^Powrót na górę
  • 1 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 2 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 3 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 4 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 5 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
książka
księga
Album ten zawiera:
432 rodzinne fotografie, kopie170 akt metrykalnych i 150 różnych rodzinnych dokumentów. Przejrzyj kilkanaście wybranych stron z tego albumu.

STOPKA

Właściciel Henryk Podczaski
Rok założ. 2006.
Kontakt - bishen@wp.pl

Strona genealogiczna w sieci
Genealogii Polskiej

Genealogia Polska

LICZBA WIZYT

                                                                                   Darmowy licznik odwiedzin



„CIELAK” - Wiesiek czyli Wiesław Ciesielski, barwna postać młodzieńca mieszkającego na ulicy Witkiewicza 39. Jeden z filarów amatorskiej drużyny piłki nożnej „Śliwiczanka” w latach czterdziestych-pięćdziesiątych, grający na pozycji lewoskrzydłowego; posiadający duże umiejętności tzw. „kiwki” czyli dryblingu, niestety tylko lewą nogą. Wielki miłośnik brydża, co n i e szło w parze z opanowaniem arkanów tej gry przez sympatycznego Wieśka, a także z aprobatą jego matki - wyjście ukradkiem z mieszkania na „partyjkę brydżyka” kończyło się przeważnie głośnym na całą ulicę, werbalnym protestem „kochanej mamuśki”. Do słownika rozgrywek brydżowych na Śliwicach na zawsze weszło słynne zagranie „prostym Cielakiem”, czyli wzięcie lew „z góry”: asy-króle-damy- itd.

A trzeba stwierdzić, że brydż był niezwykle popularną rozrywką śliwickiej młodzieży w latach pięćdziesiątych, czy sześćdziesiątych. Do wyjątków należała kilkunastoletnia osoba, czy to chłopak czy dziewczyna, która nie znałaby przynajmniej podstaw rozgrywki. W dobie, gdy nie wymyślono jeszcze komputera, ba - dopiero raczkowała telewizja, wiele godzin spędzaliśmy przy brydżowym stoliku „gimnastykując” głowy skomplikowanymi rozdaniami kart. Czasem rozgrywaliśmy nawet mecze brydża sportowego okupując godzinami pokoje w mieszkaniu moim, kolegi Andrzeja Szpocińskiego, czy też mego brata ciotecznego Staśka Łysakowskiego. Podziwiałem zawsze anielską cierpliwość mej Mamy, znoszącą „najazd” kilkunastu młodych wielbicieli szlema i ich głośne zażarte dyskusje nad układami kart, stosowanymi konwencjami, czy prawidłowością zagrań. Kilkunastu, bo oprócz ósemki graczy zawsze była liczna asysta kibiców.

Oczywiście życie sportowe śliwiczan nie ograniczało się jedynie do „gimnastyki” przy zielonym stoliku.
Bezpośrednio po wyzwoleniu młodzież męska jeszcze z pokolenia przedwojennego, a więc nasi starsi koledzy, założyła amatorską drużynę piłki nożnej „Śliwiczankę”. Z wielkim przejęciem, my kilkuletni „znawcy” footbolu, kibicowaliśmy „naszym” piłkarzom podziwiając zagrania: Wieśka Ciesielskiego, dwóch najstarszych braci Orlińskich - Janka i Zbyszka, Andrzeja Jeznacha, Michała Serafińskiego, Wieśka Pisarskiego – „Piskorza”, Mirka Bogdana, Stefana Brzozowskiego – „Sianka”, Wieśka Sobieszka i innych walczących o zwycięstwo na śliwickim „stadionie”. Boisko znajdowało się na łące za ul. Modlińską i za pierwszym wałem przeciwpowodziowym ( już nieistniejącym ), bezpośrednio naprzeciw osiedla. Trybunę stanowił wspomniany dwumetrowej wysokości wał, z którego doskonale można było obserwować strzały piłkarzy na bramki. A były one „pancerne”, bo zmontowane z szyn kolejowych. Chyba właśnie dlatego mówiło się, że „trafiło się piłką w sztangę”, a nie „trafiło się w poprzeczkę”.
Na początku lat pięćdziesiątych, to już moje pokolenie „opanowało” śliwickie boisko ganiając za piłką, gdyż studia i praca starszych kolegów, skutecznie wyeliminowała ich z gry. Trzeba przyznać, że nigdy potem nie stworzono i nie było tak dobrze zorganizowanej drużyny piłkarskiej, jak tamta powojenna „Śliwiczanka”. Natomiast nasze boisko zaczęło być areną najprawdziwszych meczów klubowych, gdyż odbywały się na nim spotkania drużyny Stal-FSO. Bardzo często obserwowaliśmy także treningi pod wodzą trenera Stefana Skiby „zawodowców” tego klubu i „naszego” Cielaka, który zasilił jego szeregi. Odbywały się one aż do czasu, gdy Stal-FSO dorobiła się własnego boiska na Pelcowiźnie, za ul. Toruńską.
Nasz „stadion”, z coraz większymi piaszczystymi nieckami pod bramkami i coraz mniejszym naszym zainteresowaniem, pewnego dnia przestał istnieć – po prostu zaradni zbieracze złomu, pod osłoną nocy zdemontowali bramki-„sztangi”, a bezużyteczną łąkę pobliski komisariat MO zamienił na plac ćwiczeń psów, ustawiając na niej tor przeszkód dla swych czworonogów. Nie znaczy to, że przestaliśmy grać w piłkę, zmieniliśmy tylko miejsce bojów. Przez długie lata zwyczajem stały się mecze rozgrywane na śliwickim boisku szkolnym przy ul. Kotsisa; przeważnie latem w niedziele koło południa. A składy drużyn mogły zadziwić nielicznych obserwatorów ze względu na rozrzut wiekowy. Najstarszym zawodnikiem bywał chyba Janek Orliński, mający już powyżej „czterdziestki”, a najmłodszy – jego synek siedmioletni Mikołaj. Do dziś jeszcze moja żona z rozbawieniem wspomina zdyszanego małego Mikołajka stojącego w drzwiach naszego mieszkania i pytającego: „czy kolega Heniek przyjdzie grać, bo wszyscy czekają?” (miałem wtedy ponad „trzydziestkę”). Czas trwania „kopaniny” był przeważnie nielimitowany i po kilkugodzinnym szaleństwie biegania za piłką zwalaliśmy się bez sił, jak ryby wyrzucone na brzeg, w cieniu morw rosnących wokół boiska i dopiero przybycie żony czy matki oznajmiającej, że „obiad już na stole”, ściągało nas do domów.

Nasza sportowa rywalizacja nie ograniczała się jedynie do kopania piłki. Niezwykle popularne od 1954 roku Memoriały im. Kusocińskiego, na których licznie kibicowaliśmy, „zaraziły” nas lekkoatletyką i próbowaliśmy swych sił w różnych dyscyplinach i z różnymi tego skutkami. Dziś jeszcze mam przed oczami kilkudziesięciometrowy lot wyrzuconego przeze mnie sześciokątnego kafelka terakoty udającego dysk i trafienie nim w głowę brata ciotecznego, Tadzika. Na szczęście był w szkolnej czapce i sztywny daszek uchronił go ( i mnie ) przed nieszczęściem.
Prawdziwy profesjonalny sprzęt, jak kulę, oszczep i dysk kupowaliśmy stopniowo ze zrzutek z kieszonkowego. Zmontowaliśmy też przenośną skocznię wzwyż, a na nadwiślańskiej łące przed wałem przeciwpowodziowym zbudowaliśmy skocznię w dal. Ktoś załatwił tabele dziesięcioboju i odtąd często walka grupki młodych śliwiczan o punkty pochłaniała wolny czas. Światowych wyników nie osiągaliśmy, ale rywalizacja była ostra i kończyła się przeważnie biegiem na „1500 m”, tzn. trzema okrążeniami wokół polany w nadwiślańskich wiklinowych chaszczach.

Biegi te pozwoliły odkryć przez jednego z kolegów, mianowicie Tadka Staronia, predyspozycję do tej dyscypliny. Ambitny kilkunastolatek zaczął samotne treningi, budując formę oraz kondycję na wiklinowej polanie i zadziwiając nas swą pracowitością.
Nie wiedzieliśmy, że mierzy on wysoko – pewnego dnia oznajmił, że w zbliżającą się niedzielę na Ochocie bierze udział w biegu ulicznym i dobrze byśmy tam pojechali i oklaskiwali jego zwycięstwo. Pojechaliśmy, a jakże.
Zawody odbywały się na ul. Grójeckiej, dystans o ile dobrze pamiętam 3 km, start i meta w tym samym miejscu; zawodników wystartowało chyba ponad setkę. Zajęliśmy miejsce obserwacyjne dwieście-trzysta metrów od startu, by lepiej widzieć walkę na trasie.
Strzał startera i biegną!
Przebiegają obok nas i wierzyć się nie chce: na czele niczym umykający zając - nasz Tadek, a za nim kilkanaście metrów w pościgu, jak sfora chartów - tłum zawodników. Znikli w dali ulicy, by hen po nawrocie zmierzać ku mecie.
Czekamy! Czekamy...Już wracają! Już biegną!.
... Tadek?... Nie, nie widać go!... Oklaski dla zwycięzcy, drugi, dziesiąty,... gdzie Tadek?... pięćdziesiąty... gdzie Tadek?.
O ile pamiętam ... zmieścił się w setce! Podczas czekania na jego przybycie słyszeliśmy, jak wielu zdyszanych zawodników, którzy ukończyli już bieg, rozpytywało:
- „Kto to był ten szaleniec, który pomylił bieg na <<setkę>> z <<trójką>>?” Nie wyjaśnialiśmy.
Wracaliśmy na Śliwice z naszym niedoszłym zwycięzcą tramwajem w milczeniu. Ciekawe, czy miał choć trochę satysfakcji z tego, że prowadził przynajmniej przez kilkaset metrów; nie wyjawił nam tego. Do biegania już nie wrócił, sprawdził się w innej dyscyplinie – w hokeju.

Zimą pasją naszą była jazda na łyżwach. Już jako sześcio-siedmiolatki, w latach czterdziestych biegaliśmy na łyżwach po ubitym śniegu chodników ulicznych i jezdniach, by później przenieść się na „nasze stawiki” powstałe w starorzeczu Wisły. A ślizgaliśmy się na czym się dało i co się miało. Przeważnie były to łyżwy przykręcane kluczykiem do zwykłych zimowych butów. Nagminne ich odczepianie się od namokniętych podeszew kończyło się zwykle nieuchronnym upadkiem posiadacza tego „markowego” sprzętu. Ale nie zrażało to młodych adeptów hokeja i ganialiśmy ambitnie z wiklinowymi kijami, od czasu do czasu zapoznając swe ciało z twardością lodu. Z czasem przykręcane łyżwy zaczęły znikać z naszego użytku. (Nie wiem czy egzemplarze takie są w Muzeum Techniki- moim zdaniem powinny zająć tam poczesne miejsce). Zaczęły pojawiać się turfy lub figurówki na stałe przykręcane do butów, a nawet najprawdziwsze hokejowe. Ba! Z jakim nabożeństwem zakładał swe łyżwy, słynne kanadyjskie CCM-ki, mój kolega i rówieśnik Bogdan, jeden z czterech wysportowanych braci Orlińskich. Wprawdzie szybko z nich wyrósł, i zmuszony był grać w h o k e j a na „zdobytych” gdzieś p a n c z e n a c h (dla laików – łyżwy do jazdy szybkiej ), ale też wzbudzało to powszechny podziw, a być może pozwoliło jego posiadaczowi zdobyć nieprzeciętne umiejętności techniki jazdy na łyżwach. Co by nie mówić, Bogdan został wśród nas jednym z najlepszych hokeistów.

       Nasza łyżwiarska pasja oparta o bazę lodowiskową jaką były pracowicie odśnieżane przez nas nadwiślańskie „stawiki”, zaowocowały ambitnym wyzwaniem, jakim były turnieje warszawskich „dzikich drużyn”. Przed końcem 1957 roku zgłosiliśmy swój zespól pod historyczną nazwą „Śliwiczanka” do tzw. „II Turnieju Hokejowego Młodzieży Warszawy”, organizowanego przez gazetę „Express Wieczorny” i WKS „LEGIA”.
No i udało się.
„Śliwiczanka” wskładzie:
kapitan – Zbyszek Kowalczyk
- Bogdan Orliński
- Jurek Kowalczyk
- Heniek Zyśk
- Tadek Staroń ( bramkarz)
- Jurek Gajewski
- Heniek Podczaski
po serii zwycięstw na różnych warszawskich lodowiskach i w finałowym meczu na Torwarze zdobyła zaszczytne I miejsce. W nagrodę otrzymaliśmy dyplomy i komplet kijów hokejowych.

     Po tym spektakularnym sukcesie kilku kolegów, a zwłaszcza z młodszego pokolenia, m.in. Bogdan Orliński, Zbyszek Kowalczyk, Stasiek Łysakowski, Leszek Skibiński, Janek Widelski zachęcona tym osiągnięciem, kontynuowała przygodę z hokejem w tarchomińskim klubie, stanowiąc jego czołową formację. Mnie wtedy całkowicie „wyeliminowały z gry” zajęcia na Polibudzie.

      Do dziś z sentymentem wspominam tamte zdarzenia, ślizgając się na łyżwach zimą po zamarzniętym starorzeczu na Kępie Potockiej, przypominającym nasze śliwickie „stawiki”. Tylko teraz tu chłopcy walczący o krążek jeżdżą na najprawdziwszych „hokejach”, trzymając najprawdziwsze kije hokejowe. My ślizgaliśmy się na czym się dało i mieliśmy w rękach zakrzywione kije wiklinowe.
Cóż, minęło pół wieku...

...Sięgnijmy jeszcze głębiej w przeszłość, do lat dwudziestych XX w., by wspomnieć o jednym z zapomnianych mieszkańców Śliwic, Henryku Choińskim; to wtedy „nasz” późniejszy śliwiczanin podbijał serca miłośników sportu motocyklowego. Gdy odnosił sukcesy nie mógł mieszkać jeszcze na Śliwicach, bo jeszcze nie istniały. Zamieszkał dopiero w swoim nowym domu przy ul. Gersona nr 31 w 1936 roku, gdy już skończył karierę sportową. O urodzonym w 1896 roku zawodniku WTC Warszawa, inicjatorze sportu motocyklowego w Polsce, bożyszczu tłumów na warszawskich Dynasach tak pisano w jubileuszowym dziele pt. „DZIESIĘCIOLECIE POLSKI ODRODZONEJ 1918-1928”
„ Zato możemy poszczycić się dobrymi j e ź d ź c a m i n a t o r z e. Z pośród nich na czoło wybił się niezrównany i mający już dobrą markę za granicą motocyklista warszawski, Henryk Choiński który ustanowił na torze szereg niepobitych dotąd rekordów p o l s k i c h”.
Rzeczywiście z powodzeniem rywalizował nie tylko z przeciwnikami krajowymi, jak Witold Rychter, Tadeusz Rudawski i inni, lecz także z dobrymi zawodnikami zagranicznymi, a przede wszystkim ze słynnymi w tym czasie Włochem Vertuą i Holendrem Herculeysenem. Nic dziwnego, że w pierwszym Plebiscycie Przeglądu Sportowego najpopularniejszych sportowców polskich w 1926 roku, Henryk Choiński zajął 6-te miejsce. Później już będąc mieszkańcem Śliwic jako inżynier pracował w zakładach Spiessa w Tarchominie. Zginął w czasie wojny podczas bombardowania Warszawy.

Tuż po wyzwoleniu, jako kilkuletni chłopcy bawiliśmy się niekompletnym motocyklem „Sokół”, znalezionym w piwnicy domu pod nr 31, nie wiedząc, że jego właścicielem był niegdyś słynny polski motocyklista. Nasza intensywna „eksploatacja” pojazdu, jego niekompletność szybko zamieniła w niebyt. Szkoda..., gdyż „Sokół” mistrza na Dynasach, tak myślę teraz, zamiast na skupie złomu winien znaleźć się w Muzeum Techniki lub Muzeum Sportu.
Copyright © Henryk Podczaski


Facebook youtube