^Powrót na górę
  • 1 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 2 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 3 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 4 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 5 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
książka
księga
Album ten zawiera:
432 rodzinne fotografie, kopie170 akt metrykalnych i 150 różnych rodzinnych dokumentów. Przejrzyj kilkanaście wybranych stron z tego albumu.

STOPKA

Właściciel Henryk Podczaski
Rok założ. 2006.
Kontakt - bishen@wp.pl

Strona genealogiczna w sieci
Genealogii Polskiej

Genealogia Polska

LICZBA WIZYT

                                                                                   Darmowy licznik odwiedzin

 

7 lipca, poniedziałek

Dziś moje urodziny. Całkiem o nich zapomniałem. Helena także. Nic dziwnego! Co innego mamy na głowie. Pojutrze wyjeżdża z dzieciakami do Sopotu. Ryśków już nie ma, wyjechali wczoraj.
Umarł kolega z pracy, Bobek . Jutro o dwunastej pogrzeb na Wólce.


Po czerwcowym, ks. Henryk odwołuje mnie na bok. Prosi byśmy spotkali się jutro o siódmej rano pod kasztanami za trasą mostową. Mamy załatwić załadunek kamieni, które „idą pod spychacz”, a nam się przydadzą. Umawiamy się, że będę przed pracą o siódmej.
Podlewamy jeszcze kwiaty wodą przynoszoną wiadrami z kanałku przy Gwiaździstej. Daleko... trzeba będzie wkręcić pompę.
Michał zamiata uliczkę i usuwa suche liście spadające z drzew. Gosia jak zwykle robi „remanent” z kwiatami w wazonach. Wspaniale kwitnie szafirowa lobelia. W przyszłym roku posadzimy ją wzdłuż całego „prezbiterium”.


8 lipca, wtorek

Budzi mnie szum deszczu. Zrywam się. Woda leje się strumieniami z nieba. Ściana wody.
- Chyba zrezygnujemy z roboty - myślę ubierając się szybko. Przed siódmą staję w oknie. Gdy zobaczę idącego księdza wyjdę z mieszkania i podążę za nim. O siódmej widzę idącego szybkim krokiem księdza Henryka, „w cywilu”, chroniącego się pod parasolem.
- Pójdę tą samą trasą, naszą uliczką Złotkowską; będzie mniejsze błoto - myślę.
Zjeżdżam i wychodzę lawirując między kałużami. Deszcz znowu się nasila. Parasol przecieka. Dochodzę do uliczki i skręcam.
Z daleka, na wysokości ołtarza widzę dwie postacie pod parasolami. Poznaję - ksiądz i Michał. Zwróceni do mnie twarzami.
Nie rozmawiają.
Pierwsza myśl:- Dlaczego nie schowają się pod drzewo i dlaczego stoją tu, skoro umówieni jesteśmy za trasą?


Podchodzę szybciej na kilka kroków. I nagle szok!!!
Spojrzałem i zamarłem!


Nie ma naszego krzyża! Nie ma niczego, ani ołtarza, ani kwiatów, ani ławek, ani kamieni. Pozostało wzniesienie rozmytego przez deszcz ciemnego błota. Bezsensownie wchodzę na nie. Szukam śladu krzyża, ale nawet tego nie znajduję.
Wzrokiem rejestruję: Balustrada wycięta i połamana. Fikus w doniczce leży nieopodal. Palma zniesiona stoi z tyłu, oszczędzili
ją, W błocie naszego prezbiterium gdzieniegdzie tkwią płytki, którymi było wyłożone.
Koszmar! Porażające. Odwracam się. Nie ma ławek. Wyrwane. Ślady po kamieniach okalających miejsce, gdzie śpiewała schola. Wywieźli. Paprocie powykręcane. Wszystko zniszczone. Pod stopami, na asfalcie spostrzegam zmywane przez deszcz ślady trocin. Boże, to tu cięli nasz krzyż.
Nie mówimy nic. Tylko deszcz leje.
- Muszę odwołać transport tych kamieni i jadę zawiadomić Kurię - mówi powoli ksiądz Henryk.
Ma zmieniony, zduszony głos. Boję się spojrzeć mu w twarz.
- Niech ksiądz się nie martwi, wszystko będzie dobrze – słyszę słowa Michała robiącego gest jakby chciał go uścisnąć.
Ja nie jestem w stanie wydusić z siebie żadnego słowa.
Niebo płacze deszczem. Właściwie szlocha. Moje serce także - tylko oczy pozostają suche.
Wlokę się do pracy.
....................................................................................................................................................
Rano z biura telefonuję do domu. Mówię co zaszło i słyszę tylko słowa Heleny:
- O Jezu! To niemożliwe – i cisza.
..................................................................................................................................................
Nie mogę skupić myśli. Kotłują się wokół widoku, który utkwił mi przed oczyma. Z pracy nici.
...............................................................................................................
Przed dwunastą wychodzę z pracy i jadę na pogrzeb kolegi z pracowni. Bobek był niepraktykujący i nie wiem, czy wierzący.

Pogrzeb – katolicki. Smutna uroczystość. Jestem jedynym przystępującym do Komunii Św. Tak... – smutno mi.
..................................................................................................................................................
Po powrocie do biura – telefon do domu.
Helena zdaje relację:
- Stoi już nowy krzyż. Niewielki, z desek.
Ludzie, głównie kobiety porządkują co się da. Nawet ułożono znalezione płytki – pod ołtarz.
Niepokojące – zostały zwiezione elementy ogrodzenia. Widocznie będą grodzić. Fatalnie!
Jadę po pracy do domu autobusem „185”, by przechodzić przez „nasz” teren. Siąpi deszcz. Wchodzę na naszą uliczkę od strony trasy. Nie widzę nikogo. Z daleka dostrzegam niewielki półtorametrowy krzyż, odbijający się złotem świeżego drewna
od otaczającej zieleni. Podchodzę bliżej, wkopany jest prawie w tym samym miejscu, w którym stał zniszczony. Są wiązanki kwiatów, mnóstwo kwiatów. Miejsce gdzie był ołtarz - uprzątnięte.
- „Kiedy przyjdą nas w końcu zmienić” – słyszę zniecierpliwiony głos i dopiero teraz dostrzegam stojącą za wierzbą Bożenę i nieznajomą mi panią. Są zmoknięte i zziębnięte.
- Biegnę po swoich i wracam- mówię.
Szybko jem obiad, biorę z sobą córeczkę Agatkę i idę. Helena przyjdzie później. Pań nie ma. Widzę natomiast trzech mężczyzn z dwojgiem maleńkich dzieci. Chyba przyszli na spacer. Jeden z nich mówi do drugiego, tak że słyszę:
- „Popatrz jaki piękny głaz” – i wskazuje na olbrzymi kamień ustawiony obok naszego krzyża.
- „Nadaje się na cmentarz, komuś na grób” - dodaje drugi.
Myślami jestem zupełnie gdzie indziej i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że te zdania są wypowiedziane tak głośno, bym je słyszał. Ach, rozumiem! To nie jest spacer, ale służba. No, a dzieci...też na służbie?
- „O, popatrz – krzyż! Co on tu robi?” – dalszy ciąg przedstawienia.
- „Na pewno kogoś tu zabito. Może w Powstaniu Warszawskim” - kpiąco dodaje trzeci.
I odchodzą w kierunku parkingu przy Gwiaździstej. Po kilku minutach idę za nimi. Nie myliłem się; za zakrętem stoi wołga na służbowych numerach. Moi trzej znajomi wewnątrz. Dzieci nie ma. Wracam z Agatką pod krzyż. Jest już kilka osób. Z zarośli dochodzi dźwięk piły. To Andrzej. Piłuje długie żerdzie.
- Co majstrujesz?- pytam
- Krzyż. Jeszcze jeden krzyż. Będą dwa. A jeżeli będzie trzeba to ustawimy i następne - odpowiada spokojnie z uśmiechem.
Nie widać na jego twarzy żadnego wzburzenia. Zazdroszczę mu tego opanowania i spokoju. We mnie jeszcze wszystko się gotuje.
- Skoczę do domu po siekierę i gwoździe, trzeba drzewo trochę podciosać i spasować
Idę. Niepotrzebnie. Gdy wróciłem krzyż już gotowy Pozostaje go wko-pać. Stawiamy go za tym z desek. Jest wyższy, zbity ze starych, sękatych żerdzi, wygląda bardzo surowo.

Zbliża się czas mszy. Przynosimy z domu mój stół, znowu będzie służył za ołtarz. Przychodzi ks. Henryk z walizką i torbą. Stół rozstawiamy i ubieramy na asfaltowej uliczce, bezpośrednio przed krzyżami. Ksiądz z jakąś pewnością w ruchach, determinacją i jakby pośpiechem ustawia kilka świec w miejscu gdzie stał przedtem ołtarz.

Przybija do topoli wiersz – modlitwę „ Nie zdejmę krzyża ze swej ściany”. Ktoś zapala świece tkwiące w świeżej ziemi. Ksiądz zakłada ornat, otaczamy ścisłym kołem ten polowy ołtarz i rozpoczyna się msza święta. Tłumu nie ma, wiadomo urlopy. Ale jak na takie zdarzenie - powinno być więcej. Trudno.
Ksiądz poświęca krzyże. Czujemy, że jest bardzo wzburzony. Wyczuć to można w brzmieniu jego głosu i po sposobie odprawiania mszy. Dopiero po Modlitwie Pańskiej odpręża się i „staje się sobą”. W ogłoszeniach oznajmia, że o tragicznym incydencie powiadomił Kurię, niestety nie zastał żadnego biskupa. A modlić się będziemy jak zwykle, tu jutro o godz. 19:00, lub gdy to będzie niemożliwe w osiedlu, tam gdzie go zastanie godz. 19:00. Zawiadamia obecnych, że w poniedziałek 7 lipca, załoga budowy sąsiadującej z naszym terenem dostała polecenie zlikwidowania krzyża i ołtarza. Odmówiła. Dlatego też, nieznana ekipa zrobiła to pod osłoną nocy z 7 na 8-go. Kierownictwo budowy dostało polecenie powiększenia powierzchni o „nasz” teren i postawienie ogrodzenia.


Co będzie dalej? Niepewność i niepokój? Nie!!! Pewność, że się nie załamiemy!


9 lipca, środa

Wstaję. Słonecznie. Dziś wyjeżdżają moi do Sopotu.
Około siódmej wychodzę do pracy. Pójdę przez działki do naszej uliczki. Dochodząc pod wierzby natykam się na milicyjny radiowóz stojący na miejscu naszej „zakrystii”. Wewnątrz drzemią dwaj milicjanci. Czego oni pilnują? Krzyży?
Na uliczce, koło głazu upiększającego naszą świątynię stoi Gosia z jakimś robotnikiem. Podchodzę. Zjawiają się ekipy robotników, grupami. Widząc krzyże stają zaskoczeni. Przyjechali stawiać płot, ale są zdezorientowani, bo powiedziano im, że będą grodzić teren przedszkola czy szkoły. Wyjaśniamy im w czym rzecz. Rozumiejąc, że muszą wykonać polecenie kierownictwa dotyczące płotu, prosimy by nie ruszali krzyży. Prośba nasza poważnie ich zdenerwowała:
- Panie - mówi jeden z oburzonych robotników - czy pan myślisz, że ja do kościoła nie chodzę. Jak będzie trzeba to sami postawimy krzyż i to z betonu. Tak, że go żadna piła nie weźmie.
Przepraszam i odchodzę, spieszę się do pracy.
..................................................................................................................................................
Jak najwcześniej mogę, wychodzę z biura i autobusem do „Rudy”. Idąc z przystanku, już z daleka widzę nowy wysoki krzyż. Nie tak wysoki jak brzozowy, ale solidny z grubych, świeżych belek.
- Ksiądz zadziałał – pomyślałem.
Myliłem się. Od obecnych dowiedziałem się, że ustawili go robotnicy wykonujący ogrodzenie ( sprostowanie: robotnicy z budowy bloków os. "Ruda"). Wspaniała sprawa! Czuję radość, że nie jesteśmy sami, że inni z poza naszego osiedla czują to samo.
Ogrodzenie terenu już prawie wykonane. Ustawiono je w zaroślach, tak że jest niewidoczne od Gwiaździstej i trasy. Specjalnie? By nie drażniło? Nawet nasz podręczny magazyn żelaznych łomów i desek znalazł się na zewnątrz ogrodzenia.

A płot biegnąc ukośnie od strony trasy utworzył placyk w kształcie trójkąta. Płot nie zamyka jeszcze naszej uliczki.
..................................................................................................................................................
Odwożę rodzinę na dworzec i szybko pod krzyż. Schodzą się ludzie. Przychodzi ksiądz Henryk. Na ramionach tego nowego robotniczego krzyża wieszamy stułę.

Poświęcenie , a potem msza św.
Ludzi więcej niż wczoraj. Większość przystępuje do Komunii
................................................................................................................
Potem wracam do pustego mieszkania. Nie wiem co robić. Chodzę z kąta w kąt. Zbliża się północ. Podchodzę do okna. W ciemnościach widzę światła wjeżdżającego od Gwiaździstej samochodu. Podjeżdża w okolice fundamentów budowanego domu i kręci się w kółko, zamiatając światłami reflektorów pobliskie zarośla. Przejeżdża później „naszą” uliczką w okolice krzyży. I znowu widzę jak szpera wokół światłami . Szuka kogoś lub czegoś? To chyba milicja. Opuszcza teren odjeżdżając w kierunku „Potoku”. Włącza niebieskie migające światło na dachu. Tak to milicja. Idę spać. Jest koło drugiej. Co przyniesie jutro? A właściwie dzisiaj? Bo przecież już czwartek.

 

Copyright © Henryk Podczaski


Facebook youtube