^Powrót na górę
  • 1 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 2 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 3 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 4 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 5 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
książka
księga
Album ten zawiera:
432 rodzinne fotografie, kopie170 akt metrykalnych i 150 różnych rodzinnych dokumentów. Przejrzyj kilkanaście wybranych stron z tego albumu.

STOPKA

Właściciel Henryk Podczaski
Rok założ. 2006.
Kontakt - bishen@wp.pl

Strona genealogiczna w sieci
Genealogii Polskiej

Genealogia Polska

LICZBA WIZYT

                                                                                   Darmowy licznik odwiedzin





KIWERSCY – Dlaczego właśnie o tej rodzinie? Być może dlatego, że mój kolega Janusz został ostatnim Mohikaninem z naszej „paczki”, który nie opuścił Śliwic i mieszka tam nadal. A może niezwykle barwne postacie z tej familii skłaniają do skreślenia o nich kilku zdań, by pokazać jak ciekawe i zawiłe bywają ścieżki życiowe rodzin.
Kiwerscy zjawili się na Śliwicach w 1950 roku, a wśród nich Janusz, prawie mój rówieśnik, bo o rok młodszy chłopiec, który szybko powiększył grono naszego śliwickiego „towarzystwa”, zdobywając zaufanie swoją otwartością, serdecznością i zadziwiając niezwykłością niektórych działań i pomysłów. Nie zawsze były one „kompatybilne” z zamierzeniami „starej” paczki młodych śliwiczan i wtedy boczyliśmy się na siebie do czasu jakiejś wspólnej „akcji” lub do czasu pójścia nad Wisłę, by „pośpiewać”.
Co to za oryginalne zajęcie? – Otóż, bardzo często w wolnych chwilach latem, grupką kilkunastoletnich dziewcząt i chłopców chodziliśmy na nadwiślański wał, aby pośpiewać - przeważnie stare piosenki harcerskie, piosenki z Powstania Warszawskiego, czasem aktualne przeboje typu „Cicha woda” czy „Marynika”. W tym sympatycznym, śpiewanym zajęciu prym wiedli – wśród dziewcząt Danka Klęczewska, wśród chłopców muzykalny Janusz, popisujący się także melodyjnym gwizdaniem „Arii toreadora” z opery „Carmen” czy „Marsza triumfalnego” z „Aidy”.
Przypuszczam, że muzykalność Kiwerszczak odziedziczył po swej mamie. Pani Luba Kiwerska jest z pochodzenia Rosjanką. Wielokroć będąc w latach pięćdziesiątych w mieszkaniu Janusza podczas uroczystości rodzinnych, na które zjeżdżała rodzina pani domu, oczarowany byłem śpiewem na głosy gości „zza Buga”. Tylko pozazdrościć! Stąd moje przypuszczenia o genetycznym „obciążeniu” uzdolnień mego kolegi.
Inną życiową pasją Janusza, odziedziczoną chyba po ojcu, było ... W O J S K O! Jak pamiętam, zawsze..., bo już od małego miał słabość na punkcie munduru. Ba! Po skończeniu podstawówki przeżył epizod z tym związany – został na krótko kadetem, by jednak pójść po rozum do głowy i zrobić „zwykłą” maturę w Liceum im. Lisa-Kuli (wtedy im. L. Waryńskiego). Być może Januszowa przygoda w kadetach była skutkiem „działań” pani Luby, która w ten sposób pragnęła utemperować rogaty charakterek niesfornego synka.
Bo należy podkreślić, że główną siłą napędową rodziny Kiwerskich, lokomotywą ciągnącą wśród zakrętów niełatwego życia i ośrodkiem decyzyjnym była pani Kiwerska. Gdy zawitała na Śliwicach z małymi dziećmi, pozostawała bez stałych dochodów, gdyż prześladowany przez komunistyczne władze ciężko schorowany mąż nie mógł znaleźć pracy ( o tym później). Szukała więc różnych zajęć, by zapewnić rodzinie byt. Zajmowała się sporadycznie handlem, by ostatecznie wyspecjalizować się w „wydawaniu domowych obiadów”, z czym związane było hodowanie przez nią kilku świń w chlewiku zbudowanym w przydomowym ogródku. Nie podobało się to oczywiście mieszkańcom pobliskich domów, którzy krzywili się na zapachowo kłopotliwe sąsiedztwo opasłych prosiaków.
Pani Luba potrafiła jednak skutecznie „załatwić” z dzielnicowym wpływające skargi, bo domowe wyroby wędliniarskie i mięsne były przedniej jakości, a nie trzeba przypominać jak trudne to były czasy na tzw. rynku mięsnym Dzielnicowy sierżant Wachowicz też człowiek – przepadał za niepowtarzalną w smaku kaszanką czy salcesonem.

A niechybnym zwiastunem, że te delikatesy wkrótce będą w „obrocie”, było kwiczenie dochodzące z ogrodu Kiwerskich i czasem czułe słówka stamtąd dobiegające, skierowane do wyrywającej się świni przez byłego milicjanta pana Pieca, a w tym momencie fachowca-rzeźnika trzymającego w ręku siekierę:
- Czego się k...a boisz? - pytał troskliwie.
Moim skromny zdaniem, pytanie to troszkę pozbawione było sensu, gdyż już sama siekiera niosła niechybne niebezpieczeństwo, a na dodatek pan Piec był milicjantem – że chroń Panie Boże ( nie uchronił od śmierci postrzelonej „po pijaku” żony) i sam jego wygląd, delikatnie to ujmując, nawet w świni nie mógł wzbudzać zaufania. Ale trzeba przyznać – kiełbasy robił znakomite.

Naszego kolegę Janusza wkrótce po maturze pożegnaliśmy – wyjechał do Wrocławia na studia w Oficerskiej Szkole Wojsk Inżynieryjnych. Odtąd widywaliśmy się sporadycznie, gdy przyjeżdżał na urlop i paradował w swym wymarzonym wojskowym mundurze.
Nie wszyscy jednak potrafili odnieść się do niego z należytym szacunkiem. Jeszcze dziś mam przed oczyma obrazek z tamtych lat, gdy stojąc z kolegami pod „żarówą” usłyszeliśmy podniesione głosy dochodzące od strony domu Kiwerskich. Potem wypadł z furtki na ulicę przyszły oficer w mundurze, chroniąc rękoma przyszłą oficerską głowę przed ciosami ścierki, zadawanymi ręką pani Luby, podążającej za salwującym się ucieczką przyszłym generałem. Widocznie zbyt stanowczo próbował mieć własne zdanie lub nie wyrażał entuzjazmu w przyniesieniu pomyj dla świń z kuchni pobliskiego szpitalika. (Kuchnią tą kierowała pani Broniarkowa, matka późniejszego znanego dziennikarza, która wielokroć pomagała Kiwerskim w tamtych ciężkich dla nich czasach).
Odlot do akcji Podporucznik Janusz po skończeniu wrocławskiej uczelni zaczął służbę w Kazuniu i jego marzenia zaczęły się znakomicie realizować. Został dowódcą kompani minowania i niszczeń, szefem wojsk administracyjnych koszar, szefem sztabu I batalionu saperów, szkolił studentów PW i SGGW. Porucznik Kiwerski był w swoim żywiole.

  I nagle w 1970 roku ten świat zaczął się chwiać i pękać – obywatela Kiwerskiego poproszono na dziwną rozmowę:
- „Obywatelu poruczniku, co byście powiedzieli na propozycję współpracy z nami? Chcielibyście na pewno awansować na kapitana, prawda? Nie ma sprawy, jedynie chcielibyśmy być informowani przez was, co słychać wśród waszych kolegów! Co nie chcecie? I wy uważacie, że jest możliwy wasz awans, wiedząc co robił wasz ojciec? - Zastanówcie się!”
Ojciec. Zygmunt Kiwerski urodzony w 1898 roku służył przed wojną w randze wachmistrza w 20 pułku ułanów i w Ostrogu nad Horyniem (Wołyń) był dowódcą posterunku żandarmerii. We wrześniu 1939 roku w randze oficera brał udział w obronie Modlina i po kapitulacji w Działdowie dostał się do niemieckiej niewoli.Z. Kiwerski. Koniec lat dwudziestych XX w. Po zwolnieniu wcielono go do II Armii WP. Niestety, po wyzwoleniu doszukano się jego „niewłaściwej” dla socjalistycznej Polski wojskowej przeszłości w żandarmerii. Odebrano mu wszystkie obywatelskie prawa i gdy przy-był na Śliwice, był ich całkowicie pozbawiony. Nie mogący dostać zatrudnienia, a więc bez ubezpieczenia zdrowotnego, walczył z ciężką chorobą. Zmarł w 1954 roku.

- „No i co obywatelu Kiwerski? Zastanowiliście się? Radzimy wam dobrze – współpracujcie z nami! Tym bardziej, że wasz brat uciekł z naszej socjalistycznej ojczyzny! Musicie nam powiedzieć gdzie przebywa, chyba że zgodzicie się być kapusiem! Nie chcecie? Wasz brat sprawił, że nie macie wyjścia obywatelu!”

Brat Lonek. Leonard Kiwerski, starszy od nas o dobrych kilka lat (rocznik 1934), chodził do przyszłego mojego liceum Liceum im. Władysława IV; był bardzo dobrym uczniem. Po maturze skończył jako prymus Szkołę Morską w Gdyni i wysłano go do Wyższej Morskiej Szkoły w Odessie.
Po skończeniu drugiego roku tej szkoły, podczas urlopu w Polsce zaciągnął się na statek handlowy. Już nie powrócił do Odessy - w czasie gdy odbywał rejs wokół Afryki, w związku z działaniami wojennymi zablokowano Kanał Sueski i nie był w stanie wrócić na czas do szkoły .
Pływał statkiem handlowym na dalekowschodnich liniach, awansując z czasem do stopnia I oficera. Zjawiał się czasem na Śliwicach po kilkumiesięcznych rejsach imponując nam marynarską fantazją, stawiając nam lekką ręką drinki w warszawskich lokalach, opowiadając o barwnym życiu marynarskiej kompanii.
I nagle w 1962 roku po zawinięciu statku na Maltę zniknął bez śladu. „Odnalazł” się w hiszpańskiej Legii Cudzoziemskiej i służył w niej od stopnia szeregowca 14 lat na Saharze hiszpańskiej ( Villa Csneros), 6 lat na Wyspach Kanaryjskich (Fuertaventura) i 2 lata w Rondo de Malaga, awansując poprzez dowódcę kompani na pomocnika szefa sztabu i dyrektora szkoły dla żołnierzy Legii. Niestety, zginął tragicznie zamordowany w Bodachos i został pochowany z oficerskim ceremoniałem w katakumbach Legii Cudzoziemskiej w Rondo de Malaga.

I znowu:
- „Obywatelu Kiwerski! Nie możecie nam odmówić pomocy! Ojciec i brat – to nie wszystkie osoby, których powinniście się wstydzić – wiemy o waszym ojczymie, to was pogrąża ostatecznie! Chyba, że zaczniecie <<kapować>>! Co wy na to?”

Ojczym. Po śmierci męża pani Luba wyszła za mąż za Włodzimierza Frepona. Poznaliśmy bliżej tego starszego pana odwiedzając Janusza jeszcze gdy był uczniem liceum. Opowiadał nam, kilkunastoletnim słuchaczom zawiłe losy swego życia: pochodził z ziemiańskiej rodziny spod Kijowa – z ojca Belga i matki Polki; skończył oficerską szkołę w Kijowie. Z zaciekawieniem słuchaliśmy o jego walkach w czasie I wojny światowej w Karpatach, w czasie rewolucji dowodził sotnią kozaków u Piłsudskiego. Uciekł ostatecznie przed bolszewikami do Nowogródka, gdzie skończył kurs przodowników policji.
Pracował w Łucku i potem w Warszawie jako komendant Oddziału „Targówek" Związku Strzeleckiego, po wojnie w RKU w Dzierżoniowie. I tam w 1950 roku za „obalanie ustroju ludowego” został aresztowany i skazany na 10 lat. Wyszedł z więzienia w 1956 i mimo to, gdy odwiedzaliśmy Janusza w garażu ( dawniej – sklep Sobieszka), zaadaptowanym na mieszkalny pokój rodziny Kiwerskich, z pogodą ducha opowiadał nam o dawnych zdarzeniach ze swego życia. Często opowieści swe pan Frepon przeplatał rzewnymi piosenkami w języku rosyjskim, akompaniując sobie na gitarze. Grał na niej świetnie.
- „No i co obywatelu Kiwerski? Będziecie informować nas o kolegach? Będziecie współpracować z nami? Nie? Mimo, że macie taką rodzinę?”
Janusz nie awansował na generała! W 1970 roku został zwolniony z wojska, on dla którego w o j s k o było wszystkim! Dziś po latach otrzymał z IPN status osoby pokrzywdzonej. To wszystko! Posiada stopień majora..., niektórzy jego koledzy ze studiów i służby są generałami.
Ale mówi z satysfakcją: „mogę bez wstydu stanąć przed lustrem i spojrzeć sobie w oczy”. Mimo to, dziś gdy wspomina tamte lata, słowa rzuca zduszonym głosem, a oczy za okularami dziwnie mu wilgotnieją...
Copyright © Henryk Podczaski


Facebook youtube