Henryk Podczaski

ŚLIWICE

świat mego dzieciństwa


       Wpisz w internetową wyszukiwarkę hasło „Śliwice” i po chwili wyrzuci ci ona na ekran monitora nieskończoną listę pozycji z tym słowem, ale próżno szukać tego znaczenia, które chciałeś znaleźć.
Śliwice - mój świat, prawie cały świat mego dzieciństwa. Kolonia kilkudziesięciu domków w Warszawie, owszem istnieje dalej, ale jakże inna, jakże obca tej, w której dane mi było się urodzić i mieszkać kilkadziesiąt
lat.
Śliwice 1952 r. Widok od strony Wisły
       Osiedle zduszone ze wszystkich stron halami i innymi obiektami FSO, dziś może wzbudzać w osobach przejeżdżających ulicą Jagiellońską jedynie uczucie współczucia dla jego mieszkańców. Jak tu, w tych gigantycznych kleszczach przemysłu można normalnie żyć, uczyć się, oddychać.
Przymykam więc oczy, cofam czas wracając do lat dzieciństwa i młodości, by zobaczyć obraz tych Śliwic, który pozostał tylko w mej pamięci... By znów ujrzeć to skupisko domków podobnych do wyspy na płaskim oceanie łąk falujących w podmuchach letniego wiatru.

       A tak miało być pięknie! Kolonia Śliwice, powstała w latach trzydziestych XX w., była przyczółkiem dużej dzielnicy mieszkaniowej, którą zamierzano rozbudowywać na południe do nasypu kolejowego na Golędzinowie i po Pelcowiznę na północ. Od wschodu granicę stanowiły tereny kolei, a od zachodu Wisła. Wspaniała perspektywa rozwoju, prawda?...
       Śliwice swą nazwę wzięły od pobliskiego fortu Śliwickiego, zbudowanego w 1835 roku we wsi Golędzinów i osłaniającego od praskiej strony Warszawską Cytadelę ( od 1921 roku fort Śliwickiego nosi imię Jasińskiego ).
       Nietutejszy może spytać: gdzie jest Pelcowizna? Niestety nie istnieje. Ocalałe z pożogi wojny resztki tego osiedla zostały unicestwione przez powstałą na jej terenie fabrykę samochodów. Dla wyjaśnienia - południowa granica Pelcowizny przebiegała mniej więcej około pół kilometra na południe od wiaduktu Trasy Toruńskiej.

       Wracajmy do tematu! Jednopiętrowe domki-bliźniaki Śliwic zbudowano wzdłuż dwóch równoległych ulic: Wojciecha Gersona, biegnącej bliżej Szosy Modlińskiej ( dziś Jagiellońskiej), zabudowanej domkami po obu stronach i ul. Stanisława Witkiewicza, zabudowanej jedynie po zachodniej stronie. W połowie długości ulic, prostopadle do nich, poprowadzono uliczkę-przejście zwane „przechodniakiem”, dzielącym kolonię na kwartały. Nie na wszystkich działkach budowlanych rozpoczęto przed wojną budowę, a niektóre domy były w różnych fazach realizacji.
Nadszedł rok 1939. Wybuchła wojna.

       Urodziłem się w 1941 roku na ul. Gersona 23 w mieszkaniu dziadków Łysakowskich, na piętrze w pokoju z balkonem. Nie wiem dlaczego tam. Mieszkanie moich rodziców było na parterze. Nieważne, już nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie.
Cofnijmy się w tamte dawne lata. Spoglądam na moje stare fotografie z lat wojny. Oczywiście nie mogę pamiętać i nie pamiętam ogrodu otoczonego wysokim drewnianym płotem, ani widoku naszego domu od strony ogrodu, ani pogawędki z ciotecznymi braćmi i siostrą na schodku ogrodowej ścieżki. Zabawy z kozą za płotem. Nie pamiętam tych obrazów z fotografii. Byłem zbyt mały.

       Ciekawe, ale pierwsze zdarzenie które jestem w stanie sobie odtworzyć i je widzę oczami wyobraźni, to wejście z mamą do kuchni, a w niej siedzących żołnierzy niemieckich. Było przeraźliwie słonecznie i oślepiająco jasno. Być może przyszliśmy z ciemnej piwnicy i skutkiem kontrastu oświetlenia odniosłem takie wrażenie. Jeden z Niemców wziął mnie na kolana i pamiętam doskonale, jak bawiłem się kulistym uchwytem zamka jego karabinu. Mama rozmawiała z żołnierzami, a ja oczywiście nic nie rozumiałem. Później schodząc ze mną po schodach była niezwykle zadowolona, gdyż dostała od żołnierzy konserwy. Dla brata Ryśka – niestety nie nadawały się, przecież miał dopiero kilka miesięcy. Kiedy to było? Nie wiem, ale przypuszczam, że w ostatnich dniach obecności wojsk niemieckich po praskiej stronie Warszawy. A więc koniec sierpnia - początek września 1944 roku...Tak sądzę.

Kolejne wspomnienie z tamtego okresu?
Ciepła noc. I w tę ciemną noc biegnę trzymając się mamusinej dłoni, a właściwie mama biegnąc ciągnie mnie za rękę. Wpadamy lub wskakujemy do jakichś dołów i mama zakrywa mnie sobą. Ma ciemną sukienkę w białe grochy; doskonale to widzę, bo na niebie wysoko świecą jaskrawym oślepiającym światłem koliste lampiony. Po latach opowiadali mi rodzice, że do tych długo palących się rac na spadochronach wyciągałem rączki chcąc je schwycić. Tak byłem nimi zachwycony. I tak było mi przyjemnie, ciepło i miękko przytulając się do mamy. Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy jakie było to straszne i przerażające przeżycie dla rodziców, uciekających przed bombardowaniem z dwojgiem maleńkich dzieci. Ojca ani Ryśka zupełnie nie pamiętam, choć też musieli być z nami. Takie nocne „spektakle” odbywały się kilkakrotnie i chyba dlatego wryły mi się dobrze w pamięć. Były to pierwsze dni września 1944 roku. Rosjanie wkraczali do Pragi i przed bombardowaniem stanowisk niemieckich oświetlali pole działania racami na spadochronach.

Co jeszcze z czasów wojny?
       Piwnica! Całą zimę z 1944 na 45-ty rok mieszkaliśmy w piwnicznej pralni. Było to jedyne pomieszczenie z posadzką betonową, w pozostałych była polepa. A w naszym „mieszkaniu” był komfort: kuchnia węglowa, zlew z kranami ( pytanie: czy była woda? - chyba nie ) i dość duże okno. Tyle, że ze względu na zimę, a zwłaszcza izolację akustyczną chroniącą przed hukiem wybuchów i wystrzałów, ojciec całkowicie zasypał je warstwą słomy i ziemią. Oświetlenie zapewniała karbidówka - wspaniały wynalazek wojenny, zastępujący z braku elektryczności i nafty żarówkę lub lampę naftową. Karbidówka była prostym urządzeniem. Składała się z dwu zbiorników: górnego - na wodę i dolnego - na karbid oraz rurki z pal-nikiem. Podczas działania, z palnika wydobywał się jaskrawo biały, jasno świecący płomień. U nas przeważnie stała na parapecie okienka, rozpraszając ciemność całkowitą do ciemności niezupełnej, to znaczy do półmroku. Na posadzce - dywany; chyba ze względu na chłód i wilgoć bijącą od betonu. W niewielkim pomieszczeniu musiały się jeszcze znaleźć „spania” dla osób tu mieszkających. A więc: pod oknem tapczan – miejsce spania mamy i moje, prostopadle do niego pod ścianą wąskie spanie dla babci, wiklinowa kołyska Rysia. Dla ojca stałe spanie już się nie mieściło. Na noc poszerzał tapczan szeroką długą dechą. Dziś ją jeszcze mam przed oczyma - w dzień stała oparta o ścianę, w szarym kolorze, zaokrąglona z jednego końca.
Co jeszcze było?! Ciepło. Naprawdę bardzo ciepło. Chyba dzięki ciągle płonącemu ogniowi pod fajerkami kuchenki węglowej. Jakże przyjemnie huczały płomienie. Była też i choinka na Święta Bożego Narodzenia. Stała koło wejściowych drzwi. Gwiazdki na nią robiliśmy z tatą przeplatając długie papierowe paski. Pamiętam doskonale, jak przeszkadzałem mu w tej czynności, siedząc na kolanach, a obok w palenisku kuchni trzaskał ogień. Było tak ciepło...
Byliśmy wtedy jedynymi mieszkańcami naszego rodzinnego domu. Rodziny wujków i cioć przed wybuchem Powstania opuściły Śliwice i przez Choszczówkę wędrowały do krewnych na wieś pod Rawę Mazowiecką. Notabene, sam pomysł wybrania trasy przez Choszczówkę okazał się niezbyt szczęśliwy. Zaleźli się bowiem bezpośrednio w strefie frontowych walk i chyba tylko cudem nikomu nic się nie stało. Wujek Henio Łysakowski walczył w Powstaniu, a po jego upadku nawet nie wiem, gdzie się podziewał. Ale w tamtym czasie nie zdawałem sobie sprawy, że jest jakaś rodzina poza tą z piwnicy.
       Koniec wojny. Zupełnie, ale to zupełnie nie wiem co się działo i jak świętowano to wydarzenie na Śliwicach. Można by rzec za Maxem z filmu „Sexmisja”: „Ciemność! Widzę ciemność!”

No, czas wyjść na ulicę!
Ulica Gersona! Moja, a właściwie nasza ulica. Zawsze było na niej mnóstwo dzieciaków. Wybrukowana kocimi łbami, mocno wyprofilowana z wyraźnymi rynsztokami, nie skanalizowana i nie oświetlona latarniami. A naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, na niezabudowanym placu, tuż obok domu nr 24, stał ....c z o ł g. Najprawdziwszy wypalony czołg. Oblepiony prawie zawsze chłopakami w różnym wieku, włażącymi gdzie się dało, kręcącymi czym się dało. Ależ to była frajda.
Z czasem ubożał on coraz bardziej – znikły najpierw gąsienice, później wszelakie ruchome klapy, łożyska, aż z czasem został sam kadłub. W końcu wywieziono i te stalowe resztki potężnej broni, by zrobić miejsce pod budkę z warzywami pani Adamczykowej, mieszkającej na parterze pod 24-tym.

       Skoro jesteśmy przy handlu, należy wymienić aż dwa najprawdziwsze sklepy na naszej ulicy. Pierwszy to „Sobieszek” mieszczący się w garażu przy domu nr 31 (obecnie własność mojego kolegi Janusza Kiwerskiego). A w nim same delikatesy: lizaki, szklane pastorały wypełnione kulistymi cukierkami, landrynki i cukierki-malinki w szklanych słojach, ciągnące się miodem makagigi. Jednym słowem same pyszności. Poza tym normalnie - mąka, cukier, pieczywo, jakieś wędliny.
Drugi sklep to „Zowczak”. Pod 12-tką. Był to większy sklep od Sobieszkowego, bardziej elegancki. Wchodziło się do niego po schodkach na wysoki parter. Tu głównie kupowało się marmoladę, która po pokrojeniu w kostkę i obtoczeniu cukrem udawała marmoladki. Tu wymieniało się syfony z wodą i kupowało różne mniej ważne artykuły jak mydło, proszki do prania itp. Piekarni na Śliwicach w tym czasie nie było. Kilka lat później została otwarta przez pana Borowskiego na ul.Witkiewicza pod 5-tym. Po świeże pieczywo albo jakieś piekarnicze specjały w rodzaju chałki, rogali z makiem itp. szło się na Pelcowiznę do piekarni Polańskiego na ul. Warmińskiej. Była to firma jeszcze przedwojenna i mama czasem wybierała się tam z nami pieszo po zakupy. Chyba tylko z sentymentu, gdyż urodziła się w tym osiedlu i tam mieszkała wiele lat na ul. Kartuskiej. Dla mnie taka „wyprawa” była jak podróż Kolumba do Ameryki - w inny świat.

       Wróćmy na Gersona. Tak jak wspomniałem była pełna dzieciaków i dorosłych, natomiast na całej jej kilkusetmetrowej długości żadnego samochodu. Raj na ziemi. Ulica była nasza. Rzadko ten stan zakłócała jakaś furmanka, która chyba przypadkiem tu zabłądziła.
Zakłócała?! - źle to wyraziłem. To była jedna z atrakcji. Jaką frajdą i sztuką było uczepić się, podwiesić u dyszla jadącego wozu i przejechać kilkadziesiąt metrów nie zostawszy ugodzonym batem przez furmana. Nie woźnicę, a furmana - tak się wtedy mówiło.

       Ponieważ ulicę wytyczono w linii prostej, widać było jej początek i koniec. Udajmy się więc na jej południowy kraniec, kraniec mego dziecinnego świata. Ciekawa sprawa! Z tej perspektywy pamiętam jedynie tylko to, co było blisko. Co było hen na horyzoncie - nie . Może dlatego, że było się maleńkim i wzrok nie sięgał zbyt daleko. Być może.

       Tak więc jesteśmy na początku Gersona. Tuż tuż, po drugiej stronie poprzecznej uliczki ( obecnie ul Kotsisa ), wznosiła się „górka”. Tak nazywaliśmy sztucznie usypaną górę ziemi, wysokości około 6-ciu metrów, porośniętą trawą z prześwitującymi gdzieniegdzie plamami piachu. Kto ją usypał, kiedy i po co - Bóg raczy wiedzieć. Ale chwała temu kto to zrobił. W najbliższym sąsiedztwie była to największa atrakcja, zimą - wiadomo zjazd sankami na „śledzia”. Z upływem czasu, w miarę „zużycia”, poorana coraz większymi rynnami piachu stawała się coraz niższa i mniej okazała. Kiedy ją zrównano? – nie potrafię odpowiedzieć. Z czasem i z dorastaniem odkrywaliśmy inne ciekawsze obiekty.
      Ale spójrzmy na łąkę rozciągającą się za naszą „górką”. Jedyna chyba taka łąka na świecie. Jak ją pamiętam? Poorana była niesamowicie dołami, lejami, okopami ciągnącymi się zygzakami. Fantazja! I na dodatek był to nasz arsenał. Tam się chodziło i zbierało najwięcej „czubków” dla naszego uzbrojenia.
       Ha! Nie znający się na tym zdziwi się co to za dziwo.
- Wyjaśniam: każdy szanujący się wojownik bezwzględnie musiał posiadać łuk i strzały. A strzały uzbrajało się właśnie w „czubki”, czyli pospolicie mówiąc w pociski karabinowe po wytopieniu z nich ołowiu. Nasadzone na cienkie patyki znakomicie stabilizowały lot strzał.
Tu muszę wtrącić dygresję, by nie wracać do owych „czubków”. Mając około 10-ciu lat znalazłem kiedyś taki pocisk, ale nieco większy niż normalnie. Nie chciało mi się zapalać ogniska, by wytopić z niego ołów. Pobiegłem w towarzystwie ciotecznego brata Tadzia Kowalczyka do pralni, by tam załatwić problem. W owym czasie, jego ojciec w pralni próbował rozkręcić interes – warsztat ślusarski i zamontował tam stół z imadłami. Uchwyciłem w imadło znaleziony pocisk, podpiłowałem go nieco z tyłu. Przekręciłem o 180o i próbowałem młotem wybić ołów. Fachowiec! Prawda?! Kiedy nastąpił wybuch nie wiem. Przytomność odzyskałem w skrzynce z rzodkiewkami, która stała opodal. Nic nie widziałem, a w uszach tylko przeraźliwy świst i daleki krzyk Tadzika:
             - Zabiło Heniusia! -Zabiło Heniusia!
Na szczęście nie zabiło, ale nauczyło nieco większej ostrożności.

       No, wracajmy na łąkę! Na niej odbywały się „wojny” między nami śliwiczanami i chłopakami z Golędzinowa. Golędzinów to sąsiednia dzielnica, leżąca na południu od Śliwic przed nasypem kolejowym. Naprzeciw Cytadeli. Na jakiej zasadzie następowało wypowiedzenie wojny nie potrafię określić. Natomiast wiadomo było, że odbędzie się ona tego dnia, o tej to i o tej godzinie. No i zaczynały się przygotowania. Przede wszystkim uzbrojenie: łuki, szmajdy i tarcze. Ba! Co to jest szmajda?- zapyta lamus ( tak nazywano mamisynka ). Szmajda czyli machajka, jak niektórzy mówili nieprawidłowo, była to wyjątkowo niebezpieczna broń. Służyła ona do wyrzucania z nieprawdopodobna szybkością i nieprawdopodobnym rozrzutem kamień, nawet o dość dużej masie. Trafiając takim pociskiem można było zrobić bardzo, ale to bardzo dużą krzywdę. Ale jak wojna to wojna. Wracając do machajki, wspomniałem że to nieprawidłowa nazwa szmajdy (rzymskiej procy). Nieskromnie jako wnuk kolejarza muszę wyjaśnić, że machajka to najzwyklejsza ręczna kolejowa drezyna, też odchodząca w zapomnienie.
       Specjalistą od robienia szmajd był Józik, nie pomnę nazwiska. Mieszkał na ulicy Gersona nr 6, na piętrze. Kilka lat starszy ode mnie, był oczywiście wielkim autorytetem w tej materii. Wieczorami siedziała w jego mieszkaniu grupka wojowników i czyniła przygotowania. Nadchodził dzień wojny. Nadciągały wojska obu wrogich stron na łąkę leżącą między Śliwicami i Golędzinowem. Świstały kamienie, leciały strzały. Nie znajduję logicznego wytłumaczenia dlaczego nigdy nikt nie odniósł żadnych obrażeń. Widocznie tak chciał dobry Bóg. Oczywiście nie było przegranego. Każda strona uważała, że odniosła zwycięstwo. Sędziego nie było.

Co jeszcze o tej łące? Tak jak wspominałem – naszpikowana była mnóstwem pocisków i niewypałów ( tak powszechnie nazywano niewybuchy ) od dział wszelkiego kalibru, armat, od moździerzy i służyła jako źródło pozyskiwania cennego prochu i innych niezbędnych dla nas materiałów.

       Ale najważniejsze pozostawiłem na koniec. Na tej łące, sto - może sto pięćdziesiąt metrów od Śliwic, naprzeciwko „Czarnego Parkanu” (wrócę dalej do tej zagadkowej nazwy) był grób. Otóż w czasie Powstania Warszawskiego został zestrzelony samolot dokonujący zrzutów dla powstańców. Jak mówili świadkowie, samolot trafiony pociskiem przez Niemców, ciągnący za sobą smugę dymu leciał coraz niżej nad Wisłą, zatoczył łuk i prawdopodobnie próbował wylądować na tej łące. Niestety leciał już tak nisko, że zaczepił o kominy ostatniego domu, domu państwa Suprunów i koszącym lotem zwalił się w płomieniach na ziemię. Cała załoga zginęła. Ojciec mój z kilkoma znajomymi pochował ciała lotników, przyozdabiając mogiłę olbrzymim śmigłem. Grób ten istniał kilka lat, aż do uroczystej ekshumacji, oczywiście w asyście trzymających palce w buzi gapiących się chłopaków ze Śliwic, a wydobyte szczątki przewieziono do Krakowa na Cmentarz Rakowicki, gdzie złożono je w grobowcu alianckich lotników poległych w walkach o wolność Polski.
W pobliżu, na rogu ulic Modlińskiej i Pożarowej ustawiony został pamiątkowy głaz z napisem:

W TYM MIEJSCU W DNIU 15 SIERPNIA 1944 R., NIOSĄC POMOC POWSTAŃCZEJ WARSZAWIE, ZGINĘŁA ZAŁOGA LIBERATORA 871
31 DYWIZJONU BOMBOWEGO POŁUDNIOWO-AFRYKAŃSKICH SIŁ POWIETRZNYCH.”


Ponieważ zaszliśmy w okolicę ulicy Pożarowej, zajrzyjmy na Golędzinów. To co pozostało po wojnie z tej wrogo nam się kojarzącej nazwy, to jedynie kilka niskich domków, baraczków i bud, które trudno uznać za mieszkania, rozrzuconych bez składu i ładu na polu rozciągającym się między Modlińską i wałem wiślanym, od „Czarnego Parkanu” po nasyp kolejowy mostu przez Wisłę. Trochę krzaków, no i fundamenty z odkrytymi przez bombardowanie piwnicami. To tu z rzadka robiliśmy wypad po kolorowe tekturki, barwne papierowe paski i tym podobne bardzo nam potrzebne materiały. Sądzę, że przed wojną była tam jakaś drukarnia i stąd całe niewyczerpane stosy tych drogocennych dla nas rzeczy. Wszędzie pod butami nieprzyjemnie chrzęściły odłamki szkła, pokrywające grubą warstwą całe ruiny.

No czas wracać. Obok „Czarnego Parkanu”!. Brrr... Już na samą myśl ciarki przechodzą mi po ciele. Zawsze jako dziecko miałem niemiłe skojarzenia z tą nazwą. Dlaczego? Gdy byłem maleńki, ale już z kolegami odkrywaliśmy rubieże naszego dziecinnego świata, rodzice ostrzegali mnie bym omijał „Czarny Parkan”. Bo tam jest niebezpiecznie. Grasują bandyci. Są napady – tak niosła fama, tak nam mówiono. Być może tak było. Ale dopiero po latach dowiedziałem się, że to jedna strona medalu. Otóż sławę Golędzinów, osada znana przed wiekami głównie z garbarstwa, a później już w XIX wieku „Czarny Parkan” - zdobył z całkiem innego powodu. Na całej Pradze zasłynęła ta okolica z usług pań najstarszego zawodu świata, pochodzących z biedoty miejskiej i dołów społecznych Warszawy. Rozwojowi tego procederu sprzyjało sąsiedztwo traktu Modlińskiego; właśnie tędy prowadził szlak handlowy z północny do stolicy. A więc i chętnych do korzystania z uciech nie brakowało. W takim światku kręciło się też po okolicy wiele różnej maści mętów i rzezimieszków. Dopiero wojna starła całkowicie tę niezbyt chwalebną działalność, choć bezpośrednio po niej zdarzały się w jeszcze napady właśnie w pobliżu „Czarnego Parkanu”.

       Był to duży teren za ulicą Modlińską, leżący naprzeciw wylotu ul. Pożarowej, ze stacją pomp „Wodociągów i Kanalizacji” i dużymi basenami odstojników na ścieki. Od strony północnej, a więc najbliżej Śliwic rosły liczne grochodrzewy pospolicie zwane akacjami, zarośla bzu i pokrzywy porastające fundamenty zburzonego budynku. Cały ten teren był ogrodzony od frontu tj. od Modlińskiej wysoką solidną siatką na podmurówce, natomiast od strony Golędzinowa i Wisły bardzo wysokim płotem zrobionym z pionowo przybitych smołowanych desek. Stąd nazwa: „Czarny Parkan”. Od strony Śliwic siatka ogrodzeniowa była bardzo zniszczona, pogięta, porwana. Bez przeszkód można było buszować po gęstych chaszczach przyległych do terenu przepompowni.

Będąc już tu, skierujmy się w stronę Wisły.
       Ha!!! „Czarny Parkan” kończył się kilkumetrową skarpą. Tutaj wzdłuż wysokiego wału przeciwpowodziowego oddalonego od nas o około sto metrów ciągnął się „kanion” od nasypu kolejowego na Golędzinowie, aż hen po daleką Pelcowiznę. Ten „kanion” z prawie płaskim dnem powstał na skutek wybierania stąd materiału na około dziesięciometrowej wysokości wał. Dno tego naszego „kanionu” pokryte było soczystą zielenią traw z kępami sitowia. Nic dziwnego, poziom terenu niewiele przewyższał poziom Wisły i piaszczysta gleba mocno była nasączona wilgocią.
Ciekawe, ale tu poniżej „Czarnego Parkanu” i tylko tu ziemia była gliniasta, ciężka i nie tak jałowa, jak na wysokości Śliwic i dalej. Dlatego całe Śliwice w czasie okupacji i bezpośrednio po niej tu „działkowały”. Mieliśmy działkę i my - rodzina Podczasko-Łysakowsko-Kowalczykowska. Stąd w latach czterdziestych szło zaopatrzenie domowe w warzywa, porzeczki, maliny...
       Przeskoczmy czasowo do jesieni! Wtedy wielokroć ciągnęło się i pchało z mamą, ciocią, babcią, drewniany wózek zrobiony przez zmyślnego tatę, wypełniony po brzegi głowami kapusty. I zwoziło je pół dnia do piwnicy, a właściwie piwnicznej pralni. Wieczorem zaś nadchodził czas szatkowania. Schodziła rodzina, ustawiano potężną szatkownicę z wielką korbą, na posadzce czyste prześcieradło i kto chętny do kręcenia? Z początku chętnych było wielu, nadających się chłopców, aż czterech. Ale ponieważ praca była ciężka, szybko korbę przejmowali dorośli i oni kończyli dzieło pakując „towar” do beczek, przesypując solą, koprem, marchwią. Nie deptało się kapusty w beczce, jak było to kiedyś w zwyczaju, ale ubijało potężną drewnianą maczugą, aż puściła sok. Drewniane denko, ciężki kamień i gotowe. Koniec roboty i atrakcji.

       Czas wrócić w okolice „Czarnego Parkanu”. Po co? By rozjaśnić co nieco mroczną atmosferę tych zarośli i krzaków.
Cyganie! Jadą Cyganie!!! - Przekazywał tę sensacyjną wieść kilkuletni koleś kolesiowi. Biegło się więc na pobliską łąkę przy szosie Modlińskiej i patrzyło. Oczywiście nie podchodziło się zbyt blisko, bo przecież wiadomo - Cyganie porywają małe dzieci. Ale ciekawskich z palcem w buzi, zapatrzonych w powoli przejeżdżający tabor cygański nie brakowało. Jakże to był kolorowy świat. Czerwień, fiolet, jaskrawo żółte i niebieskie firanki. Turkot kół zielonych wozów po kocich łbach szosy w akompaniamencie stukotu podków koni nadciągających od strony Pelcowizny. Fantazja! I przesuwał się ten zdawało się nierealny świat przed oczami gapiących się, by skręcić po minięciu Śliwic w wyrwę wału i zniknąć w zaroślach „Czarnego Parkanu”. Tam właśnie przez wiele lat rozbijano corocznie obozowiska.
A propos wspomnianego wału.
             - „O jakim wale? - mówisz stary wale” – spyta grzecznie młody śliwiczanin.
Cierpliwości, wyjaśnię troszkę później!
Chodziliśmy do Cyganów przeważnie przed wieczorem i przeważnie z rodzicami... Popatrzeć. A było na co. Ogniska, cynowanie naczyń, cygańskie śpiewanie, tańce. Mój Boże, żal że nie ma już tego świata. Nawet żal, że nie miało się wtedy kamery, by to uwiecznić....
Jak długo obozowali? Tydzień, może dwa. I potem nagle znikali. Odjeżdżali chyba nocą. Nigdy nie widziałem ich zwijających obóz.

       No dobrze! Wracajmy na naszą „górkę” u wylotu Gersona. Najwyższy czas by opisać okolice Śliwic, oczywiście poza stroną golędzinowską, którą przed chwilą opuściliśmy. Najlepiej zrobić to chyba z dachu naszego domu, stamtąd będzie doskonały widok!
Korzystając z nadarzającej się okazji idąc tam, spróbujmy poznać niektórych mieszkańców mijanych domów. Aby nie iść na pusto weźmy „popychaczkę”, fajerkę i pobiegajmy sobie jak wszyscy rówieśnicy. Była to jedna z wielu powojennych zabaw dziecięcych na naszej ulicy. Każdy chłopak kombinował sobie jakieś kółko i „popychaczkę”. Kółka mieliśmy wszelakiej „maści”- od fajerek kuchennych, które się „skręciło” po cichu z domu, po ekskluzywne obręcze kół rowerowych. „Popychaczki” każdy chłopak potrafił sobie oczywiście wygiąć z drutu jak należy. Ja też, tyle że jako mańkut czyli leworęczny, musiałem robić lustrzane odbicia „zwykłych”. Biegało się godzinami za kółkami robiąc slalom, ósemki i co się dało.

Popatrzmy gdzie jesteśmy!
Gersona nr 3. To wspominany wcześniej dom państwa Suprunów. Ela Suprun to moja koleżanka z klasy. Bardzo dobra uczennica, postawna dziewczyna, chyba była najwyższa w klasie. Jej starszy brat Stefan, który chodził do jednej klasy z moim ciotecznym bratem Jurkiem, zginął tragicznie pod tramwajem w latach pięćdziesiątych w drodze ze szkoły na ul. Odrowąża. Wielka tragedia...

Na parterze tego domu mieszkała pani Roma z siostrą. Pani Roma była koleżanką mamy z Pelcowizny jeszcze z dziecięcych i młodych lat. Jej siostra, inwalidka wojenna bez nóg poruszająca się balansem ciała na taboreciku, zawsze wprawiała mnie w zdumienie swoją sprawnością przemieszczania się. Po jej śmierci pani Roma wyszła za mąż za pana Harasymowicza, który bez charakteryzacji z powodzeniem mógłby grać Cyrano de Bergerac’a. Miał nos co się zowie.

Pod 6-ką, u Józika już byliśmy więc idźmy dalej. Gersona nr 10. Tu na piętrze mieszkały dwie nauczycielki naszej Szkoły Podstawowej panie Chlewickie: Maria i Władysława. Ta druga, znana jako pani Włada, była moją wychowawczynią. Na parterze mieszkała Magda Kałuska, młodsza koleżanka, ładna dziewczynka, sympatia z młodych lat mego ciotecznego brata Zbyszka. Chodziła tak jak i ja do „Władka” ( Liceum im. Władysława IV ), wyszła za mąż za swego kolegę z równoległej klasy, wyemigrowała do Kanady. Mamy z sobą kontakt internetowy i czasem ślemy do siebie e-maile.

Gersona nr 11. Tu chyba mieszkała moja nauczycielka historii pani Dąbrowska ze swoją siostrą. Dziwnie wyglądała ta nauka historii na prowadzonych przez nią lekcjach. Aby dorobić trochę do skąpej nauczycielskiej pensji, zajmowała się rannym roznoszeniem mleka po domach. Na zajęcia przychodziła wiecznie niewyspana. Co lekcję wysyłała któregoś z uczniów do sklepu:
             - „Kajtek, skocz do sklepu, kup mi papierosy i bułkę!”
Delikwent przynosił zakupy, nauczycielka kazała otworzyć na wskazanej stronie książki od historii i dawała polecenie:
            - „Przeczytajcie cały rozdział!”
Sama zapalała papierosa w szklanej, brązowej od nikotyny fifce, siadała w krześle i ....zasypiała. Nic dziwnego, od trzeciej – czwartej rano była na nogach. Wiara dokazywała ile wlezie. Pewnego razu, kolega Adam Jankiewicz z Pelcowizny zauważył nitkę wystającą spod jej spódnicy. Zaczął ciągnąć i nawinął spory kłębek włóczki. Podejrzewam, że reformy nauczycielki stały się nieco krótsze. Pani Dąbrowska spała cały czas snem sprawiedliwego.

Gersona nr 12. To tu mieścił się wspomniany wcześniej sklep Zowczaka. I w tym domu mieszkała moja przyszła sympatia z lat ...nastu, Hanka. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem.

Gersona nr 13. Na górze, tzn. na piętrze - państwo Gradowscy, kolejarska rodzina „wyposażona” w trzech synów.
Wydaje mi się, że wielu mieszkańców Śliwic pracowało i związanych było zawodowo z koleją. Często widywało się mundury kolejarskie na ulicach kolonii, a przecież było też wielu urzędników kolejowych nie umundurowanych. Kim byli pozostali mieszkańcy? Chyba większość to urzędnicy, dużo nauczycieli, trochę rzemieślników. Wojskowych bardzo mało albo wcale. Jak szeptała plotka był i przedwojenny policjant, a także obecny milicjant. Mieszkał ponoć i były lokaj, służący w pałacu hrabiostwa Potockich w Jabłonnie. Powszechnie znany na Śliwicach pan X, wysoki, dostojny i noszący się jak sam hrabia, faktycznie wyglądał na kamerdynera. Jego posesja, jak forteca strzeżona szczelnym płotem, nie była odwiedzana przez obcych. (Dziwne albo i nie.) W każdym razie była źródłem różnych plotek.
Zboczyłem z zasadniczej ścieżki. Czas na nią wrócić.

Jesteśmy pod 13-tką na parterze. Państwo Szpocińscy.
W latach czterdziestych, ich starszego syna Andrzejka często widywałem bawiącego się na podwórku domu stojącego w sąsiedztwie mojego domu rodzinnego, u państwa Sobocińskich. Bawił się przeważnie w towarzystwie dziewcząt: Stefki, Maryśki i innych, których nie potrafię wymienić. Nie pamiętam, by uczestniczył w naszych „męskich” zabawach. Dlatego mówiło się o nim „babski król”. Gdy minęło kilka lat okazało się, że znalazł się w naszej „paczce”. Jak to bywa w wieku chłopaków dwunasto – trzynastoletnich chodziliśmy z nim po ulicy trzymając się za barki. A to oczywiście oznaczało, że jesteśmy dobrymi kumplami i kolegami. Przyjaźń zawiązana w tamtych dziecinnych latach pozostała do dziś. Po upływie ponad pół wieku nadal jest jednym z niewielu przyjaciół z dawnych szczenięcych śliwickich lat. Otwarta głowa humanisty pozwoliła mu zdobyć tytuł profesora socjologii, jest wykładowcą na kilku warszawskich uczelniach i cenionym naukowcem. Miał ogólnie lubianą mamę. Pani Halina bardzo przypominała mi moją. Zapracowana i zatroskana o swoją rodzinę, potrafiła zawsze być miłą, ciepłą panią Szpocińską, ze świętą cierpliwością znoszącą najazd na jej mieszkanie hord urwipołciów, a później rozhukanych młodzieniaszków.

Gersona 15. To dom moich dalekich kuzynów. Na piętrze Warząchowscy z ciotką Szczucką „na czele”, a na parterze znacznie ciekawiej - Giedrojciowie. Na ścianie w pokoju wuja Waleriana, inżyniera chemika, fascynująco połyskiwała wisząca autentyczna szabla. Ba, jego syn posiadał najprawdziwszy karabinek sportowy. Czasem z zazdrością my kilkuletni wojownicy, obserwowaliśmy zza płotu, jak kilkunastoletni Janek Giedrojć oddawał strzały z końca ogrodu do tarczy powieszonej na ścianie domu. Pod koniec lat czterdziestych przestał nieść się odgłos suchych strzałów z Jankowego karabinka, gdyż jego właściciel już doskonalił swoje strzelnicze umiejętności gdzie indziej - nie ominął go pobór do wojska. Jaki był dalszy los, tak pożądanego przez nas maluchów „sztucera”, nie mam pojęcia.

Gersona 19. Tu mieszkał klan Orlińskich z Bogdanem, moim kolegą szkolnym od klasy pierwszej, aż do maturalnej. Bywałem w jego mieszkaniu na piętrze wielokroć i zawsze stając przed wielkim olejnym obrazem wiszącym na ścianie w złotej ozdobnej ramie, doznawałem uczucia zawodu. Głowa rodziny pan Romuald, posiadający uzdolnienia plastyczne, był autorem tego dzieła. Niedokończonego dzieła. Przedstawiało ono las, a właściwie pół lasu – lewa połowa obrazu była dokończona, prawa - jeszcze niezupełnie. Niebo nad lasem zdawało się płonąć czerwienią podkładowej farby. Stąd moje uczucie zawodu, że nie przybrało jeszcze barw właściwych. I chyba tak pozostało, gdyż ojciec Bogdana zmarł nagle nie dokończywszy swego lasu. W suterenie domu Orlińskich mieszkała moja szkolna koleżanka Alka Zych z rodzicami. Nie wspominałbym może o tej skromnej rodzinie, gdyby nie oryginalna forma, w jakiej zwracała się pani Zychowa do mojej mamy:
       - „Pani Podczaskowa!” – wołała.
I słusznie, jeżeli jest Zychowa to jakże może być inaczej niż „Podczaskowa”.

Gersona nr 20. Na piętrze mieszkali państwo Rudkiewiczowie, a może Rodkiewiczowie, z córeczką Hanką. Byli naszymi dobrymi znajomymi, zwłaszcza wujka Heńka Łysakowskiego, z którym pogrywali w brydża i bywali u siebie. Hanka chodziła ze mną do jednej klasy. Teraz powiedziałoby się o niej, że była bardzo puszysta. Ładna, miła, ale puszysta. W trzeciej albo czwartej klasie jedna z koleżanek doniosła mi, że Hanka chce ze mną „chodzić”. Ja nie chciałem, miałem inne znacznie ważniejsze obowiązki - wojny, podchody itp. Około 1950 roku po śmierci pani Rodkiewicz, Hanka z ojcem wyprowadziła się ze Śliwic.

Gersona nr 21. Sobocińscy. Dom stojący obok naszego za „przechodniakiem”. Bezpośrednio po wojnie nasz ogród odgrodzony był od owego „przechodniaka” i od strony wychodzącej na Modlińską wysoką siatką o dużych oczkach. Połatana drutem, pogięta, miała nieszczególny wygląd, ale umożliwiała obserwację „terenu” i widziałem doskonale z naszego tarasu co też dzieje się u sąsiadów, a działo się wiele. Na podwórku ciągle uchylona pokrywa szamba ( osiedle nie miało kanalizacji miejskiej) stwarzała nie lada zagrożenie. I stało się! Mała, może dwuletnia Stefa Sobocińska, pchając przed sobą wózeczek z lalkami, nie zauważyła niebezpieczeństwa i wjechała prosto w niezbyt ładnie pachnące czeluście szamba. Szczęściem ktoś dorosły był w pobliżu i uratował małą sąsiadkę. Odtąd pokrywa starannie zakrywała niebezpieczny otwór.
To bardzo dobrze, gdyż obok mieliśmy punkt zborny! Trzepak – wspaniała metalowa konstrukcja, której głównym przeznaczeniem wcale nie było odkurzanie dywanów. Zmontowany na stalowych słupkach chyba z ramy starego łóżka, stojący tuż-tuż przy „przechodniaku”, służył nam za miejsce spotkań towarzyskich i oczywiście do gimnastycznych popisów, np. powszechnie znanych fikołków na dolnej lub górnej rurze, czy bicia rekordu świata w zwisie głową w dół na czas, z zaczepionymi jedynie palcami stóp o górną rurę. Wyniki przeważnie zostawały oprotestowane przez „urywającego się” zawodnika, gdyż jego zdaniem sędziowie „odliczali” czas zbyt wolno. W każdym razie ogólnodostępny „sobociński” trzepak (podwórze początkowo nie było ogrodzone ) i pobliski czołg zawsze posiadał pełną „załogę”.
Później, tuż obok na wyciągnięcie ręki, pojawił się cud techniki motoryzacyjnej – chyba jedyny samochód na Śliwicach – Fiat 508, a może Opel; nie jestem tego pewien. Pan Sobociński był taksówkarzem. Jego czarne błyszczące auto z kołem zapasowym z tyłu, odchylającymi się kierunkowskazami wzbudzało powszechny zachwyt. Właściciel tego cuda z trudem przepędzał bosych umorusanych znawców techniki, próbujących przynajmniej dotknąć błotnika. W końcu dla świętego spokoju postawił płot, bramę i teraz spokojnie mógł godzinami leżeć pod samochodem, usuwając bez końca występujące usterki.
Na parterze domu Sobocińskich mieszkała Iza Plechinger, koleżanka z klasy. Miałem możliwość często widzieć się z Izą po lekcjach, bo jej taras był tuż tuż obok naszego i przebywając na nich pokrzykiwaliśmy do siebie. Podkochiwałem się w niej po cichu przez kilka lat, zresztą tak jak męska połowa naszej klasy. Po skończeniu podstawówki wyprowadziła się ze Śliwic w siną dal. Została żoną znanego dziennikarza Jerzego Ambroziewicza.

Gersona nr 22.
Doszliśmy do naszego centrum zabaw i „zbijania bąków” w pierwszych powojennych latach - do „budowli”. „Budowla”, „idę na budowlę”, „byłem na budowli” – tak mówiliśmy o budynku przy Gersona 22. Wojna przerwała w stanie surowym wznoszenie tego domu. Nie otynkowany, bez okien i schodów na piętro, bez stropu na poziomie parteru, a jedynie szyny ułożone co niecały metr z czeluścią piwnic w dole, stwarzały olbrzymie możliwości zabaw, skoków, wyścigów i innych atrakcji. Cud boski, że poza lekkimi potłuczeniami nikomu nic poważnego się nie stało. Gdy już opadło się z sił po kilkugodzinnym dokazywaniu, towarzystwo siadało na zewnątrz na trawie, obserwując kolegów grających w „ściankę”- popularną zabawę monetami, pikuty lub nie mniej ciekawą „zośkę”.

No czas wstawać i iść na dach naszego domu, tuż obok, na Gersona 23. Obiecałem przecież pokazać okolice Śliwic...
      ...Niestety, nic z tego! Musimy odłożyć to na później. Nie dość, że dorośli nie wiem czemu zabraniali wchodzenia na strych, to jeszcze u nas w kuchni - pranie. Przychodziła wtedy z Witkiewicza praczka o posturze balii, do której to balii przykręcała wyżymaczkę, kładła tarę i prała. Gotowała, prała, wyżymała, prała, wyżymała, znowu prała i wchodziła na strych cały boży dzień. Strach było wejść jej w drogę. Jak praczka prała, lepiej było być poza domem. Wyjdźmy wiec i my w dalszą wspomnieniową podróż po naszej uliczce, by nie dostać się w zasięg rąk tej złowrogiej postaci.
Mamy szczęście, bo przeszła burza z ulewą i rynsztoki szybko zapełniły się ciepłą wodą. Wspaniała uciecha dla dzieciarni, która natychmiast wyległa na ulice i boso biegała po tych rynsztokowych rzeczkach chlapiąc ile wlezie. Zabawa po mokre pachy.

Gersona nr 24, dom stojący naprzeciw po drugiej stronie ulicy. Na piętrze mieszkała pani Gwizdalewicz z córką i ojcem panem Papiórkowskim, stolarzem. Obstalowany przez mego ojca i wykonany przed sześćdziesięciu laty przez tego fachowca kuchenny stolik, służy mi do dziś. Prawie antyk. Na parterze, vis-a-vis naszych okien widać było w mieszkaniu krzątającą się rodzinę S. Pan domu był milicjantem i chyba dlatego po służbie pozbywał się trudnych problemów swej pracy przy pomocy szklaneczki albo buteleczki z czerwoną kartką. Poczciwy milicjant. Nie interesowały go zupełnie sprawy Śliwic. Szedł na służbę, wracał z niej i tyle go było widać. Państwo S. po kilku latach opuścili Śliwice i do tego mieszkania wprowadziła się pani Adamczykowa z mężem. Miała blisko do swego biznesu - budy z warzywami ustawionej na miejscu „naszego” czołgu.

Gersona nr 30. Na piętrze Marek Traczyk, młodszy ode mnie o kilka lat; na takich nie zwracało się uwagi. Starsi koledzy – to się liczyło! A jednak on potrafił nas zadziwić i zaimponować nam niezwykłą umiejętnością „wyciągnięcia” rąk ze stawów barkowych, tak jakby nie miał połączenia w panewkach stawowych. Wprawiało nas to w zdumienie i podziw. To mogło powalić na kolana – prawda?
Na parterze mieszkała nasza pani „od śpiewu”, pani Grzeszkiewczowa. Z jej lekcji pamiętam jedynie to, że niesfornych uczniów bardzo mocno biła linijką po łapach. Obok nauczycielki zajmowali mieszkanie Klęczewscy z córkami Hanką i Danką, o których dowiedziałem się dopiero w latach pięćdziesiątych, kiedy Danka została moją bliską koleżanką.

Na Gersona 31 już byliśmy w sklepie „Sobieszka” po słodycze. W 1950 roku sklep na zawsze zatrzasnął swe garażowe podwoje, gdyż wprowadzili się do niego nowi mieszkańcy – liczna rodzina Kiwerskich z nowym kolegą Januszem (trudno dziś sobie wyobrazić, jak mogła ona egzystować w tak ciasnym pomieszczeniu). Ale to już późniejszy rozdział historii naszych Śliwic – czasów młodości.

Gersona 32. To „artystyczny” dom, dom Młynarskich mieszkających na piętrze. Głowa domu, pan Młynarski i jego szwagier pan Keller to artyści malarze, według famy „rozpływajacej się” się po śliwickich uliczkach, niewiele ustępujący swymi artystycznymi umiejętnościami Matejce, Gersonowi, Witkiewiczowi... Dzieła „naszych” mistrzów zdobiły przeważnie ściany różnych kościołów. A jeszcze do tego, pan Keller wspaniale uwieczniał dla potomnych
wszelkie śliwickie i pelcowiźniano - kościelne wydarzenia na kliszach fotograficznych - złota rączka pędzla i aparatu fotograficznego.
Na parterze mieszkała rodzina Kalinowskich. Pan Bolesław, ojciec i chłop na schwał, ciężko pracował jako kesoniarz i nie wiem dlaczego, może to kwestia przyzwyczajenia a nie mody, gdy go widywałem po pracy, czubek jego głowy prawie zawsze „zdobiła” ażurowa, siatkowa czapeczka. Nierozłączny atrybut pana Kalinowskiego. Być może było to szydełkowe dzieło jego pracowitej żony, wychowującej dwójkę dzieci z najstarszym Włodkiem na czele. Sąsiadkami Kalinowskich na parterze były dwie siostry, jak się szeptało, Niemki. Nie wiem, czy rzeczywiście te dwie panny były tej nacji, niemniej w ich mieszkaniu dość często podczas codziennych „obchodów” znikał na dłużej listonosz. Jak wieść niosła, to znikanie miało związek z pojawieniem się po pewnym czasie w mieszkaniu Niemek niemowlęcia. Taki dziwny zbieg okoliczności.

Gersona 33. Na piętrze mieszkały właścicielki domu - panny Zarembianki, będące już w wieku niemłodym; dobre znajome naszej rodziny. Starsza z nich bardzo często towarzyszyła mamie w „wyprawie” do teatru, gdyż obie należały do „teatroholiczek”. W ogrodzie pań Zarembianek rosły czereśnie, których owoce były chyba najsmaczniejsze ze wszystkich rosnących na Śliwicach. Owszem, w naszym ogrodzie mieliśmy drzewo tego gatunku, ale to nie było to samo. Gdy przyszła pora dojrzewania i gdy zapadał zmrok, niejednokrotnie garstka małych urwipołciów po odsunięciu jednej z desek parkanu otaczających ogród, jak szpaki skubały owoce, delektując się słodyczą „zarembiankowskich” czereśni, aż do chwili przepłoszenia ich przez czuwające właścicielki.

Gersona 37. To dom „nauczycielski”. Mieszkały tu nauczycielskie rodziny Wojciechowskich i Branickich. Byłem kilkakrotnie na piętrze w mieszkaniu tych pierwszych - mama przychodziła od czasu do czasu na partyjkę halmy z panem domu, panem Jerzym - nauczycielem matematyki. Nie wiem, czy to ze względów kurtuazyjnych, a może innych, w zdecydowanej większości rozgrywanych partii, gospodarz „oddawał pole” gościowi. Pan Jerzy dość często bywał także w naszym domu, by pograć w brydża. Ja, kilkuletni kibic, poznając arkana tej ciekawej gry, obserwowałem grających i w zdumienie wprawiał mnie pan Wojciechowski, którego powieki po kilku rozdaniach dziwnie opadały. I nie wiedziałem, czy to efekt intensywnego wysiłku myślowego, czy może stan analitycznej medytacji... Dopiero upomnienie jednego z graczy:
       - Jurek, twoja odzywka !!!. - wstrząsała głową i wyrywała z hibernacji szanownego pana Jerzego. I ten rytuał powtarzał się co pewien czas...
Na parterze domu mieszkali Braniccy. Pani domu, Helena była w naszej szkole nauczycielką i wychowawczynią mego najmłodszego brata Mietka. A jej syn Marek, to młodszy ode mnie o kilka lat kolega. Często na boisku do „siatki” za szkołą na Kotsisa, które służyło nam jako kort, pogrywaliśmy z kolegami w tenisa ziemnego ( dosłownie) używając do odbijania piłek ... rakiet wyciętych z deski; to było mistrzostwo świata..., przepraszam Śliwic.
I właśnie Marek był pierwszym szczęśliwym posiadaczem najprawdziwszej tenisowej rakiety, porzucając nasz wspaniały wynalazek „deskowego” sprzętu. Był bardzo usportowionym chłopcem, mimo że przeżył w dzieciństwie dramat - poważny wypadek - wpadł pod samochód, co wykluczyło go na pewien czas z „śliwickiego” sportowego życia.


Gersona nr 38. Tu mieszkał fachowiec od kalichlorku. Malarz pokojowy pan Zawadzki był dla nas autorytetem i mistrzem w robieniu i odstrzale ładunków z tym żółtym proszkiem, w czasie wielkanocnym. W tych umiejętnościach nie miał sobie równych nie tylko na Śliwicach, Pelcowiźnie, ale i całej parafii. Podczas procesji rezurekcyjnej wokół kościoła Św. Jadwigi na Pelcowiźnie to jego wystrzały dominowały w całej kanonadzie. A później jeszcze w pierwszy dzień świąt, od czasu do czasu huk wstrząsał szybami śliwickich okien. Wybiegało się na ulicę, by zobaczyć mistrza w akcji, ale tylko w oddali przed jego domem unosił się niebieskawy dym. Mistrza już nie było.

Gersona nr 39.
Przedszkole. Nie chodziłem do niego, choć rodzice podjęli taką próbę. Nie dałem się złamać i po dwóch trzech dniach zrezygnowali. Byłem zbyt stanowczy w płaczu.
Wychowawczynią była przemiła pani Klepacka, bliska koleżanka mamy jeszcze z czasów Pelcowizny.
Do przedszkola chodziło się od czasu do czasu wieczorem na filmy. Odbywały się tam dla dzieciarni spektakle z disneyowskimi filmami rysunkowymi. Czarno-białe przygody Myszki Mickey, często przerywane awarią zniszczonych kopii, bardzo mocno przeżywaliśmy. Do dziś pamiętam płynącą na tratwie Myszkę walczącą z rybą-piłą, która próbowała przepiłować na pół ten pływający środek lokomocji.
No i po tej mrożącej krew w żyłach opowieści znaleźliśmy się już na końcu ulicy Gersona.

       Jakże wspaniały tu był widok! Przed nami rozciągała się bez końca przepiękna łąka pokryta jak nigdzie indziej wysokim kwieciem dzikiego rumianku. Jakże cudownie musiał wyglądać ten kwietny kobierzec z balkonu (obecnie już nieistniejącego) Baśki Król, mieszkającej na piętrze domu przy Gersona 42. Taką łąkę, z takimi kwiatami odnalazłem jedynie na przedwojennym zdjęciu mojej rodziny na Pelcowiźnie, ale były to podobno łąki w kierunku Białołęki. Nas chłopców interesowały bliższe sprawy. Tuż tuż przy Śliwicach na tej łące, albo nawet na poprzecznej uliczce idąc w kierunku szosy Modlińskiej ( obecnie ul. Szernera ), była istna kopalnia skarbów w rodzaju aluminiowych blaszek, metalowych części, gumowych uszczelek. Wyglądało to na szczątki samolotu, i być może były to elementy rozbitego na drugim krańcu Śliwic Liberatora, gubiącego w locie części swej konstrukcji. Często się tu buszowało w poszukiwaniu nie wiadomo czego.

       Cofnijmy się w kierunku ulicy Witkiewicza. Tu, podobnie jak za ul. Kotsisa, była „górka”, ale znacznie niższa i piaszczysta. Natomiast obok, chyba na skutek wybrania dużej ilości piachu, powstała sadzawka na brzegach porośnięta rzadkim sitowiem. Obniżenie terenu powodowało, że nawet dość duża jego powierzchnia po wiosennych roztopach albo intensywnych opadach stała pod wodą. Dlatego tu odbywaliśmy swe pierwsze „morskie” podróże w nieznane. Służyła nam do tego duża metalowa szafa udająca łódź odkrywców i kije dające napęd podczas odpychania. Niestety nasz statek był dziurawy i mimo usilnych wysiłków załogi, ciągle nabierał wodę. Zmuszeni więc byliśmy często do pokonywania odcinków trasy po pas w wodzie, ciągnąc nieszczęsną szafę do brzegu. Najlepiej pamiętam nasze „mokre” wyprawy z ciotecznym bratem Jankiem, który uwielbiał te podróże.

       Wyjdźmy na ląd! Za wspomnianą „górką” w kierunku północno-wschodnim rozciągała się nasza pustynia - zaczynały się najprawdziwsze wydmy piachu, z brzegu gęsto porośnięte ostrą jak brzytwa trawą podobną do wydmuchrzycy. A może była to wydmuchrzyca piaskowa, która w dużej ilości porasta wydmy Parku Słowińskiego. W każdym razie po biegu przez nią boso, nogi mieliśmy pokryte siatką krwawych nitek. Im głębiej szło się w wydmy po parzącym stopy piachu, tym kęp traw było mniej. Chodziliśmy tam w poszukiwaniu „piorunów”. Były to dwu – trzy centymetrowej średnicy wałeczki o długości około pięciu, przeważnie z jednego końca zakończone stożkowo. Zbudowane były, jak gdyby ze stopionego sklejonego półprzezroczystego piasku. Jak te poszukiwane przez nas „pioruny” powstały i skąd się na naszej pustyni wzięły nie wiem, ale starsi poszukiwacze owych skarbów zapewniali, że to efekt uderzenia piorunów w piach. Ponieważ znawcy tak mówili, nie wypadało wątpić i uważało się to za świętą prawdę. Znalezienie „pioruna” nie było łatwe, znalazca mógł być dumny ze swego szczęścia.
Gdzie się kończyła nasza pustynia? Dorośli zawsze odpowiadali, że tam za wydmami była huta. Huta szkła! Rzeczywiście przed wojną istniała na Pelcowiźnie taka fabryka. Zdawało się, że to na końcu świata.

Wracajmy ulicą Witkiewicza!
Nie znałem jej tak dobrze jak ulicę Gersona. Cały teren od strony kolei, w odległości kilkudziesięciu metrów od jezdni, odcięty był na całej długości Śliwic wysokim betonowym płotem o typowej konstrukcji. Betonowe słupki i wsunięte między nie trzy szerokie betonowe płyty. Tyle, że działania wojenne znacznie naruszyły ciągłość tej przeszkody i gdzieniegdzie płyty te były popękane, połamane, miejscami jakiejś płyty brakowało. Po drugiej stronie Witkiewicza stały domy poprzedzielane tu i ówdzie wolnymi placami.
Najczęściej przychodziłem z mamą pod nr 27-my. Tu w suterenie znajdował się magiel. Magiel był własnością osiedlową i „prowadził” go pan Kamiński, mieszkający na parterze tego domu. Zapisywało się na termin i po wpłaceniu symbolicznej złotówki otrzymywało klucz do tego przybytku. Mama z dużą wprawą nawijała na wałki przyniesioną bieliznę, a ja z zapamiętaniem kręcąc korbą, przemieszczałem wielką skrzynię magla, całą wypełnioną kamieniami. Nie omieszkałem stwierdzić tego zaglądając przez dziurę w wyłamanej pokrywie.
W domu tym, na piętrze, mieszkała Ola Włodara, jedna z najlepszych uczennic w mojej klasie.

Witkiewicza nr 23, a więc dom przylegający jak nasz do „przechodniaka”. Dom był własnością pani Małkowskiej, znajomej mamy, czasami wpadającej do nas na plotki. Czy to taka uroda, czy może źle dopasowana sztuczna szczęka sprawiała, że mówiła ta pani bardzo „szeleszcząc”, czyli mówiąc prościej - sepleniąc. Posiadała syna, dużo starszego ode mnie, Bogusia. W czasie wojny, jak wielu mieszkańców Śliwic trzymała, jak się mówiło, kozę, by zapewnić stałą dostawę mleka dla swej latorośli. Wiadomo koza wyżywi się byle jakim zielskiem. Kiedyś, ktoś nie posiadający tego pożytecznego zwierzęcia, zwrócił się z prośbą do pani Małkowskiej o trochę mleka dla swego dziecka i spotkał się z sepleniącą odpowiedzią:
       - „Niesztety mam go mało, bo moja kosza daje mleko sz jednego czyczka, dla mego Bogusza”.
Odtąd przylgnęło do niej określenie „pani, której kosza daje mleko sz jednego czyczka”.
Na piętrze obok właścicielki mieszkał nasz kolega - Heniek Zyśk czyli „Korrba”. Takim słowem kończył co drugie zdanie i został „Korrbą”. Był rówieśnikiem mego brata ciotecznego Zbyszka, chodził klasę wyżej i często uczestniczył w naszych hecach na „budowli”.
W suterenie tego domu początkowo mieszkała też „naftowa artystka”. Jak śliwicka wieść niosła, przed wiekami była wielką tancerką w balecie, występującym nawet przed rosyjskim carem. Dlaczego „naftowa” nie potrafię sobie przypomnieć. Być może stąd, że „lubiała te nafte”, jak się mówiło o amatorach mocnych trunków, Ciemno fioletowawy kolor jaskrawo umalowanej twarzy wskazywał, że należała ona do nich od dawna. Dziwna to była postać, tragiczna a jednocześnie zabawna. Kiedyś podczas robienia jakiś figli w „przechodniaku”, być może było to dla kawału zagradzanie tego przejścia pędami dzikiego wina, w wieczornym mroku zaskoczył nas szorstki głos:
       - „Co się właściwie tu dzieje! Dlaczego jest ciemno w środku dnia? Która jest właściwie godzina?” – padały pytania, których sensu zupełnie nie rozumieliśmy.
To „naftowa artystka” stała nad nami w mroku, w koszuli nocnej lub szlafroku i szukała odpowiedzi na pytanie „dlaczego w środku dnia jest ciemno”.
Ha! Dopiero odpowiedź, że jest późny wieczór, pozwolił tej zjawie odpłynąć w ciemność „przechodniaka” przy akompaniamencie narzekań, jaki ten świat jest niepojęty.

       Ponieważ jesteśmy na „przechodniaku” skorzystajmy z okazji i skoczmy na Bródno. Właśnie tu na jego przedłużeniu, w betonowym płocie była dziura, przez którą przechodziło się na teren kolejowy. Czynić tego nie było wolno ( groźna straż kolejowa), ale by dojść oficjalnie na Bródno trzeba było przejść do ulicy Pożarowej, dostać się nią do drewnianego mostku nad torami kolejowymi i dalej iść tą ulicą do Odrowąża. Nadkładało się w ten sposób kilka kilometrów. Prościej, ale niebezpieczniej było przejść na skróty przez dziurę. Wydeptana ścieżka wskazywała, że był to szlak wielu śliwiczan.
Tędy na Bródno chodziło się do sklepu papierniczego. Przeważnie z mamą. Zaglądało się przez dziurę, czy nie ma w pobliżu kogoś ze straży kolejowej i przechodziło na chroniony płotem teren. Cały ponad stumetrowej szerokości pas do toru to nic innego, jak te same wydmy piachu z ostrą trawą, które rozciągały się w kierunku Pelcowizny. Szło się szybko przeskakując przez tory i poprzecznie biegnące druty urządzeń semaforowych. Uważać należało na przetaczane wagony, które bezszelestnie, jak widma przesuwały się bez lokomotyw po torach.
       Dochodziło się do skrytego w kępie drzew czerwonego domku „Gajusa”, czyli Jurka Gajewskiego. Byłem kilkakrotnie z moim ciotecznym bratem Zbyszkiem w jego maleńkim mieszkaniu przystrojonym wszędzie firankami; przynajmniej takie odniosłem wrażenie. „Gajus” był sympatycznym klasowym kolegą Zbyszka.
Dalej przeskakiwało się znowu tory i było się po drugiej stronie - na Bródnie, choć jeszcze na terenie kolei. Przejmujące wrażenie robiły mijane po drodze, sięgające nieba ściany zbombardowanych hal warsztatów kolejowych i parowozowni. Dochodziło się do ulicy Białołęckiej; dziś ten jej odcinek stanowi ul. Wysockiego.
W szeregu parterowych domków ze spadzistymi dachami i frontowymi ścianami olicowanymi poziomo deskami w kolorze jasnego brązu, mieścił się nasz cel wyprawy – sklep papierniczy. Wchodziło się do niego po kilku schodkach, otwierało skrzypiące drzwi i znajdowało w półmrocznym, zaczarowanym świecie papierowych i nie tylko papierowych skarbów. Kolorowe bibułki, glansowany papier, krepina w jaskrawych odcieniach, gumki-myszki, zeszyty, ołówki, kredki, kałamarze atramentu w różnych kolorach, kleje we flakonikach, gumowe piłki i piłeczki we wzorki i gładkie, malowanki, wycinanki, laurki okolicznościowe, pocztówki ze srebrnymi lub złotymi brokatowymi ozdobami i jeszcze wiele wspaniałych przedmiotów, które chciałoby się posiadać. Jak można było nie męczyć mamy, by kupiła jaskrawoczerwonym kolorem przyciągające wzrok mikołaje, albo aniołki składające się jedynie z dziecięcej buzi i srebrnych skrzydeł. Ale kończyło się na kupnie niezbędnych szkolnych materiałów i wracało tą samą drogą do domu.

I znów jesteśmy na Witkiewicza przy „przechodniaku”.

Witkiewicza nr 19. Szkoła Podstawowa nr 160. To nasza buda. Nie lubiłem chodzić do szkoły, mimo że należałem do jej najlepszych uczniów. Zawsze zadziwiał mnie mój syn Jacek, gdy z chęcią biegł do swojej szkoły na rozpoczęcie nowego roku szkolnego, a przede wszystkim na spotkanie po wakacjach swych kolegów.
Nasza szkoła zajmowała zwykły dom mieszkalny, przystosowany w miarę możliwości do tej funkcji. Tylko kilka pokoi przeznaczonych na sale lekcyjne, pokój nauczycielski, na strychu jadalnia, ot i wszystko - cała szkoła. Ponieważ było zbyt mało sal, nauka odbywała się na dwie zmiany.
Pusty plac między szkolnym budynkiem i domem pana Kukli pod numerem 13 pełnił funkcję boiska. W głębi tego placu stała nieco pochylona „sławojka” czyli szkolny wc. Nie korzystałem z niego nigdy, w wiadomym celu na przerwach biegłem do znajdującego się w pobliżu mojego domu.
Gdy jako sześciolatek przyszedłem do szkoły, dyrektorem była na krótko przed pójściem na emeryturę pani Maria Chlewicka. Po niej, to ważne stanowisko objął pan Furmankowski o diabolicznym, jak mnie się wydawało obliczu, z fioletowym nosem kształtu kartofla i skrywający swój bazyliszkowy wzrok za grubymi okularami. Odszedł wnet, a jego stanowisko objęła pani Owoc. Była to postać o bardzo obfitych kształtach, okrągłej twarzy w kolorze sprawiającym wrażenie, że za chwilę jej krew tryśnie z całego oblicza i tym razem z małym nosem, ale o barwie nosa swego poprzednika. Wydaje mi się, choć może niesłusznie, że nasza pani lubiła sobie czasami golnąć co nieco. Kilkakrotnie zdarzyło się, że wracając wieczorem z „miasta” ( tak mówiło się o centrum Warszawy) pomyliła domy i wchodziła do naszego mieszkania, dziwiąc się innemu jego układowi. Poza tym była bardzo czułą kobietą. Pamiętam jak podczas lekcji, w dniach żałoby po śmierci Stalina, ocierając łzy z oczu chusteczką mówiła:
       - „Co my teraz bez n i e g o zrobimy?”. I robiło nam się przykro, że naszej pani dyrektor jest tak smutno. Miała ona córkę „Muszkę”, sympatyczną młodą panią o dziwnej posturze wielkości dużego dziecka. W tamtych szkolnych latach zajmowała się rozlewaniem do kubków mleka i kakao w szkolnej jadalni na strychu. Mleko rozrabiała z mleka w proszku wybierając je ze stojących na klatce schodowej „unrowskich” tekturowych beczek. Uczniowie wybierali z nich także po kryjomu żółtawe skawalone okruszki tego smakołyku, by possać na przerwie. Ssałem i ja. Takie sobie - wolałem landrynki.
Nauczycielami były panie: St. Chrustowicz, Wł. Chlewicka, F. Wojciechowska, I. Grzeszkiewicz, H. Branicka, I. Dąbrowska i jeżeli dobrze pamiętam jedyny pan – St. Gołaszewski, który chyba przejął lekcję historii od pani Dąbrowskiej.
No czas opuścić już szkołę – nic ciekawego.

Witkiewicza nr 13. Mieszkał tu sympatyczny starszy o kilka lat Kazik Kukla, a także mój najlepszy kolega z drugiej-trzeciej klasy „Gruby” czyli Heniek Zalewski. Starszy ode mnie o rok i bardzo silny. Dobrze mieć takiego kolegę. Tylko moja mama była tą zażyłością niezbyt zachwycona. Nie wiem, czy tylko dlatego, że używał słów których u nas w domu się nie słyszało. Niestety Heniek „przyhamował” naukę na kilka lat w czwartej klasie i skończyła się nasza znajomość. Mama odetchnęła.
W tym czasie Heniek jeszcze dał się poznać inną brawurową akcją. Otóż podczas robienia wykopów na końcu Śliwic w pobliżu Modlińskiej robotnicy natrafili na skrzynię z amunicją. Przed skończeniem pracy zabezpieczyli teren ostrzegawczymi taśmami i udali się do domów.... Naiwni! Nie wiedzieli, że na Śliwicach mieszka Heniek. Od rana wybuchła awantura, bo w nocy ktoś zubożył skrzynię o kilka granatów itp. Milicja natychmiast przyszła do Heńka, bo ona dla odmiany dobrze wiedziała, że tu mieszka i odzyskano niebezpieczną broń. Nie wiem po co mu były potrzebne granaty – może planował już jakiś napad na bank lub coś chciał wysadzić w powietrze. Jeszcze przed skończeniem dwudziestu lat „stuknął” dla zdobycia broni milicjanta i znalazł się w więzieniu. Kilkakrotnie do niego wracał i w nim zmarł. Jak widać od dziecka miał słabość do broni.
Jedno z mieszkań pod 13 lub 11-tką zajmowali państwo Surmowie z całkiem dorosłym synem i młodszą chyba o rok ode mnie Joasią. To pan Surma ze skrzypcami i jego syn „uzbrojony” w akordeon, tworzyli trzon orkiestry przygrywającej nam do tańca na szkolnych zabawach. Wtedy tańczyło się na nich kujawiaki, walczyki, polki, oberki... Rapu jeszcze nie znano.

W dalszą część Witkiewicza już nie pójdziemy, bo w tym czasie pod 5-tką Borowski dopiero stawiał komin dla swojej piekarni i jeszcze nie kupowało się u niego smacznych rogalików. Natomiast ze znajomych jedynie pani Klepacka, wychowawczyni z przedszkola mieszkała ze swym synem „Neczkiem” na parterze pierwszej z brzegu domu posesji pod numerem 3. Wracajmy więc „przechodniakiem” do domu. Przejście to łączące ulicę Witkiewicza z Gersona i dalej prowadzące aż do torów kolejki wąskotorowej, utwardzane w razie potrzeby czarnym żużlem, znacznie skracało drogę mieszkańców do szosy Modlińskiej i było często przez nich uczęszczane.

       Spróbujmy wejść na dach naszego domu - może się uda. Najlepiej ze Zbyszkiem, bo samemu strach. Nie pozwalano nam wchodzić na strych, zwłaszcza gdy suszyła się tam uprana bielizna pościelowa. Powoli, po cichu na palcach po drewnianych stromych schodach tak, by czasem nie zaskrzypiały. Dlatego najlepiej było stawiać stopy po bokach stopni, a nie na środku – najmniej skrzypiały. Czujność babci albo cioci była duża i nieraz ściągało nas w dół wołanie: „Kto tam wchodzi? A to wy! Proszę na dół!”... I po zabawie.
Tym razem się udało, jesteśmy na strychu. Uff !
Ależ było tam ciekawie. Stara komoda ze stojącymi na niej pięknymi lampami naftowymi, wyposażonymi w kształtne abażury, wielkie kufry obite na krawędziach metalowymi taśmami zamykane na skoble. A w nich ozdobne kapy, firany, wazony i Bóg wie co jeszcze. Olbrzymie wiklinowe kosze z pokrywami pełne wszelakich skarbów, niekompletny rower z drewnianymi kołami, na belkach wisiały tu i ówdzie stare fotografie rodzinne oprawione w ramy, za kominem stał nieużyteczny piecyk-koza, różnej wysokości drewniane podstawki na kwiaty, drewniane półeczki, regaliki, stoliki, itd. itd. Wszędzie panował półmrok, bo wąziutkie okienka. przez które nawet nie można było wystawić głowy, zapewniały słabiutkie oświetlenie.
       No, wchodzimy na dach!... Po drabinie jednocześnie we dwóch do otworu zakrytego klapą na zawiasach. Powoli... bo była ciężka podnosiliśmy klapę, pierwszy raz, by tylko wysunąć głowy, spojrzeć i zatrzasnąć z powrotem. Ale już następnym razem odważniej wychodząc na dach na dygocących z emocji i strachu przygiętych nogach. I trzymając się najbliższego komina, by nie spaść z prawie płaskiego dachu - patrzyło się!. A było na co!
Na trzy strony, które już poznaliśmy, to znaczy w stronę Golędzinowa, Pelcowizny i torów kolejowych, widok był ten sam - las kominów i dachy, same dachy. Tak blisko, że wydawało się możliwe skoczyć z dachu na dach. Natomiast weszliśmy tu, by podziwiać widok w stronę Wisły. Wspaniała panorama!
Patrząc w kierunku Warszawy, po drugiej stronie niewidocznej na tym odcinku rzeki, piętrzyła się ciemnoczerwona ściana Cytadeli, gdzieniegdzie zasłonięta zielenią drzew.
Dalej przesuwając wzrok po horyzoncie, odnaleźć było można nieliczne zarysy kilku kamienic na Żoliborzu, zanurzone w niebieskawych plamach dalekich drzew. Brzmi to może niewiarygodnie, ale stamtąd dochodziło czasem niedzielne bicie dzwonów o rannej porze.
Dalej teren się lekko wznosił zielenią bielańskiego lasu, by w najwyższym punkcie zajaśnieć wieżami kamedulskiego kościoła. Tam właśnie, pod tym lasem widać było szerokie rozlewisko skręcającego koryta Wisły.

Wisła !!!
Chyba pierwszy raz zobaczyłem i zapamiętałem ją w iście innych okolicznościach. Wiosną 1947 roku mama przybiegła do mieszkania i w pośpiechu ubierając mnie i siebie powiedziała:
       - „Most płynie. Biegniemy zobaczyć!” – nie wiedziałem co to miało znaczyć, ale nie pytając biegłem za nią idącą szybko w kierunku Wisły. Wspięliśmy się na wał wiślany i... Może to dziecięca wyobraźnia wyolbrzymiła widok, lecz to co zobaczyliśmy było niesamowite. Olbrzymie białe pole przesuwającej się i kotłującej kry niosło most, a właściwie jego potężne resztki. Drewniane kratownice i wielkie belki, raz zanurzające się, to znów powoli wychylające się nad powierzchnię wody skutkiem zaczepienia o nieznaną przeszkodę; stwarzały niesamowite wrażenie. Przewalały się te bele i płynęły bez końca. Takiego wysokiego poziomu Wisły już później nigdy nie widziałem. Zdawało mi się, że gdybym usiadł na wale i spuścił nogi, sięgnąłbym wody. Powtarzam, może to dziecięca wyobraźnia, ale ten widok przesuwającego się białego pola na wysokości stóp, z towarzyszącym mu szumem ścierających się bloków kry, był niesamowity.

Wróćmy na dach i spójrzmy w dół. Tuż za płotami ogrodów rozciągała się łąka, z tej perspektywy wyglądająca na całkiem płaską. Ale to tylko złudzenie. Pełna zagłębień, niecek, lekkich wzniesień, które oczywiście znaliśmy na pamięć. To był teren naszych pierwszych zabaw w „chowanego”, podchody, piłkę do dołka itp. Bezpośrednio przy płotach łąka „pokaleczona” była głębokimi dołami na śmiecie. MPO nie świadczyło jeszcze usług i każdy dom posiadał właśnie tu swój głęboki śmietnik. Przy okazji należy wspomnieć, że niby zwykła łączka, a jednak kryła w sobie różne tajemnice. Na niej odkopano wspomnianą wcześniej skrzynię z amunicją i na niej odkryto ( chyba Janusz Kiwerski ) nie byle jaki skarb przy kopaniu śmietnika, mianowicie składzik masek przeciwgazowych. Przez co najmniej tydzień ulice Śliwic opanowały dziwne boso biegające stwory z maskami przeciwgazowymi na głowach.

       Łąka kończyła się torem kolejki wąskotorowej biegnącym na niziutkim nasypie. Kolejka ta była jedynym środkiem komunikacji miejskiej łączącym nasz świat ze światem zewnętrznym tzn. Warszawą. Początkowa stacja owej kolejki była przy moście Kierbedzia ( po wojnie zbudowano w tym miejscu most Śląsko-Dąbrowski), a końcowa w Jabłonnie.
Często z olbrzymią cierpliwością leżeliśmy na brzuchu na naszej łączce, oczekując na sapiącą z wysiłku parową lokomotywę ciągnącą kołyszące się na boki wagoniki, by zobaczyć efekty naszych doświadczeń. Polegały one na układaniu na szynie starych przedwojennych monet albo innych blaszek i drutów, a po przejechaniu kolejki biegliśmy na tor szukać efektów naszych badań. Płaskość znalezionych próbek wielce nas cieszyła i zdumiewała.
Wzdłuż toru kolejki zieleń łąki przecinała nitka ścieżki biegnąca hen na Pelcowiznę. Tędy w niedzielę szło się do kościoła. Przed torem nieco na lewo od skręcającego tam „przechodniaka” stał transformator zasilający Śliwice w energię. Pomalowany na zielono, kształtem przypominał wielki słup ogłoszeniowy, jaki kiedyś stawiano na ulicach Warszawy. Tuż za nim była stacja kolejki z dumnie bielącymi się tablicami z napisem „ŚLIWICE”, ustawionymi na długim żużlowym wzniesieniu udającym peron. Na peron ten w letnie niedzielne popołudnie, prawie zawsze wyskakiwał z kolejki lodziarz, ubrany jak przystało na lodziarza na biało i wołał skrzeczącym głosem:
             - „Lodyyy!!! Sprzedaje lodyyy!!!”


Trzeba było się spieszyć, by kupić upragniony zimny smakołyk na patyku, bo za chwilę sprzedawca odjeżdżał w zadymioną przez lokomotywę dal Golędzinowa. Na Pelcowiźnie była tzw. „mijanka” kolejki i lodziarz „urzędował” na peronie przeważnie nie dłużej niż pół godziny.
Przerobiony malutki wagonik ustawiony na słupkach, nie większy niż 6 x 3 m, z półokrągłym daszkiem nad poczekalnią i mini-kasą, pełnił funkcję stacji. Kasjerką była pani Kopijerowa, mama mojej przyszłej sympatii Hanki, ale wtedy jeszcze tego nie przeczuwałem.

       Dalej za peronem i torem kolejki rosły rzędem, aż hen po Golędzinów olbrzymie stare topole. Takie piękne okazy spotykam obecnie gdzieniegdzie tu na Marymoncie, na którym obecnie mieszkam.
Drzewa te o pniach ponad metrowej średnicy i olbrzymich koronach rosły także po drugiej stronie szosy Modlińskiej, ale tylko do Śliwic. Dalej w kierunku Pelcowizny już ich nie było. Rzędy tych drzew były miejscami mocno przerzedzone. Widać ciężar wielu dziesięcioleci zwalił niejeden okaz. Obecnie już nie rośnie żadne z owych drzew. Ostatnie dwie topole szumiały jeszcze przy torach tramwajowych obok wjazdu do przepompowni naprzeciw ulicy Pożarowej. Ale i one już dawno zostały jedynie w pamięci. Na jednej z nich powieszona była stara kapliczka, a jej replika zdobi dziś pobliskie drzewo.

Szosa Modlińska. Szosa, a nie ulica - tak celowo o niej mówię, bo w tym czasie trudno by nazwać ulicą rozjeżdżony szeroki trakt wybrukowany kocimi łbami. Bardziej przypominała zamiejską szosę niż stołeczną ulicę. Lekko wyprofilowana, oczywiście nie skanalizowana, z dość głębokimi rowami wzdłuż poboczy, bez oświetlenia, zniszczona w czasie wojny wyrwami, przebiegała w miejscu obecnej zachodniej jezdni ul. Jagiellońskiej, nazwanej przedtem Stalingradzką, a wcześniej właśnie Modlińską. Z rzadka przejeżdżały furmanki w jedną i drugą stronę i jeszcze rzadziej pojawiały się samochody. Spójrzmy z naszego dachu na to, co widać dalej. Otóż bezpośrednio za Modlińską z rzędem topól, od „Czarnego Parkanu”, aż po daleką Pelcowiznę, w miejscu obecnego torowiska tramwajowego był wał przeciwpowodziowy. Nie tak okazały jak ten blisko Wisły. „Zjawiał” się przy przepompowni przy Pożarowej, by przy Śliwicach osiągnąć wysokość około dwóch metrów i dalej ciągnął się do Toruńskiej na Pelcowiźnie, skręcając tam skośnie ku Wiśle. Jedyna wyrwa w tym wale to przejazd przy „Czarnym Parkanie” na przedłużeniu uliczki, która później przyjęła nazwę Kotsisa. To właśnie przez tę wyrwę przejeżdżały cygańskie tabory i przez nią wożono plony z nadwiślańskich działek. Wał ten nie chronił już przed powodzią terenów Golędzinowa, Śliwic i Pelcowizny. Funkcję tę przejął nowy dużo wyższy, usypany znacznie bliżej koryta rzeki. Dlatego na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych „Służba Polsce” zaczęła likwidować zbyteczny obiekt, wykorzystując ziemię do sypania łuków toru prób samochodowych powstającej FSO. Robiła to przy pomocy jeżdżących po wąziutkich torach ręcznie pchanych wózków-koleb.
1955r. Widok na Śródmieście Warszawy ze Śliwic ( przy torze prób FSO). Z lewej zarośla >Czarnego Parkanu<.

       Po południu było to dla nas wspaniałe „pole działania”, przerywane tylko od czasu do czasu ucieczkami przed kijem pilnującego teren stróża. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że likwidacja „naszego” wału była zwiastunem nadchodzących wokół Śliwic zmian, prowadzących do powstania pierścienia przemysłowych obiektów, oplatających ciasno kolonię naszych domków. Wtedy była to dla nas nowa przygoda, nowa atrakcja.
Ale nim to nastąpiło, przekraczając ten niepotrzebny już nikomu obiekt, schodziło się w świat naszych przygód, wędrówek i ucieczek w nieznane. Już idąc przez łąkę rozciągającą się stumetrowym pasem, później w części zamienioną w boisko piłkarskie „Śliwiczanki”, należało uważać by nie nadepnąć na gniazdo skowronka schowane w wysokiej trawie. Głośny furkot podrywającego się nagle spod stóp stadka kuropatw i jego niski ciężki odlot wstrzymywał na chwilkę bicie serca. Mój Boże! Kiedy ja ostatnio widziałem kuropatwy? Trzydzieści? Czterdzieści lat temu?... Wtedy, latem prawie codziennie.

      Idąc dalej dochodziło się do dwóch długich osypujących się piaskiem okopów. To właśnie w nich śliwiczanie i my z mamą szukaliśmy schronienia podczas nocnych bombardowań. Teraz przeskakując je, płoszyło się dziesiątki zielonych i szarobrązowych jaszczurek wygrzewających się na gorącym piasku. A potem kilkumetrowa piaszczysta skarpa naszego „kanionu” przed wałem. Prawie wszędzie jej stroma ściana była świetnym miejscem dla budowy gniazd przez jaskółki-brzegówki i podziurawiona miała wygląd sera szwajcarskiego. W kilku miejscach osypujący się piasek pozwalał zejść, a jeszcze lepiej zsunąć na tylnej części swego ciała w dół.

       Nie wiem dlaczego, ale być może przez kilkuletni brak remontów wału, w pierwszych powojennych latach wiosną i podczas letnich przyborów Wisły, teren ten częściowo zalewała woda. Przy samym wale było niżej więc było jej nawet dużo, ponad metr głębokości. Czerwcowe czy lipcowe słońce szybko nagrzewało ten chwilowo istniejący akwen i stawał on się znakomitym kąpieliskiem dla małych dzieci i nie tylko. Ciepła i czyściutka woda przefiltrowana przez piaszczysty grunt ściągała zwłaszcza w soboty i niedziele całe rodziny śliwiczan i prażan z dalszych okolic. Młodziutkie towarzystwo hasało pluskając się w wodzie pod okiem czujnych opiekunów wylegujących się na trawie. Tu mieliśmy pierwszy, tak komfortowy kontakt z wodą, ucząc się pływać między sitowiem gdzieniegdzie wychylającym się nad powierzchnię i obciążonym na końcach mrówkami szukającymi ocalenia przed potopem. Woda z czasem opadała i powstałe bajorka były już królestwem żab pławiących się w chmurach skrzeku. Ich wieczorną „muzykę” doskonale było słychać w naszych ogrodach na Gersona.

       Po wejściu na wał miało się wrażenie, że u stóp ściele się, aż do Wisły w prawo i lewo, nieprzerwany kobierzec krzaków wikliny, miejscami wyrośniętymi w wysokie drzewa.
Nic bardziej mylnego. Ze starorzecza blisko wału pozostało wiele stawów, zwanych przez nas „stawikami”. Znaliśmy je na pamięć: „duży stawik” najdalej położony w kierunku Pelcowizny był rzeczywiście największym ( o dł. około 100 m) i najgłębszym z nich. Łączył się on płycizną z następnym jeszcze dalszym, już zarastającym trzciną. Najczęściej odwiedzany „mały” leżał naprzeciw Śliwic, sąsiadował przez ścieżkową groblę ze stawikiem wygiętym w literę „S” wąskim i długim na ponad 100m. Nie kąpaliśmy się w nich, miały bardzo muliste dno. Mówiąc „odwiedzany” mam na myśli zimowe harce. To tu spędzaliśmy zimowe ferie i nie tylko. W tej zasypanej śniegiem wiklinowej „puszczy” godzinami przemienialiśmy się w tropicieli prześladując od rana do zmierzchu biednego szaraka idąc jego tropem od Golędzinowa do Pelcowizny i z powrotem. Dopiero śmiała szarża kłapouchego w kierunku Śliwic i jego szybki sprint po Modlińskiej załamał nas ostatecznie i uświadomił, że od kilku godzin trwają lekcje. Niejeden zjazd z wału z usypaną śnieżną skocznią kończył się połamaniem sanek.
       Na tych stawikach zdobywaliśmy „ostrogi” hokejowych umiejętności, ganiając do utraty tchu po lodzie za czymś co udawało krążek i w rękach trzymając krzywe wiklinowe patyki. Jeździliśmy na łyżwach od zawsze, z początku po ubitym śniegu jezdni i chodników, później właśnie na nadwiślańskich stawikach.
Toteż nic dziwnego, że nieznana drużyna „Śliwiczanka” w składzie: kapitan – Zbyszek Kowalczyk i .... Heniek Zyśk, Jurek Kowalczyk, Bogdan Orliński, Jurek Gajewski, Tadek Staroń i moja długa i najchudsza osoba zdobyła w 1958 roku mistrzostwo Warszawy w II Turnieju Hokejowym Dzikich Drużyn, organizowanym przez Express Wieczorny.
Jazdę na łyżwach mieliśmy we krwi. Wolne chwile zimą spędzaliśmy nad Wisłą. Nie tylko my. Niejednokrotnie podczas powrotu do domu pokładaliśmy się ze śmiechu obserwując „druha Małpę” (tak nazywaliśmy - Bogusza, któremu „kosza daje mleko sz jednego czyczka”), jak w pozycji „sedesowej” zjeżdżał na nartach na krechę z wału z kijkami pod pachami, jakby był to zjazd Gąsienicową.

       Natomiast latem – naszym żywiołem była plaża i kąpiel w Wiśle. Nawet trudno sobie wyobrazić jak szybko, bo w ciągu kilkunastu lat nastąpiła degradacja tej pięknej wtedy rzeki. Po wojnie z nadejściem lata Śliwice i wielu mieszkańców Bródna „ciągnęły” na szeroką plażę, znajdującą się powyżej kanału biegnącego z Czarnego Parkanu. Nieuregulowana Wisła nanosiła tu wielkie łachy z czyściutkim złotym piaskiem, które szybko pokrywały się grajdołkami i tłumy plażowiczów okupowały brzegi rzeki. Kąpiel na wysokich falach zostawionych przez przepływające statki, szukanie małż w przezroczystej, to nie pomyłka – powtórzę - przezroczystej wodzie, budowanie piaskowych zamków, gra w piłkę, wymyślane na poczekaniu zabawy w zależności od fantazji i wyobraźni spalonych na brąz osóbek – tak spędzaliśmy ten słoneczny czas nad naszą Wisłą.
A potem powrót do domu przez parzący w stopy piasek i łąki z rozedrganym od upału powietrzem.

       Wróćmy i my na nasz dach, z którego zaczęliśmy naszą nad-wiślańską wędrówkę we wspomnienia. Czas zejść w ciemną czeluść strychu, tak ciemną jak ciemne są niektóre zdarzenia, o których próbuję nie pamiętać, by nie zepsuć tego słonecznego obrazu tamtych lat. A przecież były i takie, chociażby śmierć braci Włodarczyków, majstrujących przy bombie w nadwiślańskim „kanionie”. Albo wieczorne wizyty nieznanych panów w kapeluszach sprawdzających, kto jest w naszym, czy wujka mieszkaniu. Tragiczna śmierć pod samochodem ukochanego psa „Żuczka”. Lepiej nie pamiętać.

       Zatrzasnęła się dachowa klapa pozbawiając nas widoku błękitnego nieba i pogrążając w duszność mrocznego strychu, podobnie jak hale FSO odcięły ostatecznie mieszkańców małych Śliwic od nadwiślańskich łąk, zielonego buszu wiklin, złotych piaszczystych łach.
Spytacie dlaczego nie weszliśmy do mojego mieszkania i mieszkań mojej rodziny Łysakowskich i Kowalczyków. Dlaczego tak mało o najważniejszym - o własnym domu, o najbliższych? Tak jak dziecko zazdrosne jest o swe zabawki, tak ja zazdrośnie chowam za przymkniętymi powiekami ten skarb największy – obraz swego śliwickiego domu rodzinnego.
I nie potrafię dzielić się nim z nikim.

SCENA AKCJI - Zdjęcie lotnicze z 1945 r.

Warszawa-Marymont w lutym 2006 roku.