^Powrót na górę
  • 1 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 2 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 3 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 4 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
  • 5 Lorem ipsum dolor...
    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur...
książka
księga
Album ten zawiera:
432 rodzinne fotografie, kopie170 akt metrykalnych i 150 różnych rodzinnych dokumentów. Przejrzyj kilkanaście wybranych stron z tego albumu.

STOPKA

Właściciel Henryk Podczaski
Rok założ. 2006.
Kontakt - bishen@wp.pl

Strona genealogiczna w sieci
Genealogii Polskiej

Genealogia Polska

LICZBA WIZYT

                                                                                   Darmowy licznik odwiedzin


Jesteśmy pod 13-tką na parterze. Państwo Szpocińscy.
W latach czterdziestych, ich starszego syna Andrzejka często widywałem bawiącego się na podwórku domu stojącego w sąsiedztwie mojego domu rodzinnego, u państwa Sobocińskich. Bawił się przeważnie w towarzystwie dziewcząt: Stefki, Maryśki i innych, których nie potrafię wymienić. Nie pamiętam, by uczestniczył w naszych „męskich” zabawach. Dlatego mówiło się o nim „babski król”. Gdy minęło kilka lat okazało się, że znalazł się w naszej „paczce” i to nie wszystko. Jak to bywa w wieku chłopaków dwunasto – trzynastoletnich chodziliśmy z nim po ulicy trzymając się za barki. A to oczywiście oznaczało, że jesteśmy dobrymi kumplami i kolegami. Przyjaźń zawiązana w tamtych dziecinnych latach pozostała do dziś. Po upływie ponad pół wieku nadal jest jednym z niewielu przyjaciół z dawnych szczenięcych śliwickich lat. Otwarta głowa humanisty pozwoliła mu zdobyć tytuł profesora socjologii, jest wykładowcą na kilku warszawskich uczelniach i cenionym naukowcem. Miał ogólnie lubianą mamę. Pani Halina bardzo przypominała mi moją. Zapracowana i zatroskana o swoją rodzinę, potrafiła zawsze być miłą, ciepłą panią Szpocińską, ze świętą cierpliwością znoszącą najazd na jej mieszkanie hord urwipołciów, a później rozhukanych młodzieniaszków.

Gersona 19. Tu mieszkał klan Orlińskich z Bogdanem, moim kolegą szkolnym od klasy pierwszej, aż do maturalnej. Bywałem w jego mieszkaniu na piętrze wielokroć i zawsze stając przed wielkim olejnym obrazem wiszącym na ścianie w złotej ozdobnej ramie, doznawałem uczucia zawodu. Głowa rodziny pan Romuald, posiadający uzdolnienia plastyczne, był autorem tego dzieła. Niedokończonego dzieła. Przedstawiało ono las, a właściwie pół lasu – lewa połowa obrazu była dokończona, prawa - jeszcze niezupełnie. Niebo nad lasem zdawało się płonąć czerwienią podkładowej farby. Stąd moje uczucie zawodu, że nie przybrało jeszcze barw właściwych. I chyba tak pozostało, gdyż ojciec Bogdana zmarł nagle nie dokończywszy swego lasu. W suterenie domu Orlińskich mieszkała moja szkolna koleżanka Alka Zych z rodzicami. Nie wspominałbym może o tej skromnej rodzinie, gdyby nie oryginalna forma, w jakiej zwracała się pani Zychowa do mojej mamy:
- „Pani Podczaskowa!” – wołała.
I słusznie, jeżeli jest Zychowa to jakże może być inaczej niż „Podczaskowa”.

 

Gersona nr 20. Na piętrze mieszkali państwo Rudkiewiczowie, a może Rodkiewiczowie, z córeczką Hanką. Byli naszymi dobrymi znajomymi, zwłaszcza wujka Heńka Łysakowskiego, z którym pogrywali w brydża i bywali u siebie. Hanka chodziła ze mną do jednej klasy. Teraz powiedziałoby się o niej, że była bardzo puszysta. Ładna, miła, ale puszysta. W trzeciej albo czwartej klasie jedna z koleżanek doniosła mi, że Hanka chce ze mną „chodzić”. Ja nie chciałem, miałem inne znacznie ważniejsze obowiązki - wojny, podchody itp. Około 1950 roku po śmierci pani Rodkiewicz, Hanka z ojcem wyprowadziła się ze Śliwic.

Gersona nr 21. Sobocińscy. Dom stojący obok naszego za „przechodniakiem”. Bezpośrednio po wojnie nasz ogród odgrodzony był od owego „przechodniaka” i od strony wychodzącej na Modlińską wysoką siatką o dużych oczkach. Połatana drutem, pogięta, miała nieszczególny wygląd, ale umożliwiała obserwację „terenu” i widziałem doskonale z naszego tarasu co też dzieje się u sąsiadów, a działo się wiele. Na podwórku ciągle uchylona pokrywa szamba ( osiedle nie miało kanalizacji miejskiej) stwarzała nie lada zagrożenie. I stało się! Mała, może dwuletnia Stefa Sobocińska, pchając przed sobą wózeczek z lalkami, nie zauważyła niebezpieczeństwa i wjechała prosto w niezbyt ładnie pachnące czeluście szamba. Szczęściem ktoś dorosły był w pobliżu i uratował małą sąsiadkę. Odtąd pokrywa starannie zakrywała niebezpieczny otwór.
To bardzo dobrze, gdyż obok mieliśmy punkt zborny! Trzepak – wspaniała metalowa konstrukcja, której głównym przeznaczeniem wcale nie było odkurzanie dywanów. Zmontowany na stalowych słupkach chyba z ramy starego łóżka, stojący tuż-tuż przy „przechodniaku”, służył nam za miejsce spotkań towarzyskich i oczywiście do gimnastycznych popisów, np. powszechnie znanych fikołków na dolnej lub górnej rurze, czy bicia rekordu świata w zwisie głową w dół na czas, z zaczepionymi jedynie palcami stóp o górną rurę. Wyniki przeważnie zostawały oprotestowane przez „urywającego się” zawodnika, gdyż jego zdaniem sędziowie „odliczali” czas zbyt wolno. W każdym razie ogólnodostępny „sobociński” trzepak (podwórze początkowo nie było ogrodzone ) i pobliski czołg zawsze posiadał pełną „załogę”.
Później, tuż obok na wyciągnięcie ręki, pojawił się cud techniki motoryzacyjnej – chyba jedyny samochód na Śliwicach – Fiat 508, a może Opel; nie jestem tego pewien. Pan Sobociński był taksówkarzem. Jego czarne błyszczące auto z kołem zapasowym z tyłu, odchylającymi się kierunkowskazami wzbudzało powszechny zachwyt. Właściciel tego cuda z trudem przepędzał bosych umorusanych znawców techniki, próbujących przynajmniej dotknąć błotnika. W końcu dla świętego spokoju postawił płot, bramę i teraz spokojnie mógł godzinami leżeć pod samochodem, usuwając bez końca występujące usterki.
Na parterze domu Sobocińskich mieszkała Iza Plechinger, koleżanka z klasy. Miałem możliwość często widzieć się z Izą po lekcjach, bo jej taras był tuż tuż obok naszego i przebywając na nich pokrzykiwaliśmy do siebie. Podkochiwałem się w niej po cichu przez kilka lat, zresztą tak jak męska połowa naszej klasy. Po skończeniu podstawówki wyprowadziła się ze Śliwic w siną dal. Została żoną znanego dziennikarza Jerzego Ambroziewicza.

Gersona nr 22.
Doszliśmy do naszego centrum zabaw i „zbijania bąków” w pierwszych powojennych latach - do „budowli”. „Budowla”, „idę na budowlę”, „byłem na budowli” – tak mówiliśmy o budynku przy Gersona 22. Wojna przerwała w stanie surowym wznoszenie tego domu. Nie otynkowany, bez okien i schodów na piętro, bez stropu na poziomie parteru, a jedynie szyny ułożone co niecały metr z czeluścią piwnic w dole, stwarzały olbrzymie możliwości zabaw, skoków, wyścigów i innych atrakcji. Cud boski, że poza lekkimi potłuczeniami nikomu nic poważnego się nie stało. Gdy już opadło się z sił po kilkugodzinnym dokazywaniu, towarzystwo siadało na zewnątrz na trawie, obserwując kolegów grających w „ściankę”- popularną zabawę monetami, pikuty lub nie mniej ciekawą „zośkę”.

No czas wstawać i iść na dach naszego domu, tuż obok, na Gersona 23. Obiecałem przecież pokazać okolice Śliwic...
...Niestety, nic z tego! Musimy odłożyć to na później. Nie dość, że dorośli nie wiem czemu zabraniali wchodzenia na strych, to jeszcze u nas w kuchni - pranie. Przychodziła wtedy z Witkiewicza praczka o posturze balii, do której to balii przykręcała wyżymaczkę, kładła tarę i prała. Gotowała, prała, wyżymała, prała, wyżymała, znowu prała i wchodziła na strych cały boży dzień. Strach było wejść jej w drogę. Jak praczka prała, lepiej było być poza domem. Wyjdźmy wiec i my w dalszą wspomnieniową podróż po naszej uliczce, by nie dostać się w zasięg rąk tej złowrogiej postaci.
Mamy szczęście, bo przeszła burza z ulewą i rynsztoki szybko zapełniły się ciepłą wodą. Wspaniała uciecha dla dzieciarni, która natychmiast wyległa na ulice i boso biegała po tych rynsztokowych rzeczkach chlapiąc ile wlezie. Zabawa po mokre pachy.

Gersona nr 24, dom stojący naprzeciw po drugiej stronie ulicy. Na piętrze mieszkała pani Gwizdalewicz z córką i ojcem panem Papiórkowskim, stolarzem. Obstalowany przez mego ojca i wykonany przed sześćdziesięciu laty przez tego fachowca kuchenny stolik, służy mi do dziś. Prawie antyk. Na parterze, vis-a-vis naszych okien widać było w mieszkaniu krzątającą się rodzinę S. Pan domu był milicjantem i chyba dlatego po służbie pozbywał się trudnych problemów swej pracy przy pomocy szklaneczki albo buteleczki z czerwoną kartką. Poczciwy milicjant. Nie interesowały go zupełnie sprawy Śliwic. Szedł na służbę, wracał z niej i tyle go było widać. Państwo S. po kilku latach opuścili Śliwice i do tego mieszkania wprowadziła się pani Adamczykowa z mężem. Miała blisko do swego biznesu - budy z warzywami ustawionej na miejscu „naszego” czołgu.

Gersona nr 30. Na piętrze Marek Traczyk, młodszy ode mnie o kilka lat; na takich nie zwracało się uwagi. Starsi koledzy – to się liczyło! A jednak on potrafił nas zadziwić i zaimponować nam niezwykłą umiejętnością „wyciągnięcia” rąk ze stawów barkowych, tak jakby nie miał połączenia w panewkach stawowych. Wprawiało nas to w zdumienie i podziw. To mogło powalić na kolana – prawda?
Na parterze mieszkała nasza pani „od śpiewu”, pani Grzeszkiewczowa. Z jej lekcji pamiętam jedynie to, że niesfornych uczniów bardzo mocno biła linijką po łapach. Obok nauczycielki zajmowali mieszkanie Klęczewscy z córkami Hanką i Danką, o których dowiedziałem się dopiero w latach pięćdziesiątych, kiedy Danka została moją bliską koleżanką.

Na Gersona 31 już byliśmy w sklepie „Sobieszka” po słodycze. W 1950 roku sklep na zawsze zatrzasnął swe garażowe podwoje, gdyż wprowadzili się do niego nowi mieszkańcy – liczna rodzina Kiwerskich z nowym kolegą Januszem (trudno dziś sobie wyobrazić, jak mogła ona egzystować w tak ciasnym pomieszczeniu). Ale to już późniejszy rozdział historii naszych Śliwic – czasów młodości.

 

Gersona nr 38. Tu mieszkał fachowiec od kalichlorku. Malarz pokojowy pan Zawadzki był dla nas autorytetem i mistrzem w robieniu i odstrzale ładunków z tym żółtym proszkiem, w czasie wielkanocnym. W tych umiejętnościach nie miał sobie równych nie tylko na Śliwicach, Pelcowiźnie, ale i całej parafii. Podczas procesji rezurekcyjnej wokół kościoła Św. Jadwigi na Pelcowiźnie to jego wystrzały dominowały w całej kanonadzie. A później jeszcze w pierwszy dzień świąt, od czasu do czasu huk wstrząsał szybami śliwickich okien. Wybiegało się na ulicę, by zobaczyć mistrza w akcji, ale tylko w oddali przed jego domem unosił się niebieskawy dym. Mistrza już nie było.

 

Gersona nr 39.
Przedszkole. Nie chodziłem do niego, choć rodzice podjęli taką próbę. Nie dałem się złamać i po dwóch trzech dniach zrezygnowali. Byłem zbyt stanowczy w płaczu.


Wychowawczynią była przemiła pani Klepacka, bliska koleżanka mamy jeszcze z czasów Pelcowizny.
Do przedszkola chodziło się od czasu do czasu wieczorem na filmy. Odbywały się tam dla dzieciarni spektakle z disneyowskimi filmami rysunkowymi. Czarno-białe przygody Myszki Mickey, często przerywane awarią zniszczonych kopii, bardzo mocno przeżywaliśmy. Do dziś pamiętam płynącą na tratwie Myszkę walczącą z rybą-piłą, która próbowała przepiłować na pół ten pływający środek lokomocji.
No i po tej mrożącej krew w żyłach opowieści znaleźliśmy się już na końcu ulicy Gersona.
Copyright © Henryk Podczaski


Facebook youtube