozwolony był dla dorosłych i wszelkie próby zobaczenia czegokolwiek z zewnątrz przez szczeliny w zaciągniętych na oknach zasłonach, kończyły się niepowodzeniem.
Á propos wspomniany Yves Montand – kilku z nas było bardzo dumnych z tego, że widzieliśmy go „na żywo”. Nadarzyła się taka okazja, gdy ten aktor-piosenkarz, jeszcze tkwiący w uwielbieniu dla rozkwitającego socjalizmu, śpiewał dla załogi budującej się FSO w jednej z hal produkcyjnych; jakim sposobem byłem tam z rodzicami nie mam pojęcia, ale okazało się, że wielu kolegów widziało i słuchało go także.
W apogeum rozkwitu działalności Społeczniaka ( początkowe lata pięćdziesiąte ), odbywały się także spektakle teatralne w wykonaniu dużego zespołu dramatycznego. Jak mnie się wówczas wydawało, może to dziecięce spojrzenie, nie różniły się one od „prawdziwego” teatru war-szawskiego. Z wielkim przejęciem przeżywaliśmy perypetie aktorów-amatorów w „Grubych Rybach”, „Świętoszku”, „Ślubach Panieńskich”, grających w kolorowych kostiumach (chyba wypożyczanych z magazynów teatralnych) i pośród bogatych dekoracji sceny. Ponoć grywał wtedy także Wojciech Pokora, absolwent technikum samochodowego i pracownik FSO.
Z wielką przyjemnością asystowaliśmy również podczas prób zespołu jazzowego prowadzonego przez młodego pana Konikowskiego, który zawsze zaczynał muzyczne kawałki sygnałem-przytupem z odliczaniem: raz-dwa-trzy! Dyrektora Konikowskiego miałem okazję poznać później pracując w FSO. Wcześniej dixilandowych przebojów jego zespołu słuchaliśmy w Społeczniaku, snobując się i rozkoszując zakazanym „zachodnim” klimatem granej muzyki.
Z upływem lat i z coraz mniejszymi dotacjami na kulturę i rozrywkę, coraz rzadziej zjawiało się „czwartkowe” kino, zniknął zespół dramatyczny, coraz więcej pomieszczeń pracowni w Społeczniaku miało zamknięte drzwi. Natomiast atrakcją stała się sala telewizyjna, w której na ekraniku wielkości pocztówki telewizora marki „Wisła", oglądaliśmy program raczkującej Polskiej Telewizji. To znaczy oglądali ci, którzy mieli szczęście zająć miejsce blisko tego wspaniałego urządzenia, gdyż chętni do jego podziwiania nie mieścili się w sali. Zresztą niedoskonałość aparatu, a może i nadawania, sprawiała, że często-gęsto widać było jedynie „zaśnieżony” ekran, mimo dostrajania „Wisły” przez młodych „fachowców”, przeważnie z niedalekiej Pelcowizny, licznie też okupujących Społeczniak. Oglądający wielokroć kłócili się o to, co w danym momencie widać – jednoznaczności obrazu faktycznie trudno było się doszukać.
Gdy i ten wynalazek spowszedniał ( w domach śliwiczan pojawiły się liczne telewizory) do naszego Społeczniaka szło się jedynie po to, by popykać w pingponga, zagrać w grzybka przy bilardowym stole lub rozegrać roberka z chętnymi, których nigdy po południu nie brakowało.

Ale bujne życie tego przybytku kultury zamierało nieuchronnie, obiekt pustoszał coraz bardziej, by w końcu rozbudowa spawalni FSO zmiotła go doszczętnie z terenu za śliwickim szpitalikiem, a czas wytarł z pamięci niejednego mieszkańca osiedla.



ZALEWSKI - ZAROŃ – ZYGIER



Nic dodać, nic ująć. Aby zrozumieć, przeczytaj kilka fragmentów z tak zwanego „Dziennika uwag” piątej może szóstej klasy śliwickiej szkoły w roku 1953/54.


     Bez komentarzy...

ZASADA. „Dziadek Zasada” – tak się o nim powszechnie mówiło na Śliwicach. Dziadek Zasada, gdy tylko wiosenne słońce zaczęło mocniej przygrzewać, zjawiał się nagle pewnego ranka po zimowej nieobecności, zasiadając na „swoim” miejscu na ławeczce pod domem Sobocińskich, właścicieli domu przy ul. Gersona 21. Samotny, przygarnięty przez litościwych gospodarzy, mieszkał w ich piwnicznej izbie. Skąd przybył na Śliwice i kim był nie wiadomo, czworoboczna czapka z orzełkiem i uniform wskazywały, że to przedwojenny emerytowany kolejarz. Jak niosła plotka, stał się odludkiem i zdziwaczał, kiedy opuściła go żona i uciekła z kochankiem. Ale być może to jedynie „babskie gadanie”, by dodać jego tajemniczej postaci nieco sensacyjnego posmaczku. Tak czy inaczej – w jego obliczu przysłoniętym długą szpakowatą brodą i nie golonym zarostem, dla nas kilkuletnich dzieciaków, było coś tajemniczego i niesamowitego.
Po wojnie, gdy nasz ogród i sąsiadów ogrodzony był jeszcze siatką, przy ładnej pogodzie widziałem go co rano z naszego ogrodu, właśnie na drewnianej ławeczce stojącej pod ceglaną ścianą sąsiedniego domu; jedzącego śniadanie składające się jak zwykle z mleka, które nalewał ze szklanej butli do metalowego kubka i bułki „paryskiej” kupowanej w sklepie Sobieszka. I czytał... Czytał właściwie zawsze, czy to rankiem po śniadaniu czy późnym popołudniem po misce zupy, które dostawał od któregoś z lokatorów, a przeważnie od pękatej i przysadzistej pani Sobocińskiej. Nie wiem skąd brał te czasopisma, bo czytał przeważnie czasopisma i to głównie popularnonaukowe, rzadziej codzienne gazety; może kupował ze swojej skromnej renty a może od kogoś dostawał. Raczej unikał ludzi a może to oni nie szukali jego towarzystwa. Natomiast chyba lubił dzieci, ale tylko całkiem maleńkie, bo zawsze któreś kręcące się w pobliżu zagadywał i opowiadał o tym, o czym dowiedział się z przeczytanych artykułów, albo by po prostu do kogoś się odezwać. Najchętniej mówił nam o słońcu, niebie i świecących na nim gwiazdach, planetach i niezmierzonym wszechświecie, a także o najróżniejszych wynalazkach.
Nie wspominał natomiast o swej największej tajemniczej pasji, może ze względu na nieufność, którą obdarzał prawie wszystkich albo bojąc się śmieszności. Otóż po śniadaniu z wypchanym chlebakiem przewieszonym przez ramie kolejarskiego munduru i cienkim kijem zastępującym laskę, prawie codziennie odjeżdżał kolejką w nieznane, by zjawić się dopiero późnym popołudniem lub wieczorem. Dopiero po pewnym czasie „wydało się” co było celem eskapad... Poszukiwanie skarbu.. z ł o t a !!! Przysługiwały mu jako byłemu kolejarzowi darmowe przejazdy koleją i korzystając z tego jeździł po okolicach Warszawy, by odnaleźć s k a r b y.
Z czasem, gdy miał coraz mniej sił i wyjazdy były coraz rzadsze, ślady owych poszukiwań mogliśmy znaleźć na wszystkich łąkach otaczających Śliwice, widać tu koncentrował swoje bezowocne zajęcie. Maleńkie dołki, w siatce około dwóch kroków na dwa, pokrywały całą powierzchnię łąk. W poszukiwaniach posługiwał się wahadełkiem, malutkim szpadelkiem obsadzanym na kiju, który służył mu za laskę i różdżką którą dobywał z chlebaka. Na czym polegały metody poszukiwawcze Dziadka Zasady nigdy się nie dowiedzieliśmy, tak jak nigdy nie przyniosły one jego odkrywcy sukcesu. Bardzo rzadko, być może w chwilach słabości z rozżaleniem komuś opowiadał, że już był tak blisko... , że już czuł złoto tuż-tuż..., już je prawie miał.... i nagle nie wiedzieć czemu cały ten skarb oddalił się i zniknął... A my tylko czasami idąc nad Wisłę przez łąkę i potykając się na niewielkim dołku, mieliśmy dowód na prawdopodobnie nocną lub późno wieczorną „działalność” poszukiwacza.
Coraz rzadziej pokazywał się dziadek Zasada z coraz bardziej siwą i dłuższą brodą, w coraz bardziej znoszonym kolejarskim uniformie, aż pewnego dnia odszedł utrudzony z tego świata nie znajdując na nim upragnionych skarbów. Umarł w biedzie w swej ciasnej piwniczce.
       Może tam... na niebie, o którym nam tak chętnie opowiadał, odkrywa nowe złote gwiazdy. Choć nic na to nie wskazuje - obecnie nad Śliwicami jest ich nieporównanie mniej niż wtedy, gdy chodził z wahadełkiem po okolicznych łąkach w latach czterdziestych. Nic dziwnego, obecnie nocą w poświacie ulicznych latarni i łuny nad Warszawą z niemałym trudem można odnaleźć nawet Wielki Wóz, w literę „W” ułożoną Kasjopeję, czy wstęgę Mlecznej Drogi... Już nie ma tego nieba, iskrzącego w wieczornych ciemnościach milionami gwiazd, które tak lubiłem obserwować z Mamą stojąc na tarasie naszego śliwickiego domku. I liczyć te spadające.., na oka mgnienie przecinające złotymi kreskami granat sierpniowego zmroku...



Warszawa-Marymont w lipcu 2006 roku.