Spis treści
ŚLIWICE
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10
Wszystkie strony

Henryk Podczaski

                                                   ŚLIWICE

                                      świat mego dzieciństwa



      Wpisz w internetową wyszukiwarkę hasło „Śliwice” i po chwili wyrzuci ci ona na ekran monitora nieskończoną listę pozycji z tym słowem, ale próżno szukać tego znaczenia, które chciałeś znaleźć.

    Śliwice - mój świat, prawie cały świat mego dzieciństwa. Kolonia kilkudziesięciu domków w Warszawie, owszem istnieje dalej, ale jakże inna, jakże obca tej, w której dane mi było się urodzić i mieszkać kilkadziesiąt
lat.

    Osiedle zduszone ze wszystkich stron halami i innymi obiektami FSO, dziś może wzbudzać w osobach przejeżdżających ulicą Jagiellońską jedynie uczucie współczucia dla jego mieszkańców. Jak tu, w tych gigantycznych kleszczach przemysłu można normalnie żyć, uczyć się, oddychać.
Przymykam więc oczy, cofam czas wracając do lat dzieciństwa i młodości, by zobaczyć obraz tych Śliwic, który pozostał tylko w mej pamięci... By znów ujrzeć to skupisko domków podobnych do wyspy na płaskim oceanie łąk falujących w podmuchach letniego wiatru.

     A tak miało być pięknie! Kolonia Śliwice, powstała w latach trzydziestych XX w., była przyczółkiem dużej dzielnicy mieszkaniowej, którą zamierzano rozbudowywać na południe do nasypu kolejowego na Golędzinowie i po Pelcowiznę na północ. Od wschodu granicę stanowiły tereny kolei, a od zachodu Wisła. Wspaniała perspektywa rozwoju, prawda?...
    Śliwice swą nazwę wzięły od pobliskiego fortu Śliwickiego, zbudowanego w 1835 roku we wsi Golędzinów i osłaniającego od praskiej strony Warszawską Cytadelę ( od 1921 roku fort Śliwickiego nosi imię Jasińskiego ).
Nietutejszy może spytać: gdzie jest Pelcowizna? Niestety nie istnieje. Ocalałe z pożogi wojny resztki tego osiedla zostały unicestwione przez powstałą na jej terenie fabrykę samochodów. Dla wyjaśnienia - południowa granica Pelcowizny przebiegała mniej więcej około pół kilometra na południe od wiaduktu Trasy Toruńskiej.

     Wracajmy do tematu! Jednopiętrowe domki-bliźniaki Śliwic zbudowano wzdłuż dwóch równoległych ulic: Wojciecha Gersona, biegnącej bliżej Szosy Modlińskiej ( dziś Jagiellońskiej), zabudowanej domkami po obu stronach i ul. Stanisława Witkiewicza, zabudowanej jedynie po zachodniej stronie. W połowie długości ulic, prostopadle do nich, poprowadzono uliczkę-przejście zwane „przechodniakiem”, dzielącym kolonię na kwartały. Nie na wszystkich działkach budowlanych rozpoczęto przed wojną budowę, a niektóre domy były w różnych fazach realizacji.
     Nadszedł rok 1939. Wybuchła wojna.

      Urodziłem się w 1941 roku na ul. Gersona 23 w mieszkaniu dziadków Łysakowskich, na piętrze w pokoju z balkonem. Nie wiem dlaczego tam. Mieszkanie moich rodziców było na parterze. Nieważne, już nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie.
     Cofnijmy się w tamte dawne lata. Spoglądam na moje stare fotografie z lat wojny. Oczywiście nie mogę pamiętać i nie pamiętam ogrodu otoczonego wysokim drewnianym płotem, ani widoku naszego domu od strony ogrodu, ani pogawędki z ciotecznymi braćmi i siostrą na schodku ogrodowej ścieżki. Zabawy z kozą za płotem. Nie pamiętam tych obrazów z fotografii. Byłem zbyt mały.

     Ciekawe, ale pierwsze zdarzenie które jestem w stanie sobie odtworzyć i je widzę oczami wyobraźni, to wejście z mamą do kuchni, a w niej siedzących żołnierzy niemieckich. Było przeraźliwie słonecznie i oślepiająco jasno. Być może przyszliśmy z ciemnej piwnicy i skutkiem kontrastu oświetlenia odniosłem takie wrażenie. Jeden z Niemców wziął mnie na kolana i pamiętam doskonale, jak bawiłem się kulistym uchwytem zamka jego karabinu. Mama rozmawiała z żołnierzami, a ja oczywiście nic nie rozumiałem. Później schodząc ze mną po schodach była niezwykle zadowolona, gdyż dostała od żołnierzy konserwy. Dla brata Ryśka – niestety nie nadawały się, przecież miał dopiero kilka miesięcy. Kiedy to było? Nie wiem, ale przypuszczam, że w ostatnich dniach obecności wojsk niemieckich po praskiej stronie Warszawy. A więc koniec sierpnia - początek września 1944 roku...Tak sądzę.

      Kolejne wspomnienie z tamtego okresu?
     Ciepła noc. I w tę ciemną noc biegnę trzymając się mamusinej dłoni, a właściwie mama biegnąc ciągnie mnie za rękę. Wpadamy lub wskakujemy do jakichś dołów i mama zakrywa mnie sobą. Ma ciemną sukienkę w białe grochy; doskonale to widzę, bo na niebie wysoko świecą jaskrawym oślepiającym światłem koliste lampiony. Po latach opowiadali mi rodzice, że do tych długo palących się rac na spadochronach wyciągałem rączki chcąc je schwycić. Tak byłem nimi zachwycony. I tak było mi przyjemnie, ciepło i miękko przytulając się do mamy. Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy jakie było to straszne i przerażające przeżycie dla rodziców, uciekających przed bombardowaniem z dwojgiem maleńkich dzieci. Ojca ani Ryśka zupełnie nie pamiętam, choć też musieli być z nami. Takie nocne „spektakle” odbywały się kilkakrotnie i chyba dlatego wryły mi się dobrze w pamięć. Były to pierwsze dni września 1944 roku. Rosjanie wkraczali do Pragi i przed bombardowaniem stanowisk niemieckich oświetlali pole działania racami na spadochronach.

      Co jeszcze z czasów wojny?
     Piwnica! Całą zimę z 1944 na 45-ty rok mieszkaliśmy w piwnicznej pralni. Było to jedyne pomieszczenie z posadzką betonową, w pozostałych była polepa. A w naszym „mieszkaniu” był komfort: kuchnia węglowa, zlew z kranami ( pytanie: czy była woda? - chyba nie ) i dość duże okno. Tyle, że ze względu na zimę, a zwłaszcza izolację akustyczną chroniącą przed hukiem wybuchów i wystrzałów, ojciec całkowicie zasypał je warstwą słomy i ziemią. Oświetlenie zapewniała karbidówka - wspaniały wynalazek wojenny, zastępujący z braku elektryczności i nafty żarówkę lub lampę naftową. Karbidówka była prostym urządzeniem. Składała się z dwu zbiorników: górnego - na wodę i dolnego - na karbid oraz rurki z pal-nikiem. Podczas działania, z palnika wydobywał się jaskrawo biały, jasno świecący płomień. U nas przeważnie stała na parapecie okienka, rozpraszając ciemność całkowitą do ciemności niezupełnej, to znaczy do półmroku. Na posadzce - dywany; chyba ze względu na chłód i wilgoć bijącą od betonu. W niewielkim pomieszczeniu musiały się jeszcze znaleźć „spania” dla osób tu mieszkających. A więc: pod oknem tapczan – miejsce spania mamy i moje, prostopadle do niego pod ścianą wąskie spanie dla babci, wiklinowa kołyska Rysia. Dla ojca stałe spanie już się nie mieściło. Na noc poszerzał tapczan szeroką długą dechą. Dziś ją jeszcze mam przed oczyma - w dzień stała oparta o ścianę, w szarym kolorze, zaokrąglona z jednego końca.
Co jeszcze było?! Ciepło. Naprawdę bardzo ciepło. Chyba dzięki ciągle płonącemu ogniowi pod fajerkami kuchenki węglowej. Jakże przyjemnie huczały płomienie. Była też i choinka na Święta Bożego Narodzenia. Stała koło wejściowych drzwi. Gwiazdki na nią robiliśmy z tatą przeplatając długie papierowe paski. Pamiętam doskonale, jak przeszkadzałem mu w tej czynności, siedząc na kolanach, a obok w palenisku kuchni trzaskał ogień. Było tak ciepło...
Byliśmy wtedy jedynymi mieszkańcami naszego rodzinnego domu. Rodziny wujków i cioć przed wybuchem Powstania opuściły Śliwice i przez Choszczówkę wędrowały do krewnych na wieś pod Rawę Mazowiecką. Notabene, sam pomysł wybrania trasy przez Choszczówkę okazał się niezbyt szczęśliwy. Zaleźli się bowiem bezpośrednio w strefie frontowych walk i chyba tylko cudem nikomu nic się nie stało. Wujek Henio Łysakowski walczył w Powstaniu, a po jego upadku nawet nie wiem, gdzie się podziewał. Ale w tamtym czasie nie zdawałem sobie sprawy, że jest jakaś rodzina poza tą z piwnicy.

      Koniec wojny. Zupełnie, ale to zupełnie nie wiem co się działo i jak świętowano to wydarzenie na Śliwicach. Można by rzec za Maxem z filmu „Sexmisja”: „Ciemność! Widzę ciemność!”