„Śliwice - nieco historii”, a właściwie wg autora „OBRAZKI ŚLIWICKIE” i „Powstanie Warszawskie na Śliwicach” to notatki spisane przez mieszkańca tego osiedla śp. Stefana Brzozowskiego. Pan Stefan Brzozowski, z wykształcenia mgr inż. elektryk, przez wiele lat pracował społecznie w Zarządzie Rady Koloni Śliwice, będąc inicjatorem wielu cennych działań mieszkańców Śliwic.

Dzięki uprzejmości i za zgodą rodziny Pana Stefana, publikuję na swej internetowej stronie Jego wspomnienia, które pisał i uzupełniał prawie do ostatnich dni życia. Ostatnia aktualizacja datowana jest 22.05.2008 r. a zmarł nagle tydzień później, 29-go maja.

Notatki te pozostawiłem w niezmienionej formie, dokonując jedynie koniecznej korekty i niezbędnego uporządkowania. W kilku miejscach dodałem własne wyjaśniające przypisy. Mam nadzieję, że czytający wspomnienia Stefana Brzozowskiego, znajdzie w nich wiele interesujących, nieznanych informacji o Kolonii Śliwice.

Henryk Podczaski




Stefan Brzozowski

OBRAZKI ŚLIWICKIE
(zarys historii Śliwic)
ostatnia aktualizacja:22.05.2008
Wstęp

     Poniższe wspomnienia mają charakter częściowo osobisty: Na Śliwicach przeżyłem swoje najlepsze lata szkolne i jednocześnie najtrudniejsze, bo wojenne, później gimnazjalne, licealne i studenckie oraz pierwsze lata małżeńskie. Najtrudniejsze, bo w nich było pięć lat wojny i okupacji.
     Wspomnienia są napisane po to, aby dać świadectwo narodzin Kolonii, jej życia oraz zachować pamięć o jej mieszkańcach z których niektórzy zwykli „zjadacze chleba” – jak pisali poeci, wyrośli „ponad poziomy” nie tylko w skali lokalnej ale także krajowej. Przy okazji uważam też za stosowne pokazać niektóre dawne rodzajowe obrazki osiedla leżącego niegdyś na dalekich peryferiach wielkiego miasta, dziś w gminie Centrum. Napisałem – w moim przekonaniu, kronikę wydarzeń napisaną ze wspomnień własnych i wielu sąsiadów, którzy bądź poświęcili mi parę chwil czasu na wspólne wspominki, bądź udostępnili fotografie rodzinne oraz inne pamiątki, za co im wszystkim dziękuję. Pisząc tę pracę starałem się też odtworzyć lokalny folklor w Kolonii i opisać jej dzieje w formie niejako wybranych obrazków uszeregowanych częściowo w porządku chronologicznym.
     Poniższe wspomnienia niech dadzą świadectwo tego co było często górne i chmurne choć wobec dzisiejszych kryteriów ich ocen, były może niejednokrotnie błahe, lecz ówcześnie jednak mające jakieś ważne nawet znaczenia.
Niech też nie zaginie pamięć o niektórych najwybitniejszych lub przynajmniej wyróżniających się mieszkańcach Śliwic, którzy wyemigrowali gdzieś bezpowrotnie lub zmarli. Wszak historia Kolonii jest małym fragmentem historii wielkiego i bohaterskiego m. st. Warszawy. Publikację tę poświęcam także pamięci pierwszych budowniczych i mieszkańców Kolonii oraz innym śliwiczanom - ofiarom drugiej wojny światowej. W części końcowej – w aneksie, są zestawione ich notki biograficzne z zebranych informacji od najstarszych mieszkańców Kolonii, z dawna osobiście przeze mnie zapamiętanych oraz zasłyszanych i uzyskanych z różnych źródeł.
     Historia Kolonii Śliwice jest związana z Golędzinowem ponieważ powstała na jego łąkach. Jest też związana z Pelcowizną jako z zapleczem socjalnym, a także – poprzez kościół parafialny, duchowym. Związanie to wynika także z tego, że niektórzy właściciele śliwickich nieruchomości oraz inni mieszkańcy także pochodzili z Pelcowizny. Dlatego tym osiedlom godzi się poświęcić kilka stron.


Golędzinów

    Kolonia nasza powstała na terenie bardzo starej miejscowości jaką jest Golędzinów i dlatego zasługującej na szerszą nieco wzmiankę. Pierwsze osadnictwo na terenach dzisiejszego Golędzinowa i jego bezpośrednich okolic miało podobno miejsce już w 200 roku p.n.Chr. [Dzieje Pragi] Znaczący dla nas fragment ich dziejów zaczął się jednak dopiero w średniowieczu. Jak podaje Encyklopedia Warszawy ( PWN,1994 r.), Golędzinów, był wsią graniczącą z Bródnem, Targówkiem i Żeraniem i która otrzymała prawo chełmińskie pod koniec XIV wieku (1387r.). Liczyła wtedy 1,3 włóki( tj. około 11 hektarów) powierzchni uprawnej . W wieku XVIII należała do chorążego i sędziego warszawskiego T. Szydłowskiego. W 1764 r Golędzinów nabył Stanisław August Poniatowki (późniejszy król Polski), gdzie założył odrębną jurydykę (miasto) zwaną Golędzinowem Królewskim. W 1782 roku część jego wydzierżawił F. Bielińskiemu i J. Lechmanowi. Drugi z nich założył tu manufakturę sukienniczą zatrudniającą ok. 20 pracowników – prawdopodobnie ewangelików dla których wzniósł także zbór ewangelicki. W ten sposób zaczęły się przemysłowe dzieje śliwickich okolic ukoronowane – jak dotąd, m. in. współczesną nam Fabryką Samochodów Osobowych oraz wyżej wspomnianymi innymi zakładami pracy otaczającymi Kolonię.
     W XVIII wieku Golędzinów słynął także z przemysłu garbarskiego. W 1792 r było tu 13 garbarni, liczba ludności wynosiła ok. 1000 osób. W latach 1806-11 na nadwiślańskiej części Golędzinowa wzniesiono fortyfikacje napoleońskie, zaś roku 1833 władze rosyjskie zbudowały fort, który wraz z fortem w Różopolu (mniej więcej w miejscu gdzie dziś stoi Elektrociepłownia żerańska), były elementami wieńca fortyfikacyjnego wokół wzniesionej w tym samym czasie Cytadeli. Ruiny fortu golędzinowskiego istnieją jeszcze do dziś na terenie obecnego osiedla policyjnego w Golędzinowie. Z powodu budowy tego osiedla., szczątki fortu doznały ostatnio znacznego pomniejszenia. Fort był nazwany przez władze carskie imieniem rosyjskiego oficera Śliwickiego, który - być może - był jego pierwszym komendantem. Niesławnym fragmentem historii Fortu było urządzenie w nim przez władze carskie, (w latach 1835 – 56), punktu zbornego do wysyłki więźniów na Sybir. W roku 1921, Fort został przemianowana na fort imienia Jakuba Jasińskiego - wychowanka Szkoły Rycerskiej, uczestnika Insurekcji Kościuszkowskiej początkowo w Wilnie, po czym w Warszawie. Zginął w obronie Pragi w 1794 r. Fort ten jest jednak jest nadal potocznie nazywany „fortem Śliwickiego”, zaś nazwa Kolonii Śliwice wywodzi się najprawdopodobniej właśnie od jego sąsiedztwa.
     Na terenie Golędzinowa w latach 1865 – 71, na jego stronie północno – wschodniej, powstała część parku praskiego, która wraz z Targówkiem, Pelcowizną i Nowym Bródnem, została w roku 1916 przyłączona do Warszawy.
W okresie międzywojennym istniała w Golędzinowie szkoła podoficerów Policji Państwowej oraz jej oddział interwencyjny, wymieniany często w różnych publikacjach jako sławna „Policja Golędzinowska”. Jeśli dobrze pamiętam, to członkowie tej formacji nosili mundury w zielonym kolorze mundurów wojska i różnili się od żołnierzy tylko policyjnymi czapkami w kolorze mundurów policji tj. granatowymi czapkami oraz dodatkowym uzbrojeniem w postaci pałek. Po drugiej wojnie światowej, na terenie tym urządzono koszary MO w których stacjonowała m.in. niesławnej pamięci formacja ZOMO. W latach 2004 – 2006, na miejscu koszar urosło - wspomniane wyżej, spore osiedle zamieszkiwane przez policjantów oraz ich rodziny.
Po II-ej wojnie światowej, w południowo - wschodniej części Golędzinowa, powstały osiedla Praga I i Praga II z placem im. gen .J. Hallera (pierwotnie placu im. Leńskiego). To drugie osiedle powstało na części terenu koszar wojskowych dawnego 36-ego Pułku Piechoty im. Legii Akademickiej – pułku wsławionego udziałem w Bitwie Warszawskiej (1920 r).

Pelcowizna

     Historia powstania osiedla datuje się od roku 1806. Wtedy to właściciel folwarku Golędzinów Pelc, wybudował karczmę gdzieś w okolicy dzisiejszego budynku dyrekcji FSO. Domyślać się należy, że było tam jakieś centrum osiedla, ponieważ w tym miejscu zbudowano później (lata dwudzieste ub. wieku) stację kolejki wąskotorowej. Także należy domyślać się, że klientelę karczmy stanowili właśnie robotnicy manufaktur sukienniczych i garbarni golędzinowskich, które powstały już w końcu XVIII wieku. Wokół karczmy powstała kolonia i folwark Pelcowizna. Ok. roku 1820 przeprowadzono przez Golędzinów szosę – późniejszą ulicę Modlińską. Warto zauważyć, że zabudowa Pelcowizny musiała być w zasadzie drewniana, gdyż rosyjskim wojskowym chodziło o to, by w razie konieczności obrony Cytadeli wzniesionej po Powstaniu Listopadowym, w tym fortów golędzinowskiego i różopolskiego, można było łatwo Pelcowiznę spalić i uzyskać ich puste - łatwe do obrony, ich przedpola .
     Około roku 1877 przeprowadzono linię kolejową do Nasielska i rozbudowano stację kolejową Warszawa – Praga. Rozbudowanie to – jak podają historycy, spowodowało odcięcie od centralnej Pelcowizny jej części z ulicami Wysockiego, Annopolem i kilkoma uliczkami obecnie już nie istniejącymi. Na pamiątkę dawnej „Wielkiej Pelcowizny”, która na podobieństwo legendarnej Atlantydy, zatonęła pod fabryki samochodów, pozostał tylko market (przy ul. Wysockiego) nazwany jej imieniem. Z biegiem czasu, bo ok. roku 1931, Pelcowizna miała już 6703 mieszkańców. Znaczny ich odsetek stanowili (wraz z rodzinami) kolejarze. W latach dwudziestych ub. wieku został wzniesiony dość duży drewniany kościół po wezwaniem św. Jadwigi. Mama moja - jako ówczesna uczennica szkoły powszechnej istniejącej właśnie na Pelcowiźnie, zbierała składki na zakup tzw. „wiecznej lampki” do tegoż kościoła .
     Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, drewniany kościół został obmurowany (pod pozorem gruntownego remontu) obecnie istniejącym kościołem po czym jego stara, drewniana konstrukcja – już wewnętrzna, została rozebrana. Pozwolenie na tę przebudowę wyraził – po usilnych staraniach parafian, ówczesny warszawski wysoki funkcjonariusz partyjny, który jak ludowa wieść niesie, w tymże kościele (o czym podobno mu przypomniano) był niegdyś… ministrantem.
J ak pamiętam, zabudowa Pelcowizny - przed i w czasie II - ej wojny światowej, była rzeczywiście niska. Drewniane budynki były wznoszone najwyżej jako jednopiętrowe. Niektóre z nich miały jednak mieszkania na „facjatach” oraz w suterenach. Domy osiedla stały wzdłuż kilkunastu krótkich i wąskich ulic o nazwach pomorsko – mazurskich jak np. Warmińska- główna ulica handlowa, Kartuzka, Pomorska, Helska, Dobrzyńska itp. Uliczki były wybrukowane „kocimi łbami”. Były tam też sklepy w których zaopatrywali się także mieszkańcy Śliwic. Byli tam więc 2 sklepy rzeźnicko masarskie, piekarz, drobna galanteria, bodajże apteka. Były tam też sklepy spożywcze w tym sklep Spółdzielni Spożywców „Przezorność”. Mieścił się on w budynku na rogu ulic Kartuskiej i Jabłonowskiej. W tym samym domu funkcjonował także zakład fryzjerski pana Bera, Na Pelcowiźnie była też mała odlewnia metali p. Santorskiego. w której były produkowane m.in. bibeloty jak figurki zwierząt, popielniczki i temu podobna galanteria.
     Jak mi wiadomo, Pelcowizna miała miejską instalację wodociągową głównie w postaci ogólnie dostępnych ulicznych kranów, kanalizacja zaś była tylko w postaci miejscowych szamb i dołów kloacznych, zaś wody deszczowe, wody po praniach oraz różne pomyje płynęły rynsztokami. Na posesjach wielu domów mieściły się chlewy, kurniki klatki z królikami, a nawet obora. Mieszkanka jej – krowa, zaatakowała mnie kiedyś niespodzianie na pryncypalnej - bądź co bądź ulicy Warmińskiej. W części Pelcowizny, nieco oddalonej w kierunku Śliwic (przy końcu ul. Jabłonowskiej), znajdowała się grupka domów, nazywana w codziennym języku „Hutą”. Nazwa ta wywodziła się od huty szkła, która niegdyś tam była. Widomymi jej śladami, jak pamiętam, były drobiny szkła wdeptane w ziemię „Huty” .
Na początku lat dwudziestych XX ub. wieku, przez Pelcowiznę, poprowadzono jednotorową linię kolejki wąskotorowej do Jabłonny. Początek tej linii znajdował się pod mostem Kierbedzia i częściowo pod jego łącznikiem z ul. Zygmuntowską (obecnie z praski odcinek Al. Solidarności). Stacja nazywała się Warszawa – Most.
Odjeżdżały niej także pociągi do Karczewa. Stację tę - jako dziecko traktowałem z dużym poważaniem, ponieważ istniał na niej prawdziwy semafor kolejowy. Pamiętam, że był niezbyt wysoki i że stał, ku mojemu żalowi, przy torze w kierunku Karczewa zamiast -jak uważałem, w kierunku Jabłonny, który jako dziecko, uważałem ówcześnie za ważniejszy. Na stacji tej, pasażerowie przy wyjściu na perony, musieli okazywać kontrolerowi ważne bilety. Pasażerowie przyjeżdżający, musieli w tym przejściu okazywać bilety okresowe zaś jednorazowe oddawać. Trzecia linia kolejki – do Radzymina miała początek na stacji przy ulicy Stalowej. Między tymi stacjami kolejki były położone szyny bocznicy wykorzystywanej tylko do celów technicznych. Tor linii jabłonowskiej przebiegał początkowo trasą Wybrzeża Helskiego zaś w Golędzinowie przecinał ul. Modlińską (obecnie Jagiellońską) i dalej biegł wzdłuż wschodniej krawędzi tejże ulicy, aż do końcowej stacji w Jabłonnie. Niektóre stacje kolejki miały bocznice i były miejscem mijanek pociągów na trasie Warszawa - Most – Jabłonna. Kolejkę tę pieszczotliwie i żartobliwie nazywano „ciuchcią” lub „samowarkiem”.
     Pierwszym przystankiem był Golędzinów. Blisko przystanku mieściła się psiarnia w której „mieszkały” psy bezpańskie znalezione w mieście albo złapane przez hycli. Gdy kolejka zatrzymywała się na przystanku, to zawsze było je widać, a zwłaszcza słychać. Psy biegały bowiem na wybiegu i zajadle szczekały. Następnym przystankiem były Śliwice. Stała tam budka kasy biletowej obsługiwanej przez kasjerki mieszkające przeważnie w naszej Kolonii. Następnym przystankiem była stacja „Pelcowizna”. Stał na niej stacyjny drewniany budynek z dość obszerną poczekalnią w której też była kasa biletowa. Jak pamiętam, podłoga tej poczekalni była wyłożona zwykłymi cegłami. Na stacji była bocznica i dzięki której miały miejsce mijanki pociągów na trasie do Jabłonny. Bocznice były także na dwóch dalszych stacjach Wiśniewo i Henryków gdzie, także miały miejsce mijanki i dzięki którym na tej jednotorowej linii, pociągi mogły kursować dość często w obie strony.
     Na Pelcowiźnie był gabinet lekarza internisty (dr Nakonieczny?), który przyjmował pacjentów ubezpieczonych w tzw. Kasie Chorych. Lekarze specjaliści przyjmowali pacjentów w przychodniach – tych samych jak dziś, przy ul. Jagiellońskiej 36 i Poborzańskiej 33. Obie przychodnie istnieją do dnia dzisiejszego. Na Pelcowiźnie mieszkał też lekarz internista dr Welbel wraz z żoną – dentystką i dwoma synami moimi kolegami - rówieśnikami.
Małżonkowie mieli własny murowany dom - jeśli dobrze pamiętam, jednopiętrowy przy ul. Dobrzyńskiej (lub Kartuskiej). Pamięć o Doktorze darzę szczególną atencją i wdzięcznością. W połowie sierpnia 1944 bowiem został poproszony do mojej chorej siostry (ówcześnie miała 6 lat), która zachorowała na czerwonkę. Pomimo niebezpieczeństw jakie czyhały od zabłąkanych kul lub odłamków (wszak po drugiej stronie Wisły trwały walki powstańcze), przyszedł do pacjentki przez otwarte pole między Pelcowizną a Śliwicami i udzielił skutecznej pomocy.
     Na Pelcowiźnie mieszkała też i przyjmowała pacjentów Kasy Chorych (jak się mówiło, „pani dentystka”) lek. stomatolog Dietrich - Sonnenbergowa. z mężem – technikiem - protetykiem. Można więc było u nich zęby wyleczyć lub wyrwać, a w miejsce wyrwanych, wstawić nowe - sztuczne. W roku 1938 Pelcowizna i Śliwice otrzymały nowoczesny budynek szkolny przy ul. Modlińskiej (obecnie budynek przyzakładowej szkoły FSO przy ul. Jagiellońskiej 71). Mieściły się tam szkoły powszechne (wg dzisiejszego nazewnictwa „podstawowe”) Nr 113 i Nr 160. Przy budynku było małe poletko na którym uczniowie szkoły 113-ej, pod patronatem kierownika tej szkoły p. Lucjana Żmudzkiego, uczniowie uczyli się uprawiać m. in. jarzyny. Pan Żmudzki mieszkał w budynku przy ul. Gersona 17 na pierwszym piętrze. W budynku Nr 10 - też przy ul. Gersona zamieszkiwała natomiast kierowniczka szkoły Nr 160, pani Maria Chlewicka.
Jak pamiętam, zabudowa Pelcowizny była niska. Drewniane budynki były najwyżej jednopiętrowe. Niektóre z nich miały także mieszkania na „facjatach”. W zabudowie Pelcowizny mieściły się mieszkania oraz różne sklepy i warsztaty rzemieślnicze w których można było zaopatrzyć się w żywność, a także ostrzyc lub uczesać włosy u fryzjera jak też naprawić buty itp. Była też apteka, był wspomniany wyżej kościół oraz trzy szkoły powszechne.
Ze Śliwic do Pelcowizny można było dojść ścieżką przez pole albo podjechać wspomnianą kolejką. Podczas działań wojennych we wrześniu 1944 roku Pelcowizna uległa w znacznej części spaleniu. Bardziej szczegółowe opisy tej dzielnicy można znaleźć w odpowiednich książkach oraz w internecie pod hasłem „Pelcowizna”.


Powstanie Kolonii ŚLIWICE

     Kolonia Śliwice została erygowana decyzją prezydenta m. st. Warszawy Stefana Starzyńskiego, w latach 1935-1936. Powstała na polach golędzinowskich, przy ul. Modlińskiej i przy torze wspomnianej wyżej kolejki. Po zaleczeniu ran Warszawy z pierwszej wojny światowej, Zarząd Miasta postanowił zainicjować nowoczesne budownictwo mieszkaniowe. Wcześniej, bo pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku, w dużych miastach tworzono wokół ich centrów małe i duże osiedla jako sypialnie. Sądzić należy, że jednoczesnymi celem było pobudzanie społecznej inicjatywy w budownictwie mieszkaniowym oraz stworzenie możliwości średnio zamożnym ludziom posiadania - często wymarzonych, „własnych domków z ogródkami” lub własnych mieszkań spółdzielczych. Powstała więc w latach 1922- 26 m. in. Kolonia Staszica w rejonie ul. Filtrowej, w latach 1927-28, z inicjatywy prezydenta m. st. Warszawy Z. Słomińskiego) u zbiegu ulic Krasińskiego i Przasnyskiej powstała Kolonia Kościuszkowska. Między Placem Wilsona i obecną ulicą ks. Popiełuszki powstała duża Kolonia Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej „Szklane domy”, zaś koło Cytadeli Kolonia Oficerska i na Ochocie Kolonia Lubeckiego oraz inne.
     W latach trzydziestych na polach golędzinowskich, narodziła się Kolonia ŚLIWICE. Dzisiejsze jej okolice się różnią znacznie od dawnych przedwojennych i bezpośrednio powojennych. Od strony Pelcowizny było wtedy rozległe zarosłe wysoką trawą pole, na którym obecnie stoją zabudowania Fabryki Samochodów Osobowych. Od stacji Warszawa – Praga Kolonia była oddzielona ogrodzeniem z prefabrykowanych elementów betonowych i szerokim pasem trawy na którym znajduje się obecnie kompleks zabudowań w których początkowo mieściły się biura FSO i hotel robotniczy w którym zamieszkiwali pracownicy tejże fabryki. Była tam też szkoła średnia z koreańskim językiem nauczania założona w czasie, gdy FSO była własnością Koreańczyków. Po ich zniknięciu, w budynkach tych istniała ekskluzywna prywatna szkoła średnia. Podczas pisania niniejszej pracy, egzystują w nich Międzynarodowy Prywatny Zespół Szkół – licea oraz gimnazja dla młodzieży i dorosłych, wydawnictwo „Grupa IMAGE”, hotel ”Noclegi ŚLIWICE”, Przedsiębiorstwo „Telefonica” oraz archiwum Przedsiębiorstwa „LUX MED”. Na rogu ulic Witkiewicza i Kotsisa, stoi tramwajowa stacja transformatorowa. W miejscu dzisiejszego podwórka szkolnego, była niegdyś niewysoka górka z której zimą dzieci zjeżdżały na sankach.
     Od strony południowo – wschodniej Śliwice sąsiadowały z łąką ciągnącą się aż do nasypu kolejowego w Golędzinowie. Łąka ta była przecięta tylko drogą t. zw. „pożarową” – dziś ulicą „Batalionu Platerówek”. Na rogu tej ulicy i ul. Jagiellońskiej znajduje sie kamień upamiętniający upadek samolotu, który przyleciał z pomocą dla powstańców Warszawy w nocy z 14 na 15 sierpnia 1944 roku. Na dawnej łące, zamiast łanów wysokich traw, stoją teraz zabudowania m. in. magazynu FSO, serwisu samochodowego „Autoparts”, fabryki środków czystościowych, przedstawicielstwa Toyoty, duży skład materiałów budowlanych i jakieś ruiny. W pewnym okresie, po II wojnie światowej, przy ul. Kotsisa w końcu lat czterdziestych ub. wieku mieściła się komenda MO dla Warszawy - Pragi, a następnie komenda Milicji Drogowej dla całej Warszawy. Dzięki temu, ta mała uliczka, przy której długo stał praktycznie tylko jeden dom, była znana prawie wszystkim kierowcom miasta.
     Od strony Wisły, Kolonia była oddzielona torem kolejki jabłonowskiej, niezbyt szeroką jezdnią ul. Modlińskiej, trawiastym polem ciągnącym się od tzw „Czarnego Parkanu” (ustawionego wokół oczyszczalni ścieków) aż do Pelcowizny. Ostatnią przeszkodą był wał przeciwpowodziowy, za którym rosła gęsto porastająca przybrzeżna wiklina. Latem Śliwiczanie przechodzili przez te przeszkody na przełaj do brzegu Wisły z piaszczystymi poletkami do plażowania. W gorące letnie dni można było wybrać się nad wodę nawet tylko w stroju kąpielowym „przeskakując”, przez jezdnię szosy na wprost ulicy Kotsisa lub Szernera..
     Obecna otoczenie Śliwic znacznie się zurbanizowało i uprzemysłowiło. Łatwy dostęp mieszkańców Kolonii do Wisły skończył się wraz z początkiem budowy Fabryki Samochodów Osobowych (FSO). Obecnie są praktycznie odcięci od rzeki przez parking - magazyn samochodów FSO, zabudowania stacji obsługi samochodów i magazyny składu budowlanego, a dojście do Wisły prowadzi teraz, aż przez ogród działkowy w Golędzinowie. Nie ma łąk otaczających Śliwice na których rosła bujna trawa w której można było miejscami bawić sie w chowanego i gdzie dzieci oraz młodzież grywała w piłkę. Nie ma też „ciuchci - samowarka”, nie ma wielu dawnych jej mieszkańców, którzy bądź zmarli bądź wyemigrowali do innych dzielnic Warszawy lub za granicę. Nie ma też dawnej atmosfery wspólnoty mieszkańców. Teren Kolonii - wg tekstów w aktach notarialnych, „został wydzielony z nieruchomości ziemskiej pod nazwą <Golędzinów litera B> dla której to utworzono księgi wieczyste” i jak jest napisane dalej w aktach notarialnych: „…nieruchomości kolonii zostały uwidocznione ... na planie sytuacyjnym Mierniczego Przysięgłego Mieczysława Gałązki z dnia 20 sierpnia 1934 roku... . Gmina miasta stołecznego Warszawy nabyła od Skarbu Państwa, … na cele rozbudowy miasta grunty państwowe ... ze składu wyżej wymienionej nieruchomości ... na terenie której były parcele gruntowe, obecnie w obrębie Wielkiej Warszawy”. Szybko wykonano parcelację i wybrukowano ulice „kocimi łbami”.
     Ulicom nadano nazwy artystów malarzy:
     - Wojciecha Gersona (1831 - 1901), autora obrazów o tematyce historycznej i rodzajowej, ilustratora książek, autora licznych artykułów na temat sztuki. Był też społecznikiem i pedagogiem, którego uczniami było
        kilku znanych artystów malarzy z przełomu wieków XIX i XX :
     - Stanisław Witkiewicz (1851 - 1915) był artystą malarzem i jednocześnie pisarzem - krytykiem sztuki. Był też on ojcem sławnego artysty - malarza i pisarza Stanisława Ignacego Witkiewicza - Witkacego.
     - Kotsis Aleksander (1837-1877), był wybitnym przedstawicielem polskiego realizmu XIX w. Malował sceny rodzajowe z życia wsi - często z wymową społeczną jak np. obraz pt. „Bieda ludzka”.
     - Szerner Władysław (1836 – 1914), podobnie jak Kotsis, był przedstawicielem polskiego realizmu XIX. Malował obrazy rodzajowe jak np. „Przednia straż”, „Na targu”, „Kozacy na odpoczynku”, „Gęsiarka” itp.
     Jak wspomina p. inż. Komorowski (zam. Gersona 29) - jeden z najstarszych mieszkańców Śliwic, w roku 1935 wbito kołki na wytyczonych „parcelach” i uzbrojono ulice w rury wodociągowe oraz zainstalowano tzw. kiosk transformatorowy wraz z kablową siecią elektryczną. Wkrótce – w roku 1936, zaczęto wznosić pierwsze domy stanowiące właśnie zaczątek Kolonii Śliwice. Na tej więc podstawie uznać można, iż narodziny naszej Kolonii nastąpiły w roku 1935 - siedemdziesiąt trzy lata temu(!). Sprzedaż parceli śliwickich była administrowana przez Bank Gospodarstwa Krajowego, który także udzielał dogodnych kredytów na zakup placów i budowę domów. Wydał także katalog zawierający projekty typowych, jednopiętrowych domów - bliźniaków z zaleceniem ich stosowania. Przykładem tego mogą być domy na posesjach Nr Nr 15/17, 16/18, 23/25 33/35 przy ul. Gersona oraz 19/21 przy ul. Witkiewicza, które zostały wzniesione właśnie na podstawie jednego z tych projektów tylko nieco jednak zmodyfikowanych przez poszczególnych właścicieli. Do najstarszych budynków Kolonii należą - jak wieść gminna niesie, bliźniaki przy ul. Gersona Nr 7 i 9 i być może dom Nr 29 p. Komorowskiego. Warunkiem udzielenia pozwolenia na budowę było udostępnienie (lub wykorzystanie przez inwestorów dobudowujących swoje bliźniacze części) wspólnych ścian przez poszczególnych par „bliźniaków”. Każdy z domów posiadał specjalne pomieszczenie piwniczne przeznaczone do wykonywania prań. Wyposażone w kran z bieżącą wodą, zlew, oświetlenie i okienko do wentylacji. Dzięki dogodnym warunkom stworzonym przez władze Warszawy i BGK, domy wyrastały z ziemi jak grzyby po deszczu - dopóki nie przyszła katastrofalna zawierucha – czas wojny....
     Zgodnie z przepisami ogólnokrajowymi, na każdym domu musiała widnieć tabliczka z jego numerem (tzw. policyjnym), nazwą danej ulicy i nazwiskiem lub nazwą właściciela. Nad nią lub obok niej musiała być umieszczona oprawa podświetlająca zawsze tenże numer od wieczora do rana. Niewątpliwą ozdobą Śliwic są wspaniałe topole, które rosły bez małą od sześćdziesięciu lat, wzdłuż wszystkich ulic. Niestety, na skutek zestarzenia się i silnej próchnicy wewnętrznej, drzewa te ( w czasie pisania tej pracy) są usuwane zastępowane dębami o wąskich koronach.
W pewnym sensie bliskim sąsiadem Śliwic za miedzą, którą jest według planów z okresu prezydentury Stefana Starzyńskiego, miał być most łączący ulice. Kotsisa i Krasińskiego.. Zamierzenie to nie zostało porzucone i jednak w czasie pisania tych wspomnień – rozpoczęto jego budowę. Przedsięwzięcie to będzie więc zrealizowane wg nadal aktualnych koncepcji urbanistycznych, w niedługim czasie. Od strony północno - zachodniej także było pole z wciętym w nie boiskiem Klubu Sportowego „ORDON”. Ścieżka w kierunku Śliwic prowadziła między tymże boiskiem i wspomnianą wyżej „Hutą”.
     Obecnie zniknęły „dzikie pola” wokół Kolonii, która jest teraz otoczona z trzech stron zabudowaniami fabrycznymi i handlowymi. Czwarta strona to – w miejsce dawnej sympatycznej ulicy Modlińskiej, która w okresie PRL-u nosiła nazwę ul. Stalingradzkiej. Dziś jest to ul. Jagiellońska zamieniona na magistralę szybkiego i uciążliwego ruchu samochodowego, w stronę Gdańska i Augustowa.
     Ważnymi punktami kolonijnego życia społecznego były sklepy oraz magiel. Pierwszy sklep spożywczy (Józefa Zofczaka lub Zowczaka) mieścił się przy ul. Gersona, w przyziemiu budynku Nr 19 , drugi – nieco mniejszy (pana Sobieszka) był w garażu na posesji Gersona 13, ręczny zaś magiel istniał w suterenie budynku przy ul. Witkiewicza 33. W pomieszczeniu magla spotykali się mieszkańcy obu płci: kobiety nawijały bieliznę na drewniane wałki zaś mężczyźni - jako siła napędowa, kręcili kołem wprawiając w ruch tę machinę. Oczekiwanie na na wolny wałek było zawsze okazją do wymiany informacji o tym co kto wiedział o prawdziwych lub domniemanych zdarzeniach na Śłiwicach i okolicy. Złośliwi ludzie nazywali to plotkowaniem, ale zjawisko – oprócz podobnie do wymiany informacji w kolonijnych sklepach, miało znaczący udział w integracji śliwickiej społeczności. Wzajemnie znaliśmy się wówczas lepiej niż w obecnych czasach.
     Stan ten trwał do roku 1948 kiedy to zaczęto budować Fabrykę Samochodów Osobowych. Usypany tor próbny dla samochodów zablokował dostęp do Wisły. Z biegiem lat, Śliwice stały się enklawą otoczoną ze wszystkich stron zabudowaniami tejże fabryki. Przez długi czas nie była znana przyszłość Kolonii - mówiło się o jej likwidacji pod rozbudowę FSO i z tego powodu, - przez szereg lat, właściciele nie wykonywali poważniejszych prac naprawczych. Gdy groźba ta minęła, zaczęły się remonty oraz porządkowanie posesji z różnych zaniedbań i dziś można nawet powiedzieć, że Śliwice dźwignęły się z upadku: budynki są w większości otynkowane i pomalowane zaś ogródki uporządkowane. W dniach pisania niniejszych wspomnień są odrapane jeszcze tylko 2 budynki – jeden przy ul. Gersona i drugi przy ul. Witkiewicza.
     Początkowo ulice Kolonii były wybrukowane „kocimi łbami”. Wzdłuż jezdni były ułożone chodniki z płyt cementowych. Chodniki te miały marginesy ( o szerokości ok 0,5 m) od strony jezdni także wybrukowane „kocimi łebkami”, lecz nieco mniejszymi. Do obowiązków właścicieli posesji należało utrzymywanie ich w porządku, włącznie z pieleniem chwastów wyrastających między kamieniami. Obecnie mamy jezdnie asfaltowe zaś chodniki wybrukowane betonowymi kostkami.


Przygotowania do wojny

     Pod koniec roku 1938 zaczęto na serio obawiać się wojny. Urządzane więc były uroczystości państwowe i religijne dla integracji obywateli z wojskiem. Np. pamiętam gdy w dniu 3-ego Maja 1939 r podczas polowej Mszy św. przed kościołem pod wezwaniem NMP w Płudach (obecnie dzielnica W-wa – Białołęka) był obecny pluton wojska. Przed kościołem był zbudowany ołtarz polowy z kazalnicą. Przed odczytaniem Ewangelii oraz w czasie podniesienia wojsko oddało regulaminowe honory a trębacz odtrąbił stosowne hejnały. Po mszy ksiądz wygłosił okolicznościowe kazanie po czym – dziadek mój, Marian Honrichs, wygłosił patriotyczne przemówienie.
     W tymże też miesiącu, w odpowiedzi na apel Rządu o wpłaty na F.O.N. (Fundusz Obrony Narodowej), jako obywatel - uczeń drugiej klasy szkoły powszechnej (obecnie podstawowej), udałem się z moją Mamą na pocztę, gdzie z książeczki oszczędnościowej SKO (Szkolnej Kasy Oszczędnościowej) przelałem osobiście trzy złote** na Fundusz Obrony Narodowej (FON). Wcześniej uczestniczyłem też w uroczystości przekazania wojsku CKM-u (ciężkiego karabinu maszynowego) ufundowanego ze składek uczniów szkoły w Piekiełku.(obecnie Tarchomin).
Jak opisuje J. Majewski w książce pt. „Warszawa nieodbudowana” t. III, nie psuło to dobrego nastroju w Warszawie. Dzięki propagandzie o sile polskiej armii i niemieckich „czołgach z papieru”, wierzono, iż wojna będzie krótka i zwycięska…
     Upalne dni każdego lata przywodzą mi na myśl wydarzenia roku 1939. Wojna – jak to się mówiło, wisiała na włosku. Około roku 1938 zaczęło się wyraźnie odczuwać przygotowania Kraju do obrony przed nieprzyjacielską inwazją. Władze Opl (Obrona Przeciwlotnicza) zarządziły oklejanie szyb w oknach paskami z papieru, aby popękane od wybuchów bomb i pocisków, nie spadały przechodniom na głowy. W oknach należało zainstalować zasłony tekstylne lub papierowe do przeciwlotniczego zaciemniania miasta. Chodziło o utrudnienie orientacji nieprzyjacielskim lotnikom w topografii miasta na wypadek nocnych nalotów. Groźba wojny spowodowała, że władze budowlane zarządziły wznoszenie budynków ze stropami betonowymi. Przed tym zarządzeniem szereg budynków śliwickich wzniesiono przed tym stosowano ( i istniejące do dziś) stropy drewniane jako tańsze. Zarządzono m. in. też, aby odstępy między sztachetami wszystkich parkanów miały odstępy ok. 3 cm. Chodziło o uniemożliwianie powstawania zastoin gazów bojowych we wszelkich zagrodach w przypadku ewentualnego ataku gazowego. Zarządzono też malowanie parkanów w kolorach ochronnych (szary, zielony itp) dla utrudnienia nieprzyjacielskim lotnikom obserwacji oraz ich orientacji w terenie także za dnia.
     Dorośli zaopatrywali się w maski przeciwgazowe typu wojskowego z wymiennymi pochłaniaczami gazów. Były też w sprzedaży małe i lekkie dziecięce maski, które obejmowały tylko usta oraz nosy, zaś w ściankach zawierały substancje do pochłaniania gazów. Niektóre ich typy ochraniały także oczy. Jak się dziś orientuję, były to maski jednorazowego - lub najwyżej, tylko kilkakrotnego użycia. Gromadzono też zapasy żywności w puszkach, skrzynkach i kuferkach, a wszystkie w nich szpary zalewano woskiem lub stearyną. Chodziło o to, aby zawartość ich uchronić przed skażeniem na wypadek ataku gazami bojowymi.
     Dobytek i bielizna oraz inne cenne przedmioty pakowano w tobołki i paczki dla łatwiejszego ich ewakuowania w razie wybuchu pożarów. Zarządzono także urządzanie schronów przeciwlotniczych w piwnicach domów lub w transzejach. Przed okienkami tych schronów trzeba było ustawiać skrzynki z piaskiem jako ochroną przed wpadaniem zabłąkanych pocisków lub odłamków po wybuchach bomb, a liczne ich ślady ich są jeszcze widoczne np. na bocznej elewacjach budynku przy Gersona 19 przy ul. Witkiewicza 35/37.
     Spodziewany wybuch wojny napawał jednak strachem. Mnie jako dziecko, które już coś rozumiało z tego co się szykuje (miałem wtedy 9 lat), ogarniała mnie np. bojaźń co to będzie gdy ojciec lub moja mama (jako pielęgniarka miała kartę mobilizacyjną) pójdą na wojnę …
     Pojawiały się zarządzenia, że należy powoływać z pośród mieszkańców oddziały obrony przeciwlotniczej, że należy przygotować skrzynki z piaskiem np. na strychach domów do gaszenia ewentualnych pożarów itp. Zarządzano też budowanie schronów w piwnicach domów lub w postaci głębokich rowów przykrywanych deskami z nasypanymi warstwami piasku i maskowanych darnią.
     Organizatorką „akcji schronowej” była pani Giedrojciowa (Gersona 15). Jeden zbiorowy schron był wykonany – wspólnym wysiłkiem Śliwiczan na wysokości budynków przy ul. Gersona 11/13, w miejscu dzisiejszej ścieżki rowerowej lub stacji benzynowej. Od strony Pelcowizny, jak podaje p. Komorowski, także mieszkańcy wykopali rów przeciwczołgowy częściowo wzdłuż ul. Szernera..


Wojna i okupacja

     Wybuch wojny zastał mnie w pobliskim Henrykowie (obecnie gmina Białołęka). Gdy wybuchła wojna, która w życiu moim, moich rodziców i wszystkich Polaków wprowadziła wielkie i wieloletnie zawirowania. Zaczęło się od tego, że po komunikacie radiowym, iż „Hitler wypowiedział wojnę Polsce”, został odwołany furman, który właśnie w dniu pierwszego września miał przewieźć nasze rzeczy do nowo wzniesionego w kolonii Śliwice, naszego i wymarzonego własnego domu przy ul. Gersona 17. Na czas działań wojennych pozostaliśmy jednak z rodziną z którą było nam raźniej. Na Śliwicach zamieszkałem na początku listopada 1939 r.
     Wybuch wojny był wiadomością straszną, zwłaszcza z perspektywą pozostania bez zmobilizowanej do wojska matki. Szczęśliwie dla nas dwojga, nie mogła dotrzeć do miejsca swojej jednostki. Pamiętam jak żegnaliśmy Mamę w podwarszawskim Henrykowie - gdzie ówcześnie mieszkaliśmy, gdy wraz z podręcznym tobołkiem stała przy szosie prosząc przejeżdżających wojskowych o podwiezienie do miasta. Nie wiem co mówili, ale nie chcieli Jej zabrać. Może w tym ósmym dniu mobilizacji (siódmym dniu wojny) było już wiadomo, że „lepiej niech zostanie z dziećmi…”.
     Rzeczywistość okazała się bardzo ciężka, przyleciały bombowce, było słychać huki wybuchających bomb…
Ku utrapieniu obrońców bombardowanych miast, panowała piękna słoneczna pogoda, która sprzyjała rozprzestrzenianiu się pożarów wzniecanych bombami wroga.
     Po wybuchu wojny, na szosie modlińskiej – przy której mieszkałem, pojawił się duży ruch. Jechały liczne oddziały wojska, różne pojazdy pancerne, okryte plandekami armaty, reflektory przeciwlotnicze. Jechały one do Warszawy… Jako chłopiec z dużym zainteresowaniem obserwowałem to wszystko i z niepokojem słuchałem – wraz ze starszymi komunikatów wojennych i martwiłem się razem z nimi wiadomościami o cofaniu się naszych wojsk. Taki był początek przyśpieszonego psychicznego mojego dojrzewania, a także i innych dzieci mojego pokolenia,.
     W pierwszych dniach września, ojciec mój i dwaj wujkowie – na apel płk. Umiastowskiego, ruszyli w kierunku wschodnim uciekając przed nacierającymi z zachodu niemieckimi wojskami. Po kilku dniach tej bezsensownej „rajzy” (od niemieckiego die Reise – podróż) - jak się wtedy mówiło, wrócili do domu z pęcherzami na nogach. Wojska niemieckie wkroczyły do Henrykowa już ok. 15 września. Pierwszym ich działaniem było zebranie wszystkich mężczyzn przed ustawionym przed nimi karabinem maszynowym i zakomunikowali im, że zostali wzięci do niewoli. Po czym ustawili ich w czwórki i popędzili do stalagu (jenieckiego obozu) w Rastenburgu (Prusy Wschodnie) - dzisiejszym Kętrzynie. Wielka rozpacz jaka ogarnęła matki, żony i nas - dzieci nie wymaga chyba szerszego opisu…
     Ojcowie nasi wrócili szczęśliwie już w kilka tygodni po zakończeniu wrześniowych działań wojennych. Ten osobisty wątek notuję, aby uzmysłowić następnym pokoleniom, że każda wojna, w każdym jej momencie niesie tragedie i nieszczęścia. Nad Warszawą latały samoloty obrońców i najeźdźców. Ja osobiście jako już dziewięcioletni chłopiec oraz inni najstarsi obecnie mieszkańcy Śliwic pamiętają z pewnością walczące ze sobą samoloty, te groźne ”metalowe ptaki”, które - wspominając na marginesie tej tragedii walk na śmierć i życie, pięknie prezentowały się w promieniach słońca srebrzystymi błyskami na tle błękitu bezchmurnego nieba. Widziałem walki samolotów. Samoloty krążyły wokół siebie na podobieństwo drobnych muszek, które latem tworzą jakby małe kipiące wewnątrz chmurki. Podczas tej drugiej widziałem spadający niemiecki samolot. Pamiętam też głuche „pyknięcia” wybuchających pocisków artylerii przeciwlotniczej i pozostające po nich charakterystyczne małe obłoczki dymków na bezchmurnym i „neapolitańskim” niebie. Były podobne do wacików lub kłębków waty cukrowej na patyczkach... . Warkot samolotu i bezchmurne niebo przypominają mi zawsze - także dziś, te odgłosy i widoki wojny.
     W czasie wrześniowej obrony Warszawy, z nieodległego Henrykowa podobnie jak później podczas Powstania Warszawskiego, patrzyłem wraz z dorosłymi na dymy nad miastem, bolejąc nad jego tragicznym losem...

Śliwice podczas okupacji

     Czas wojny i okupacji niemieckiej był ważnym rozdziałem w życiu mieszkańców Kolonii. Po kapitulacji Warszawy, wojsko niemieckie weszło do Śliwic od strony Pelcowizny. Zaczęła się noc okupacji. Władze niemieckie ograniczyły dostawy żywności. Pewne jej - niewystarczające do egzystencji minimum, było wydawane na kartki. Była ponadto nędznej jakości. Np. był czarny i gliniasty chleb, marmolady - jak mówiono - były z brukwi. Zamiast masła wydawano margarynę o charakterystycznym słonawym smaku itp.
     Bezpośrednio po działaniach wojennych roku 1939, został otwarty (jak pamiętam przejściowo, w mieszkaniu pp. Podczaskich (przy ul. Gersona 23) na Śliwicach, - sklep spożywczy w którym żywność ta była wydawana na kartki żywnościowe. Sprzedaż tej żywności (a raczej wydawanie racji żywnościowych zostało później przekazane do sklepu p. J. Zowczaka (lub Zofczaka), który po pewnym został przeniesiony z sutereny w budynku przy ul. Gersona 19 pod „dwunastkę”. Do obecnie istniejącego okna narożnego pokoju dobudowano drzwi wejściowe, a do sklepu wchodziło się po dobudowanych, drewnianych schodkach. Po wojnie właścicielką sklepu została p. Radzimowska. Na pewien czas pojawił się też sklep ( ogólno - spożywczy i mięsny) w budynku Gersona 42 w lokalu w którym później mieścił się zakład tapicerski, a obecnie studio dźwiękowe.
     Zaopatrzenie ludności miejskiej w żywność drogami „prywatnej inicjatywy” było bardzo utrudnione, a nawet dla handlarzy nawet niebezpieczne. Na wsi bydło oraz trzoda chlewna były kolczykowane i zabierane jako kontyngent dla okupantów. Wyroby mięsne pochodziły więc z ukrytych hodowli i nielegalnego uboju oraz były szmuglowane (czyli przewożone nielegalnie) do miast wielkimi trudnościami: żandarmi niemieccy bardzo często rewidowali pasażerów podmiejskich pociągów i konfiskowali przewożone towary. Zdarzały się zaniechania rewizji w bagażach i ubraniach (tak!) szmuglerów musiały po sowitym opłaceniu żandarmów z doraźnych składek do przysłowiowych kapeluszy, gdy zjawiali akurat się akurat rewidenci wykazujący skłonności do „ludzkiego” porozumienia. Ryzyko szmuglu i częste konfiskaty towarów powodowały w konsekwencji drożyznę i biedę. W pociągach podmiejskich często były przeprowadzane rewizje kończące się konfiskatą towarów i nie rzadko obozem koncentracyjnym. Szmuglerzy używali różnych sposobów ukrywania przewożonych towarów m. in. pod ubraniem. Na ten temat bywała nawet śpiewana żartobliwa piosenka znana z filmu „Zakazane piosenki”:

     W miarę upływu okupacyjnego czasu, w mieście pojawili się domokrążcy, którzy oferowali różne artykuły spożywcze jak mięso, wędliny, nabiał, nawet mąkę i kasze. Artykuły te pochodziły głównie ze ,,szmuglu” przywożonego ze wsi a nawet - zwłaszcza mięso nawet z terenów przyłączonych do państwa niemieckiego tzw. Rzeszy. Szmugiel był prześladowany przez okupantów bowiem szmuglowane artykuły powinny były trafiać do „herenvolku” a nie do narodu skazanego na zagładę. W pociągach niemieccy żandarmi przeprowadzali rewizje i konfiskaty przewożonych towarów, które były ukrywane w różnych schowkach a nawet pod ubraniami ,,grubych” szmuglerek. Niektórych można było przekupywać. Zdarzało się, że gdy żandarmi wchodzili do wagonu, to pasażerowie - handlarze od razu urządzali składkę aby zażegnać rewizję.. Na ten temat krążyły nawet żartobliwe piosenki.
     Reglamentowana była też energia elektryczna. Używanie jej było ograniczone do kilku godzin dziennie. Poza tym czasem wewnętrzne linie zasilające w budynkach, tzw. „piony” musiały być wyłączane odpowiednio zainstalowanymi rozłącznikami lub np. przez wykręcanie głównych bezpieczników. Po mieście chodziły kontrole. Prawo użytkowania energii elektrycznej bez ograniczeń czasowych wśród ludności cywilnej mieli jedynie nieliczni zatrudnieni jak np. pracownicy elektrowni. W naszym domu było podobnie. Ojciec był pracownikiem Miejskiej Elektrowni i jak wszyscy w niej zatrudnieni, miał prawo do całodobowego użytkowania elektryczności.. Pracownicy ci musieli własnym staraniem wykonać oddzielne tzw. piony elektryczne od muf (złączy) w piwnicach do własnych mieszkań. Pozwolenia takiego nie mieli pp. Żmudcy zamieszkujący na pierwszym piętrze naszego domu. Ojciec jednak wystarał się o pozwolenie wyłączania prądu w tym jednym mieszkaniu tylko przez wykręcanie bezpieczników (tzw „korków”) w skrzynce na klatce schodowej. Dzięki temu, mogli oni cichcem użytkować prąd praktycznie też bez ograniczeń czasowych. Mogło to się odbywać wszakże pod warunkiem maksymalnej ostrożności jak np. przez wyjątkowo staranne zaciemnienie okien(!). Pamiętam taki incydent, gdy któregoś wieczora do zamkniętych na klucz drzwi wejściowych zapukali kontrolerzy. Na pytanie „kto tam?” przytomnie odpowiedzieli „kontrola z elektrowni”. Na to dictum, pan Żmudzki zaczął schodzić powoli tupiąc głośno po schodach w wojskowych butach, zaś jedna z jego córek zbiegła szybko w pończochach (jak opowiedziała później) ze stołkiem, szybko wykręciła „korek” i schowała się z powrotem w mieszkaniu. Kontrola nic nie wykazała i kontrolerzy poszli sobie dalej.
     Po działaniach wojennych nauka odbywała się jeszcze przez kilka miesięcy w nowoczesnym budynku szkolnym wzniesionym w roku 1938. Naukę w tej nowej szkole, w klasie trzeciej rozpocząłem dopiero na wiosnę. Pamiętam Panią wychowawczynię Hannę Michałowską jako już dobrze starszą osobę z siwymi włosami zaczesanymi gładko do tyłu i z zawiązaną z tylu głowy dużą czarną kokardą. Nie zapomnę przy tym nigdy, gdy przed rozdaniem świadectw na zakończeni nauki w roku szkolnym 1939/40, pani Wychowawczyni skomentowała je głosem niskim i przyciszonym, że są to świadectwa wydrukowane w szarym kolorze munduru niemieckiego żołnierza... Były przy tym wydrukowane i wypełnione ocenami po niemiecku i po polsku. Zbiegiem okoliczności p. Michałowska była kiedyś nauczycielką mojej Mamy też w szkole na Pelcowiźnie
     Na początku roku szkolnego 1940/41, okupanci wyrzucili obie szkoły z ich siedziby. Mój ówczesny kolega i obecny przyjaciel Tolek Kowalski do dziś wspomina z żalem, że eksmisja ta uniemożliwiła mu zebranie dobrze zapowiadających się płodów z tejże działki. Wyeksmitowane szkoły znalazły różne pomieszczenia do kontynuowania swojej działalności. Np. moja klasa czwarta szkoły nr 113 - do której uczęszczałem gnieździła się początkowo w małym „białym budyneczku” popołudniowej szkoły Nr 52, który stał po stronie nieparzystej tej ulicy - mniej więcej w miejscu dzisiejszej pętli tramwajowej pod wiaduktem mostu im. Grota.- Roweckiego. Podobne dzieje miała także szkoła Nr 160.
     Oczywiście brak było opału więc np. zimą 1940/41 przynosiłem codziennie do klasy szkolnej, nieduży elektryczny piecyk tzw.”słońce”. Wiosną i latem 194??? r (jesienią 40r??) uczęszczaliśmy na ul. Bartniczą gdzie do dziś stoi okazały budynek w którym szkoła nr 113 znalazła gościnę. Do szkoły było daleko: od ul. Kotsisa trzeba było dojść przez pole do drogi, która dziś nosi nazwę ul. Batalionu Platerówek, następnie trzeba było przekroczyć tory kolejowe w pobliżu peronów stacji Warszawa-Praga, po tym krótką uliczką, która dziś na planie Warszawy występuje jako ul. Batalionu Platerówek, przejść między zabudowaniami kolejowymi i jakimiś magazynowymi. Pamiętam przy tym, że przy budynku na rogu ul. Oliwskiej 1, stał z karabinem. niemiecki wartownik („bahnschutz”). Ile razy przechodziłem koło niego zawsze się bałem, że może do mnie strzelić. Wszak dla okupantów polskie życie nie przedstawiało żadnej wartości... Idąc dalej, przy szarym budynku szkolnym, w którym stacjonowali niemieccy żołnierze, skręcało się w lewo aby ulicą Odrowąża dojść do szkoły przy ul. Bartniczej. Dla dzieci w wieku 10 – 12 lat droga była długa, skomplikowana i - mówiąc językiem współczesnym, szokująca.
     W następnym roku szkolnym na terenie Pelcowizny zostały wynajęte prywatne mieszkania w których odbywały się lekcje. Początkowo moja klasa miała lekcje w domu, który stał przy ul. Warmińskiej później została przeniesiona do jednego z budynków przy ul. Toruńskiej 36 (?) Nauka na tym swoistym wygnaniu trwała do końca czerwca 1944 r. Wracając ze szkoły do domu wraz z Tolkiem Kowalskim (obecnie mgr inż. – specjalistą w zakresie przyrządów optycznych) kolegą ze szkolnej ławki, przechodziliśmy zawsze ul. Jabłonowską koło wytwórni wody sodowej p. Getlera. Latem często zatrzymywaliśmy się przy jej otwartych drzwiach aby popatrzeć jak się napełnia wodą sodową zwykłe szklane syfony oraz – od czasu do czasu, duży – kilku litrowy syfon miedziany zwany balonem. Było syczenie gazu i tryskanie wody dla sprawdzenia czy owe syfony były dobrze napełniane - o zgrozo! – na kamienną podłogę pomieszczenia. Dla kilkunastoletnich chłopców był to przecież jeden z nielicznych kontaktów z „wyższą” techniką. „Balony” te były użytkowane latem przez ulicznych sprzedawców wody sodowej „na szklanki”. Wożono je w ręcznych, dwukołowych wózkach na których znajdowało się zwykle kilka szklanek i płuczka do nich. Higiena obsługi klientów - moim zdaniem, nie była na zbyt wysokim poziomie.
Innym „kontaktem” z „wyższą techniką”, było oglądanie z pewnej odległośći, niemieckiego reflektora przeciwlotniczego stojącego przez kilka miesięcy w miejscu obecnego „Autoparts’u”. Próbne włączania tego urządzenia połączone z uruchamianiem stojącego na samochodzie generatora prądu i wykonywanie przy nich tajemniczych czynności (jak dziś oceniam, konserwacyjnych) były interesujące dla nas, kilkunastoletnich chłopców.
     Krótko po wkroczeniu, okupanci sprowadzili na teren Śliwic swoich kolejarzy do pracy na stacji Warszawa - Praga. Niektórzy z nich przyjechali nawet z rodzinami. Zajęli wolne lokale lub zostali dokwaterowani do niektórych mieszkań. W zasadzie zachowywali się wobec mieszkańców Kolonii spokojnie. Ale byłem świadkiem scysji kolejarza - Niemca z jakimś przechodniem na ul. Gersona. Scysja zakończyła się potężnym ciosem wymierzonym Polakowi w twarz . Cios był tak silny, że poszkodowany przewrócił się i padł na wznak, na chodnik… Tak moja generacja poznawała życie…
     Na terenie całej Polski, a także w Warszawie, zaczęły się aresztowania, wywózki ludzi na roboty do „Reichu” masowe wysiedlenia ( np. w poznańskiem) i do obozów zagłady, głód, nawet zbiorowe egzekucje. Wyjątkowo ostra zima 19939-40 potęgowała tragizm sytuacji. Zostały wprowadzone nowe pieniądze bez symbolu Orła Białego i z rysunkami różnych twarzy. Jak pamiętam, na banknocie dwudziestozłotowym była pokazana twarz uśmiechniętej młodej kobiety. Rysunek był wyszydzany, że to „portret tej co wyjechała do Niemiec”. Na pięćset złotowym banknocie widniała natomiast twarz górala, która stała się jakby synonimem kwoty pięciuset złotych. Często używano więc np. zwrotu „dasz górala to sprawę załatwisz”.
     Wybuch wojny zahamował budowę Śliwic. Kilka placów było nieogrodzonych i pustych, na kilku innych stały niewykończone mury. W wielu lokalach zamieszkali niemieccy kolejarze – pracownicy stacji Warszawa - Praga.
Zaczęło się ciężkie życie pod strachem jego utracenia w każdej chwili. Pierwsze publiczne rozstrzelanie 100 osób w Wawrze (grudzień1939), pierwsze masowe aresztowania i ginięcie ludzi bez wieści, późniejsze liczne i potajemne rozstrzeliwania ludzi w okolicznych lasach (Palmiry, Stefanów koło Mysiadła), publiczne rozstrzeliwania lub wieszanie ludzi na ulicach Warszawy i wreszcie brak wiadomości o bliskich którzy nie wrócili z wojny powodowały nastroje pesymistyczne także wśród śliwiczan. Był nawet przypadek matki, której syn-student politechniki nie powrócił z wojny. Niewiasta ta nie mogła pogodzić się z myślą, że syn najprawdopodobniej zginął i często chodziła z jego indeksem zawiniętym w bibułki. Pokazując go przygodnym przechodniom, zapewniała, że „On na pewno wróci ...” Jak mi wiadomo, jednak nie wrócił.
     Drugim ciosem, który został ujawniony w gazecie po odkryciu zbrodni katyńskiej było nazwisko por. rez. inż. J. Zięciny (Gersona 40). Pozostawił żonę i bardzo małą córeczkę imię, której praktycznie nie znał... Pamiętam, gdy żona Jego nie mogła uwierzyć w tę śmierć i pocieszała się, że to może chodzi jednak o kogoś innego, ponieważ była drobna rozbieżność w przytoczonym przez gazetę, w „Nowym Kurierze Warszawskim” (gadzinówce), w adresie Jego miejsca zamieszkania. Mieszkańcy Śliwic byli tą śmiercią bardzo wstrząśnięci.
Jak się okazało później, drugą ofiarą podobnej śmierci był p. Skrzymowski (Miednoje?????)
    Wypłacane wynagrodzenia nie wystarczały ludziom na utrzymanie się. Każdy więc kto mógł, chwytał się handlu lub jakiejś drobnej wytwórczości. Np. mój wychowawca szkolny p. Jan Kolasiński nauczyciel śpiewu (dyrygent i kompozytor) – wynajmował kącik w stolarni ( bodajże przy ul. Warmińskiej), gdzie miał tam małe maszyny (zapamiętałem tokarkę, stojącą wiertarkę oraz małą piłę tarczową) i produkował drewniane zabawki dla dzieci. Zapraszał tam też niektórych uczniów z siódmej klasy i uczył „małej stolarki”. Z tamtych czasów czuję do dziś sentyment do drewna i jego zapachu. Innym artykułem produkowanym przez tegoż nauczyciela były różańce. Chętni uczniowie mogli w tej produkcji uczestniczyć. Pobierali wtedy koraliki na paciorki, pocięte kawałki drutu i każdy kto miał tzw. „szpiccążki” mógł w domu składać te różańce. Za złożenie jednego różańca płacił – jeśli dobrze pamiętam, 50 ówczesnych groszy. Inni drobni przedsiębiorcy produkowali w swoich domach np. mydła. Były produkowane nawet mydła zapachowe. Rozwinął się przy tym handel domokrążny. Charakterystycznym jego objawem byli m. in. inkasenci elektrowni, gazowni czy wodociągów. Duża zazwyczaj teczka każdego z nich była pełna różnych materiałów czystościowych i kosmetycznych - była po prostu przenośną mydlarnią, perfumerią czy sklepikiem galanteryjnym.
     Z biegiem okupacyjnych miesięcy pojawili się także różni domokrążcy sprzedający mięso, słoninę, nabiał oraz inne artykuły spożywcze. Pochodziły one bądź ze wspomnianego wyżej tajnego uboju na wsi lub nielegalnego przemytu szmuglu z polskich terenów przyłączonych do Rzeszy niemieckiej. Jeden z moich późniejszych współpracowników, opowiedział mnie, że jednym z miejsc do przekradania się na teren przyłączony do Rzeszy, był niedaleko od Warszawy, koło Nowego Dworu. Mazowiecki. Wiązało się to z nocnym przepływaniem łódką niezbyt głębokiej tam Wisły. Łachy piasku w korycie rzeki, porośnięte krzakami ułatwiały chowanie się przed oczami straży granicznej. Oczywiście przywożenie ze wsi też było szmuglowaniem ponieważ okupanci zabraniali i tego procederu. Cała żywność była przecież przeznaczona dla Niemców.
     Innym sposobem na przewiezienie „szmuglu” było opłacanie się żandarmom rewidującym wagony.
     Na Śliwicach mleko było głównie roznoszone przez mleczarkę (panią Stibło). Godna podziwu kobieta, przynosiła je w dwóch lub nawet trzech niemałych bańkach umocowanych w płachcie na plecach i jednocześnie niesionych w dwóch bańkach w rękach. Mleko to przynosiła, aż z Tarchomina.
     W tych trudnych czasach następowała też pewna integracja społeczności śliwickiej podczas nabożeństw w kościele na Pelcowiźnie lub we wspólnych modlitwach przy ołtarzyku wybudowanym ku czci NMP, który był zbudowany we wnęce dzisiejszych frontowych drzwi wejściowych do budynku przy ul. Gersona 12.
     Bliskość stacji kolejowej ułatwiały nam mieszkańcom zaopatrywanie się w węgiel. Otóż kilkuosobowa grupa starszej męskiej młodzieży zajęła się zaopatrywaniem Śliwic w opał. Podziwialiśmy ich odwagę zdobywania węgla oraz siłę do dźwigania olbrzymich brył tego „czarnego złota”. Mianowicie chłopcy ci wchodzili w porozumienia z maszynistami manewrujących parowozów, którzy zrzucali duże bryły węgla obok torów. Znaleziony węgiel był następnie przynoszony na ulice kolonii i sprzedawany mieszkańcom. Ceny sprzedaży były uzgadniane przy każdorazowych zakupach w zależności od wielkości (pośrednio od ciężaru) przyniesionej bryły. Grupę zaopatrzeniowców stanowili m. in. bracia Włodarczykowie (Gersona 6), p. Komorowski (Gersona 39) i inni których nazwisk nie pamiętam. Podziwialiśmy zarówno odwagę zdobywców tego „czarnego złota” jak i ich siłę, potrzebną do jego dźwigania, gdy musieli czasem chodzić od budynku do budynku oferując sprzedaż. Działanie ich było jednak niebezpieczne ponieważ stacji pilnowali tzw. bahnschutz’e (strażnicy kolejowi), którzy bądź strzelali do naszych zaopatrzeniowców -”węglarzy”, bądź urządzali na nich zasadzki - na szczęście dla śliwczan, bez większego powodzenia.
Były jednak wypadki zastrzelenia takich „węglarzy” lub też ich pojmania i torturowania w wartowniach.

Alarmy lotnicze.

     Alarmy lotnicze ostrzegały zarówno cywili jak i wojskowych, że nad dane miejscowości nadlatują nieprzyjacielskie samoloty przed którymi należy się skryć w schronach. Schronami dla cywilów były najczęściej piwnice w naszych domach. Alarmowanie odbywało się za pomocą ciągłego buczenia syren fabrycznych w sposób ciągły przez kilkadziesiąt sekund..
     Wybuchy bomb powodowały silne zdenerwowania ludzi w schronach. Ogólnie rzecz biorąc, schrony nie w pełni zabezpieczały życia ludzi w nich zgromadzonych. Jedni narzekali głośno na los który je spotkał lub spotkać może, inni się modlili, jeszcze inni zachowywali się nieznośnie np. lamentując lub wykrzykując głośno swoje różne myśli.
Odezwanie się przerywanych cyklicznie syren oznajmiało zakończenia nalotów i powrót do mieszkań. W których często powypadały szyby od wstrząsów podczas wybuchów bomb. Do dziś słyszę w wyobraźni chrzęst deptanego nogami szkła z tych szyb.
     Z chwilą odezwania się syren, zazwyczaj zamierało życie w zaalarmowanych miejscowościach. Gasły światła i na ziemi zalegała cisza, przerywana odgłosami warkotów silników samolotowych, kanonad artylerii przeciwlotniczej i wybuchów bomb. Wstrzymywano m. in. ruch na kolejach zarówno na trasach jak i na stacjach. Tak też było i na Śliwicach: na stacji Warszawa- Praga ustawał ruch manewrowy i zalegała złowroga cisza. przerywana jedynie sykiem pary spuszczanej co pewien czas z kotłów lokomotyw lub warkotem zaworów bezpieczeństwa na tychże lokomotywach. Co stanie się za chwilę, gdy te nadlecą samoloty? Czy będą tylko przelatywać w drodze do innych celów czy dokonają tylko jakichś rozpoznań albo może zaczną rzucać bomby? Czy nie zrzucą, którejś z nich właśnie, na nasz dom?
     Śliwice były osiedlem szczególnie zagrożonym bombardowaniem z powodu bliskości ważnej stacji rozrządowej. Tylko opiece boskiej chyba zawdzięczają, że nie uległy zniszczeniu. Był nawet taki nalot (latem 1943 roku ?), że na Śliwice spadło aż 7 bomb.: pięć z nich trafiło do ogródków i jedna uszkodziła znacznie dom Nr ?? przy w ulicy Gersona ( nr 25 – przypisek) i jedna spadła na jezdnię tejże ulicy, przed domami nr 30 i 32. Zginęła przy jej wybuchu tylko jedna osoba...
     Odgłosy przetaczanych wagonów przy formowaniu składów pociągów, sapanie parowozów, gwizdki lokomotyw czy trąbek sygnałowych kolejarzy kierujących tym ruchem stanowiły stałe nocne tło dźwiękowe Śliwic. Cichło ono jednak, gdy np. nocą odzywały się syreny alarmujące o rozpoczynających się nalotach lotniczych. Wtedy gasły światła stacyjne, ruch na stacji zamierał i tylko od czasu do czasu wśród panującej ciszy, było tylko słychać krótkie szumy pary wypuszczanej przez maszynistów z kotłów zatrzymanych parowozów lub warkoty zaworów bezpieczeństwa samoczynnie wypuszczających nadmiary pary z kotłów lokomotyw. Teraźniejsze nocne szumy i dudnienia pędzących ul. Jagiellońską pojedynczych samochodów zwłaszcza „tirów”, do dziś przypominają te odgłosy. Wtedy też, kto miał odwagę wyjrzeć w stronę stacji np. przy świetle księżyca, mógł zobaczyć podczas tej nagłej ciszy, na tle czarnego nieba, białe pióropusze pary uchodzącej z tychże lokomotyw. W połączeniu z grozą nalotu i niebezpieczeństwem śmierci np. od wybuchających bomb, widok tych zjawisk powoduje jeszcze dziś niezapomniane wrażenia.
     W kilku mieszkaniach zamieszkali niemieccy kolejarze zatrudnieni na stacji Warszawa - Praga. Według moich wspomnień, istniała bariera wrogości między społecznością śliwicką i Niemcami. Niektórzy z nich byli z rodzinami. Niemieccy chłopcy należeli do organizacji Hitlerjugend i w dniach niemieckich świąt chodzili w mundurach tej organizacji z czerwonymi opaskami z białym krążkiem w który wpisana była swastyka. W budynku Gersona 16 na pierwszym piętrze mieszkał taki chłopak w ówczesnym moim wieku tj. ok 12-14 lat. Miał na imię Hans i próbował się z nami poznać bliżej. Chciał nauczyć się paru polskich słów. Oczywiście próbowaliśmy go uczyć, podając mu fałszywe tłumaczenia podrzucając mu same wulgarne wyrazy. Np. polskim odpowiednikiem słowa „Spek” – słonina, wg naszego nauczania, było polskie słowo „d…”. Niektórzy Niemcy zatrudniali polskie służące. Przypominam sobie tylko dwie. Nie były to jednak śliwiczanki. (?????????? a Szarlotta?) .
     Wprawdzie w końcu lipca niemieccy kolejarze nagle zniknęli, ale po krótkim czasie znowu powrócili. Z perspektywy historycznej domyślać się teraz można, że powrót ich - szczęśliwie nie na długo, był wynikiem zatrzymania się sierpniu, wojsk radzieckich w marszu na Warszawę. Czternastego września Śliwice zostały wyzwolone z pod okupacji niemieckiej i znalazły się na linii frontu bowiem po drugiej stronie Wisły nadal byli Niemcy.
     Na strychu budynku Gersona 17 został zainstalowany polski punkt obserwacyjny. Został jednak dostrzeżony zza Wisły i - prawdopodobnie z tego powodu, dom został trafiony pociskiem tzw. ,,krową”. Dom został zrujnowany w około trzydziestu procentach. Za wyjątkiem tego jednego domu (Gersona 17), Śliwice przetrwały bez zniszczeń wojennych. Przeżyły nawet jedno bombardowanie przez samoloty atakujące stację kolejową (prawdopodobnie sowieckie), ale żadna z siedmiu bomb nie trafiła w budynek. Sześć bomb trafiło w ogródki i jedna w ulicę Gersona blisko domów Nr Nr 30 i 32. ( dopisek: niecałkiem prawda – dom przy ul. Gersona 25 został znacznie zniszczony- zburzony cały narożnik)
     Istniejące szkoły powszechne (obecnie podstawowe) na Pelcowiźnie zostały wyrzucone z eleganckiego budynku (obecnie ul. Jagielloska 71) w którym teraz mieści się m. in. szkoła. FSO. W budynku tym urządzono koszary jakiejś formacji „Arbeitsdienst'u”(Służba pracy). Żołnierze jej nosili mundury w kolorze rdzawo – jasnozielonym, i na boisku klubu piłkarskiego „Ordon”, ćwiczyli musztrę do której używali szpadli zamiast karabinów i dlatego nazywaliśmy ich „łopaciarzami”. Nie udało mi się dowiedzieć do jakich działań była używana ta formacja.
Niedostatek żywności powodował drożyznę. Mieszkańcy Śliwic starali się uzupełniać niedostatki okupacyjnego zaopatrzenia poprzez uprawianie warzyw na grządkach w ogródkach a także na zagonkach sąsiadujących bezpośrednio z poszczególnymi ogródkami. Zagonki te znajdowały się m. in. na tyłach posesji o nieparzystych numerach ul. Gersona na terenie obecnej jezdni brukowanej. Dodatkowe tereny uprawiane przez śliwiczan znajdowały się na tyłach „Czarnego Parkanu” . Na tych działkach – ogrodzonych kawałkami sznurów na palikach, były hodowane głównie ziemniaki. Nie przypominam sobie, aby wspomniane zagonki i działki były kiedyś okradane.
     Po pewnym czasie sklep został przeniesiony do budynku Gersona 12 do lokalu, w którym obecnie mieści się pracownia tapicerska. Sklep prowadził pan Jożef Zowczak.
     W czasie okupacji Śliwice były też azylem dla niektórych osób jak działacze podziemia. I tak u pana Giedrojcia ukrywał się, przez kilka miesięcy, syn gen Bohatyrewicza straconego w Katyniu. Podobno był on poszukiwany przez Niemców, którzy chcieli zawieźć go, w celach propagandowych, do tego miejsca zbrodni. W roku 1944 ukrywał się (u państwa Żmudzkich) wraz z żoną przez kilka miesięcy pan ??? Waręga – ówcześnie mjr AK udekorowany , w sześćdziesiątą rocznicę wybuchu Powstania, orderem (jakim?, uciekinier ze Lwowa). Pamiętam, jak w pierwszą noc Powstania, gdy siedzieliśmy razem w schronie, w rozmowach państwo Waręgowie zaciągali po lwowsku.
     Według relacji p. D. Rogowskiego (ówcześnie mieszkańca budynku przy ul. Witkiewicza11/13), na terenie Śliwic ukrywali się m. in. Marian Spychalski – późniejszy marszałek polski, (podobno w budynku przy ul. Gersona 5). i inni. Rafał Kukulski mieszkał też , w budynku przy ul. Gersona 4 - jak się okazało po wojnie, konspirator zasłużony w akcji zdobycia, rozszyfrowania i wysłania do Anglii układu sterującego niemieckimi pociskami V2.


Szkoły podczas okupacji

     Istniejące szkoły powszechne na Pelcowiźnie zostały wyrzucone z eleganckiego budynku wzniesionego w 1938 r - obecnie Jagiellońska Nr 71. (w którym obecnie mieści się szkoła fabryczna FSO). W budynku tym urządzono koszary jakiejś formacji niemieckiej (podobno Arbeitsdienst - Służba Pracy). Żołnierze jej nosili mundury rdzawo – jasnozielone i ćwiczyli często - na boisku klubu piłkarskiego „Ordon”, jakąś musztrę. Żołnierze tego oddziału do tej musztry używali szpadli zamiast karabinów i dlatego nazywaliśmy ich „łopaciarzami”. Nie udało mi się dowiedzieć do jakich konkretnych działań była używana ta formacja. .
Jak pamiętam, w tym pierwszym roku okupacji uczyliśmy się w szkole języka niemieckiego. Jednak już w następnym roku przedmiot ten został zlikwidowany. Naród podbity nie powinien znać języka „Herrenvolku” (narodu panów). Na zakończenie roku szkolnego 1939/40 otrzymaliśmy świadectwa promocyjne (jak się dawniej mówiło „cenzury”) dwujęzyczne - po polsku i po niemiecku. Rozdając je, wychowawczyni nasza, p. Michałowska powiedziała nam przygnębionym i przyciszonym głosem, że świadectwa te są w szarym kolorze munduru niemieckiego żołnierza. Wrażenie tragizmu ówczesnej sytuacji, do dziś pozostało żywe w pamięci mojej i - myślę wszystkich moich ówczesnych koleżanek oraz kolegów. Po wyrzuceniu szkół 113-ej i 160-ej z macierzystego budynku (obecny adres: ul. Jagiellońska 71) początkowo szkołę 113-ą przeniesiono do budynku szkolnego przy ul. Bartniczej na Bródnie. Jako małe dzieci, musieliśmy chodzić poprzez obecną ul. Batalionu Platerówek do przejazdu kolejowego, po czym ul. Oliwną i dalej ul. Wysockiego do ul. Bartniczej. Idąc do szkoły przechodziliśmy zawsze z uczuciem pewnej bojaźni koło niemieckich Bahnschutz’ów (strażników kolejowych) na ul. Oliwskiej, która biegła wśród zabudowań kolejowych.
     Nowy rok szkolny rozpoczęliśmy z powrotem na Pelcowiźnie w klasach które mieściły się w wynajętych mieszkaniach budynków stojących blisko siebie. Nauczyciele z klasy do klasy musieli więc chodzić od budynku do budynku… Najgorzej było zimą.
     Niemiecki okupant zabronił nauczania w szkołach geografii, historii. Naród untermmesch’ów (podludzi) miał nie znać trudnej, ale przecież chlubnej przeszłości swego kraju jak też jego położnia geograficznego. Dopuszczalne było tylko nauczanie podstawowe. Gimnazja, licea i szkoły wyższe też były zakazane. Dzieci i młodzież Śliwic jednak nie poddawała się. Pewna jej część zdobywała wiedzę na nielegalnych kompletach. Np. w szkole – pod płaszczykiem dodatkowych lekcji np. matematyki czy fizyki, uczyła się tych zakazanych przedmiotów. Nauka gimnazjalna odbywała się na tajnych kompletach w różnych miejscach. Np. wraz z moim dotychczasowy kolegą i przyjacielem Talkiem K. uczęszczaliśmy na zajęcia w zakresie pierwszej klasy gimnazjalnej do p. Marii Żmudzkiej – ówcześnie studentki medycyny tajnego Uniwersytetu Warszawskiego. Podkreślić tu trzeba, że uczestnicząc w tych tajnych lekcjach narażaliśmy się, wraz z nauczycielami, niebezpieczeństwo wywiezienia do obozu koncentracyjnego i nawet śmierci. Braliśmy także udział w tajnych lekcjach geografii oraz historii. Przedmioty te były bowiem usunięte przez okupantów z programu nauczania. Untermenschen (podludzie) nie powinni znać świata, Europy, a zwłaszcza swego kraju i jego dziejów. Ilu takich uczniów było na Śliwicach trudno ustalić. Czy dzisiejsza młodzież wyobraża sobie gorliwość uczenia się pod groźbą utraty życia?
Uczestnicy tego tajnego uczenia się, po wyzwoleniu usiedli w ławkach drugich klas jawnych już Gimnazjów im. Płk. Lisa-Kuli i Władysława IV.
     Oprócz tych zmagań o utrzymanie substancji intelektualnej narodu, niektórzy śliwczanie brali czynny udział w walce zbrojnej z okupantem. Byli wśród nich m.in. mjr. Henryk Łysakowski, plut. Komorowski, Lucjan Żmudzki, Rafał Kukulski, Ryszard Wyganowski, Ryszard Gaworowski, Krzywicki ?, Pągowska – córka, Pągowska Kamila , Józef Zowczak, Stefania Żmudzka oraz inni.

Zabawy dzieci

     Dola dzieci przed wojną i w czasie wojny nie była łatwa. Niejednokrotnie dzieci musiały pracować. Np. chłopcy w wieku kilku lat sprzedawali na ulicach gazety. Często biegali z plikami gazet w rękach i dużymi torbami zawieszonymi przez jedno ramię i wykrzykując tytuł sprzedawanej gazety w charakterystyczny sposób. Mam jeszcze w pamięci np. okrzyki chłopców sprzedających w czasie okupacji gazetę – gadzinówkę wykrzykujących „Nowy Kurier Warsza…”. Inne dzieci musiały pracować gdzieś u rzemieślników lub zbierać odpadki lub nawet żebrać. Młodzież w wieku szkół powszechnych i starsza brała także udział w konaspiracji. Z nich rekrutowali się po tym np. harcerze – gońcy czy też roznoszący pocztę podczas Powstania Warszawskiego. Sprawy te są opisane w literaturze powojennej i nie wymagają tu szerszego opisu.
     Przed drugą wojna światową asortyment zabawek nie był tak szeroki jak obecnie. Dziewczynki bawiły się lalkami. Niektóre lalki były całkowicie tekstylne inne zaś miały tułowia i nogi w postaci tekstylnych manekinów wypchanych trocinami zaś główki z masy plastycznej. Dużą furorę - podobną do furory obecnej lalki Barbie, robiły lalki z powiekami które zamykały się same gdy lalki te kładziono na wznak. Niektóre modele lalek (o bardziej zaawansowanej technice) nawet wydawały dźwięki podobne do miauczenia kotków gdy naciskano na ich brzuszki. Zdarzały się nawet lalki z główkami porcelanowymi. Bardzo popularną zabawą wśród dziewczynek było podskakiwanie ze skakanką.. Było uprawiane zarówno indywidualnie jak i zespołowo. Pierwsze z nich polegały na skakaniu przez kręcący się sznurek obracany przez samą skaczącą . Skakanie zespołowe polegało na kręceniu sznurkiem przez dwie osoby podczas gdy trzecia przeskakiwała nad tymże sznurkiem gdy przesuwał się pod nogami skaczącej uczestniczki zabawy. Chłopcy bawili się procami, grali w różne gry. Popularne było zbieranie znaczków pocztowych i z wymienianie się nimi. Wielu chłopców bawiło się ołowianymi żołnierzykami. Były to figurki o wysokości – jak teraz pomnę, około 4 do 5 cm. Kupowano więc chłopcom całe plutony wojsk polskich i obcych. Szczególnie interesujący byli żołnierze wojsk kolonialnych ponieważ mieli mundury bardzo kolorowe np. białe kaski, czerwone trencze itp. Były też kolejki na szynach, których wagony były ciągnięte lokomotywami z napędem sprężynowym. Były też różne zabawki drewniane.
     W czasie okupacji zabawy dzieci znacznie odbiegały zarówno od standardów przedwojennych jak i zwłaszcza obecnych. Zabawki i zabawy organizowaliśmy sobie sami. Dziewczynki niańczyły swoje lalki, grały w klasy – tak jak dziś i skakały ze skakankami. Bardzo popularną zabawką wśród małych chłopców było kółko toczone po ziemi za pomocą tzw. „popychaczki” która była odpowiednio wyginana z kawałka sztywnego drutu. Najczęstszym kółkiem była zazwyczaj fajerka kuchenna. Na Śliwicach biegaliśmy z tymi kółkami po chodnikach i czasem po ubitej ziemi. Zabawa polegała na - praktycznie bezmyślnym, toczeniu kółka. Czasem zdarzały się incydentalne współzawodniczenia kto da radę toczyć kółko najwolniej, najszybciej lub po niezbyt twardej ziemi. W tej ostatniej konkurencji mnie szło najlepiej ponieważ moje kółko było dość szerokim pierścieniem który gdzieś znalazłem w stercie złomu.
     Inną zabawą były gry monetami. Pierwsza z tych gier polegała na rzucaniu monetą – zwykle pięciogroszową, do punktu lub niewielkiego prostokąta lub kółka. Kto trafił bliżej ten wygrywał. Druga z gier , nazywana „ściana – bank”, polegała na tym, że uderzaliśmy w pewien sposób (kantem) monetą o mur tak aby podbiciu się trafiła - podobnie jak poprzednio najbliżej takiego samego celu. Wygrywał ten, kto trafił najbliżej. W następnej serii rzutów kolejność zagrania zależała od odległości od celu. Do tej gry wykorzystywaliśmy ściany dwóch nieotynkowanych budynków (Gersona 18 i Gersona 38). W tych ścianach mieliśmy wybrane cegły które nadawały się do gry. Mianowicie cegły te musiały być dobrze wypalone i mieć przynajmniej kilka centymetrów kwadratowych gładkie powierzchni. Inna gra polegała na rzucaniu ołowianym krążkiem tzw. ”blombą” do „kaszty” czyli niewielkiego prostokąta narysowanego na ziemi. Wzdłuż dłuższego boku tego prostokąta była narysowana granica. Wygrywał ten kto trafił do lub najbliżej ,„kaszty”. Kto rzucił za linię przegrywał. Konsekwencji przegrania nie pamiętam – zdaje mi się, że pechowy gracz tracił kolejkę w następnej serii rzucania.. Innym rodzajem gry było rzucanie własnej „blomby” także w kierunku „kaszty”. „Blomby” były kawałkami ołowiu w kształcie łebka grzybka. „Blomby” Wykonywaliśmy je sami topiąc ołów we wgłębieniach najmniejszych fajerek jakie (przynajmniej jedna) były na blatach kuchni węglowych. Przed wojną stawkami w tych „hazardowych” grach były także kawałki taśm (klisz) filmowych. Jednostkami wymiennymi były odcinki taśm zawierające po 5 klatek. Odcinki te miały nieco zróżnicowane wartości. Np. jeśli w piątce zdjęć były różne kadry to taka klisza była warta np. dwie klisze z kadrami np. jednej twarzy jakiegoś aktora czy aktorki na ogół – nam dzieciom nieznanych. Jako dzieci wojny bawiliśmy się także w „bitwy”, gdy jesienią zostały zebrane plony. Przedmiotami zabaw były wtedy kawałki grubych łodyg słoneczników wraz z ich korzeniami kojarzące się nam z niemieckimi „Handgranatami”. Rzucaliśmy wtedy do siebie tymi „handgranatami”jako dwie walczące strony.”Walki” te rozgrywały się w ogródkach przydomowych i sąsiadujących z nimi zagonkach, aż do czasu wyczerpywanie się tej „amunicji”.
     Do tego celu potrzebne były puszki po konserwach ze szczelnymi pokrywkami. W pokrywkach wykonywało się po jednej dziurce przez którą ulatniał się gaz. Do wnętrza każdej puszki wrzucało się kawałek karbidu poczym wlewało się troszkę wody. Z braku wody wystarczało napluć trochę śliny. Po przykryciu puszki przez dziurkę ulatniał się gaz, który po podpaleniu go zapałką, wybuchał w puszce czyniąc dość duży huk.
     Bezpośrednio po działaniach wojennych na Pradze w 1944 r, zakres zabaw znacznie się powiększył o efekty pirotechniczne. Robiliśmy różne eksperymenty z materiałami wybuchowym, których było wszędzie mnóstwo. Między innymi rozbrajaliśmy znajdowane naboje karabinowe. Zimą roku szkolnego 1944/45 drobnoziarnisty proch przynosiliśmy do szkoły, gdzie lekcje odbywały się w nieopalanym mieszkaniu. Siedzieliśmy oczywiście w paltach i podczas lekcji marzły nam ręce. Wtedy wysypywaliśmy sobie na pulpity ławek, do wgłębień na ołówki odrobiny tego prochu i przy zapalonym ogniu podgrzewaliśmy zgrabiałe z zimna dłonie przy milczącej akceptacji profesorów.. Co odważniejsi koledzy rozbrajali np. naboje artyleryjskie i z łusek wysypywali proch, który rozdawali kolegom. W niektórych nabojach był proch w postaci cienkich, długich rurek. Zapalenie kawałka takiej rurki i krótkie jej przydepnięcie powodowało silne wydzielanie się dymu. Podrzucony po tym w górę dymiący kawałek prochu zaczynał latać bezładnie wykonując w powietrzu różne ewolucje ku uciesze wykonawcy efektu i jego kolegów Choć wiedzieliśmy, że napędzała je siła odrzutu spalin to nie przypuszczaliśmy wtedy, że bawimy się swojego rodzaju rakietami. Oprócz wspomnianej amunicji, można było łatwo znaleźć także granaty. Niektórzy moi rówieśnicy bawili się wrzucaniem ich w jakieś ruiny których było przecież bardzo dużo. Niestety zabawy pirotechniczne powodowały kalectwa a nawet śmierci. Kilku moich kolegów i znajomych miało pourywane palce u rąk lub blizny po odłamkach i poparzeniach. Na Śliwicach np. pochowaliśmy z wielkim żalem, czteroletniego Tomka Włodarczyka, który zginął na polu,, od wybuchu niewypału rozbrajanego przez niewiele starszego kolegę, w miejscu dzisiejszego magazynu - parkingu samochodów FSO.
     Po zakończeniu działań wojennych, powrócił zwyczaj strzelanie na wiwat rankami Wielkich Niedziel wielkanocnych. Strzelaliśmy z gazu karbidowego. Do tego celu potrzebne były puszki po konserwach ze szczelnymi pokrywkami . W pokrywkach wykonywało się po jednej dziurce przez którą ulatniał się gaz. Do wnętrza każdej puszki wrzucało się kawałek karbidu poczym wlewało się troszkę wody. Z braku wody wystarczało napluć trochę śliny. Po przykryciu puszki przez dziurkę ulatniał się gaz który po podpaleniu go zapałką wybuchał wewnątrz puszki czyniąc głośny huk. Starsi śliwiczanie jak np. Janek Zawadzki, strzelali z kalichlorku lub eksplodując petardy i granaty. Wybuchy były nieraz tak silne, że powodowały pękanie szyb. Pamiętam, że przed Wielkanocą – bodajże w roku 1946, ks. Włodarczyk apelował by „kochani strzelcy nie strzelali zbyt mocno”. Oczywiście bawiliśmy się też materiałami wybuchowymi: najczęściej prochem z nabojów karabinowych. Np. do łusek wsypywaliśmy trochę prochu i podpalaliśmy go. Z łuski wydobywał się krótkotrwały lecz efektowny pióropusz ognia. Z gier „salonowych” można wyróżnić „Cymbergaja”, Była to gra monetami i uprawiana najczęściej w szkole w czasie przerw międzylekcyjnych. Gra polegała na potrącaniu np. jednogroszowej monety znacznie większą monetą gracza. Gracz uderzał swoją monetę tak, aby potrącona jednogroszówka wpadła do bramki przeciwnika. Potrącanie monet graczy dokonywaliśmy grzbietami kieszonkowych grzebieni (najlepsze były aluminiowe) lub kawałkami linijek itp. „Boiskami” były najczęściej blaty uczniowskich stołów w. Bramki były rysowane w środkach krótszych krawędzi tych stołów. Szerokość bramek wynosiła ok. od 8 do 10 cm.
     Inną zabawą było pryskanie wodą na wycieczkowiczów jadących odpoczywać na świeżym powietrzu. Przy Śliwicach, tor kolejki przebiegał trasą dzisiejszej ścieżki rowerowej. Wiosną i latem każdego roku, Zarząd kolejki uruchamiał w niedziele i święta dodatkowe wagony, którymi warszawiacy udawali się na wilegiaturę do Buchnika i Jabłonny. Dodatkowymi wagonami były przeważnie zwykłe węglarki. Czasem, gdy była piękna, słoneczna pogoda, w składzie pociągu znajdował się nawet specjalny wagon wycieczkowy z ławkami, ale bez dachu ławki zaś były zagrodzone łańcuchami między rzędami ławek. Zdarzało się, że gdy pogoda zbiegała się z „lanym poniedziałkiem”, to wycieczkowiczów oblewaliśmy strumykami wody z pompek. Sporządzaliśmy je - wraz z moim rówieśnikiem Jankiem - Olgierdem Giedrojciem w podręcznym małym warsztaciku jego ojca. Podaję Jego podwójne imię z tego powodu, że na co dzień był dla nas Jankiem, ale często podkreślał, że jego pierwszym imieniem jest litewski Olgierd i że ród jego wywodzi się od litewskich książąt.

Wojsko radzieckie na Śliwicach

     Pewnej nocy ( w marcu lub kwietniu 1945 r) wokół Kolonii pojawili się w wielkiej liczbie radzieccy żołnierze. Stanowili oni jakąś jednostkę wojskową – wracającą prawdopodobnie z frontu. Gdy obudziliśmy się rano, to Śliwice wyglądały jak wyspa oblana dokoła morzem wojskowych namiotów. W ciągu dnia niektórzy oficerowie zakwaterowali się w pojedynczych pokojach jakie udostępnili om śliwiczanie. Stan ten trwał kilka dni. W naszym mieszkaniu zakwaterowali się trzej oficerowie artylerii. Byłem wtedy świadkiem śmiesznego zdarzenia: przez uchylone drzwi ich pokoju zauważyłem kilku żołnierzy klęczących na podłodze w równym szeregu. Zdziwiony zatrzymałem się chwilę co to znaczy - będzie jakaś modlitwa? Ale po chwili spostrzegłem … golibrodę, który namydlał kolejne twarze, po czym – również metodą „produkcji seryjnej”, kolejno je golił. Ot, polowy zakład fryzjerski… Z tamtych czasów pamiętam, że w niektórych mieszkaniach (prawdopodobnie opuszczonych) kwaterowali radzieccy żołnierze. Urządzili oni przed domami małe „klombiki” z ułożonymi symbolami gwiazd ogrodzonymi cegłami. Wewnątrz tych ogródków były układane z ułamków cegieł bądź pięcioramienne gwiazdy bądź symboliczne młoty z sierpami.
     Dekoracje były malowane farbami w zestawieniach kolorystycznych znacznie odbiegających od stosowanych w Polsce. Dominowały w nich kolory czerwony (wiśniowy) oraz niebieskawozielony –morski.. Według naszych wrażeń kolory te mocno „się gryzły” ale były przecież zgodne poczuciem rosyjskiej estetyki.
     Wspominam zjawisko ponieważ pomogło mi zakończyć próbę świateł jaką prowadziłem w 1967 roku na scenie moskiewskiego Teatru Bolszoj. Kończyliśmy te próbę o północy i reżyser nie mógł zdecydować jak oświetlić olbrzymie panneau na horyzoncie scenicznym. Według scenariusza warszawskiego było ono oświetlane dwoma plamami z filtrem oranżowym. W pewnym momencie niewiasta obsługująca reflektory podłogowe pomyliła się i do jednego z reflektorów włożyła filtr zimnozielony. Miejscowy szef oświetlenia nakazał „pomieniaj” ja zaś przypomniałem sobie właśnie te ogródki i krzyknąłem „zostaw”. Reżyserowi bardzo się ten zmodyfikowany efekt spodobał – kazał go mieniaj” mieniaj” pozostawić i próba wreszcie się zakończyła.


Stan po działaniach wojennych

     Czas ten zaczął się częściowo w połowie września kiedy na Pragę wkroczyły wojska polskie i radzieckie. Nie było godziny policyjnej, ożyło harcerstwo oraz powstało szereg organizacji społecznej w których młodzież mogła się wykazywać uspołecznieniem nie licząc młodzieżowych organizacji politycznych których było kilka. Można było znowu słuchać radia przy czym w miejsce zabranych przez okupanta odbiorników były kupowane radioaparaty przywożone z Ziem Zachodnich. W krótkim czasie, fabryka w Dzierżoniowie wypuściła pierwszy powojenny odbiornik radiowy PIONIER U2 zwany pieszczotliwie „Pionierkiem”. Miło jest zaznaczyć, że konstruktorem jego był ówczesny mieszkaniec budynku przy ul. Gersona 20 pan prof.zwycz. Wilhelm Rodkiewicz - wykładowca w Szkole Wawelberga i Rotwanda oraz w Politechnice Warszawskiej.
     Po zakończeniu działań wojennych wokół Warszawy, życie codzienne zaczęło się toczyć trochę inaczej. Minęły zagrożenia okupacyjne. Nie było godziny policyjnej. Młodzież męska – nastolatkowie z ostatnich klas szkoły podstawowej (dawniej zwanej powszechną) gimnazjalnej, zorganizowała sobie, wspomniane wyżej, tymczasowe małe boisko przy końcu ulicy Witkiewicza - mniej więcej w miejscu w którym jest podwórko międzynarodowego liceum. Grywaliśmy tam w piłkę , nieraz do ciemnego wieczora przy światłach stacji kolejowej. Później zbudowaliśmy duże boisko na terenie zajętym obecnie na parking – magazyn FSO obok przystanku tramwajowego. Bramki, które miały wymiary zbliżone do bramek normalnych, wykonaliśmy z kształtowników wyszukanych w ruinach hal stacyjnych.


Szkolnictwo powojenne

     Po opuszczeniu Pragi przez Niemców, natychmiast przystąpiono do organizowania szkolnictwa. Nauka na Śliwicach ruszyła pomimo, że po drugiej stronie Wisły trwały jeszcze walki powstańcze i od czasu do czasu padały stamtąd niemieckie pociski armatnie Mieszkający na Śliwicach nauczyciele zorganizowali miejscową szkołę pod kierownictwem pani Cecylii Owocowej. Zajęcia odbywały się – podobnie jak w czasie okupacji tj. w mieszkaniach prywatnych lub nawet w suterenach śliwickich domów. W roku szkolnym 1944 / 45, lekcje odbywały się w suterenie budynku Gersona 30. W roku 1948 / 49 w budynku przy ul. Gersona 40. W roku 1949 zajęcia odbywały się w budynku przy ul. Witkiewicza 19 ( przypis: na Witkiewicza 19 nauka odbywała się już od roku 1946 ). Na początku lat pięćdziesiątych została wybudowana parterowa siedziba szkoły przy ul. Kotsisa. W zabudowaniach jej mieści się obecnie „Autoparts”.
     Gimnazja i licea praskie odzyskały swoje siedziby nie od razu. Np. w budynku przy ul. Odrowąża 75 – przedwojennej siedzibie V-ego Gimnazjum i Liceum płk. Lisa Kuli, mieszkali pogorzelcy z Bródna. Szkoła odzyskała swój lokal dopiero z początkiem roku szkolnego 1945/46. Opuszczone przez wspomnianych mieszkańców pomieszczenia były zabrudzone i zaśmiecone. W niektórych pomieszczeniach były ślady po kuchenkach, tzw. „kozach” od których dymy były wypuszczane rurami wystawionymi na zewnątrz przez okna. Czyszczenie tych pomieszczeń trwało kilka dni i było wykonane przez nas - uczniów. Zamiast z teczkami chodziliśmy do szkoły ze szczotkami i wiadrami. Wiosną 1949 r., szkoła nasza zmieniła patrona i do roku ?xxxx? nosiła imię Ludwika Waryńskiego. Powrót do dawnego patrona nastąpił dopiero w roku ..?. Wtedy też szkoła została przeniesiona do budynku przy ul. Oszmiańskiej na Targówku.