Pelcowizna

Poniższy tekst, odszukany w internecie, pięknie, barwnie i soczyście opisuje historię przedwojennej Pelcowizny; niestety, nieistniejącego już warszawskiego osiedla. Niemieckie działania podczas drugiej wojny światowej prawie zupełnie zmiotły z powierzchni Pelcowiznę a budowa żerańskiej Fabryki Samochodów Osobowych dokończyła dzieła likwidując ocalone z zagłady nieliczne domy. Warto przywołać obrazy z życia tego osiedla, naszkicowane przez nieżyjącego już mieszkańca Pelcowizny by uchronić je od zapomnienia. A czynię to także z osobistych względów - kilkadziesiąt lat mieszkałem w sąsiadującym z Pelcowizną osiedlu Śliwice. Na Pelcowiźnie znajduje się kościół p.w. Św. Jadwigi, w którym byłem ochrzczony, i na tym osiedlu urodziła sie moja Mama... Wspomnienia pana Polikarpa Błaszkowskiego przyozdobiłem fotografiami z moich rodzinnych albumów.

Henryk Podczaski





_________________________________________________________________________________________________________________

             Polikarp Kazimierz Dunin-Błaszkowski

PELCOWIZNA

moja pasja, moja młodość


       Pelcobródno jako integralny organizm został brutalnie przepołowiony nasypem Kolei Nadwiślańskiej w roku 1872. Studiując stare mapy łatwo można zauważyć osie ulic Bródna i Pelcowizny idealnie się pokrywające, chociaż noszące odmienne nazwy.

       Pisać o zaraniu dziejów Bródna i Pelcowizny w porządku chronologicznym jest niemożliwe, choćby z braku dostatecznej ilości źródeł ikonograficznych. Zasłyszane strzępy faktów i domniemań nie zawsze będą prawdą historyczną. O wiele łatwiej wspominać atmosferę, styl życia, charaktery, pragnienia i ciągoty tych wielce rozwarstwionych grup społecznych, zróżnicowanych możliwościami konsumpcji. Obyczaje patrycjatu są mało ciekawe, natomiast folklor plebejatu był zawsze burzliwy, tęczowo barwny i pełen urokliwej fantazji. I właśnie o tej kategorii społecznej spróbuję pisać obszerniej.

       Bródno bez przemysłu Pelcowizny nie mogło się normalnie rozwijać, z kolei bez uciech nadwiślańskich nie mogło zaznać radości letniego wypoczynku. Pelcowizna bez nawiedzania trzech kin i dwóch restauracji Bródna, oraz bez dwóch szkół średnich nie mogła myśleć o rozwoju duchowym. Obydwie dzielnice żyć bez siebie normalnie nie mogły.

       Bród bródnowski, być może przetarty przez kupców ormiańskich, którzy prawdopodobnie zazębiali się z karawanami Jedwabnego Szlaku, znajdował się w łęku ukształtowanym przez dwa strome brzegi Bielan i Żoliborza, w osi obecnych estakad mostu Grota Roweckiego. Zapyta ktoś dlaczego gród i podgrodzie były tak daleko oddalone od dzisiejszego nurtu Wisły? Otóż trzeba pamiętać o topografii tamtych terenów X wieku. Olbrzymie obszary między grodem, a nawet Marymontem, były wiosną zalewane wodą. Rozlewiska Wisły, Brodnicy i pradoliny dzisiejszego Kanału Zegrzyńskiego przedstawiały sobą wielkie jezioro. Tak było wiosną. Budowniczowie zrębów grodu nie myśleli tylko kategoriami suchego lata.

       Minęła dekada wieków. Jeszcze za mojej pamięci, obok stacji Warszawa -Praga istniał ciek wodny porośnięty trzciną,Stacja  Warszawa-Praga w którym pływały kąty - rybki z rodziny ciemików. Wtedy też na pustych jałowych ugorach między rozjazdem estakady a elektrociepłownią w kilku oczkach wodnych rosły liście grządzieli i przepiękne wodne kwiaty nenufarów. Te cudeńka natury podziwiałem podczas wycieczki przedszkolaków z jedynego na Pelcowiźnie przedszkola przy ul. Warmińskiej na posesji Pana Węgrowskiego. Tamże istniała sadzawka, w której udało mi się chwycić dorodnego karasia. Nowe Bródno i Annopol zostały zbudowane na wydmach porośniętych szeroką ostrą trawą zwaną wydmuchszycą. Resztki tych kęp można spotkać i dziś.

       Pewnikiem jest, że złupienie i spalenie grodu bródnowskiego w XI wieku było dziełem hord litewsko - pruskich, które wcześniej i później aż po rok 1480 zapuszczały się w etniczne ziemie Polan niszcząc np. daleki Lublin. Najazdów z reguły dokonywano jesienią. Dlaczego jesienią? Według Karola Szajnochy i innych historyków tamtego okresu, wyprawy północnych plemion miały głównie podłoże ekonomiczne. Pazerność mordów i gwałtów odgrywała również dużą rolę. Otóż złupione stada bydła, objuczone zdobyczą, jako takie były żywą spiżarnią, pozwalającą przetrwać głodną i srogą zimę. Dlaczego Litwini jak Polanie nie gromadzili zapasów polując na tury i łosie przed zimą? Do takich zbiorowych polowań konieczne były konie, dopędzające stada i dźgane włóczniami przez jeźdźców. Konie na północy były rzadkością, ponieważ nieliczne ich egzemplarze były spałaszowane poprzedniej zimy. Obiegowe powiedzenie głodna Litwa sięga tamtych czasów i ma swoje historyczne uzasadnienie. Pamiętać trzeba, że Litwini nie byli wyjątkiem. Zarówno Polanie jak i inne plemiona, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, czynili to samo chociaż często w innych celach. Wiadomo, że Mazowsze, w tym okolice Brodna, pod względem gospodarczym plasowały się w tyle za Wielkopolską, Małopolską i Śląskiem, jednak dzięki dużej rozrodczości cechowały się największą ekspansją. Zasiedlali dziewicze ziemie Podlasia, Warmii i Mazur.

       Etymologia Bródna wzięta od brodu, jest powszechnie znana, wschodni trakt komunikacyjny również. Natomiast istnienie poprzecznego ciągu handlowego obecnej ulicy Jagiellońskiej i szosy Jabłonowskiej wymaga omówienia.

       Otóż jeszcze w zamierzchłych czasach mojego protoplasty rodu - Piotra Dumna, czyli w pobliżu roku 1450, zaopatrzenie Warszawy i różnych osiedli skupionych wzdłuż Wisły dopływało drogą wodną. Produkty zbożowe jak proso, żyto i jęczmień były spławiane Bugiem tratwami z żyznej Wyżyny Lubelskiej. Zaś rzeką Narew w podobny sposób transportowano produkty Puszczy Myszynieckiej i Białej, takie jak mięso dziczyzny, skóry, miód, wosk, czerw oraz jantar otrzymywany w drodze wymiany od plemion Bałtów. Stamtąd spławiano również smołę drzewną, dziegeć i terpentynę, pozyskiwane przez smolarzy kurpiowskich z dymiących mieleszy. Ważnym towarem było również drewno rzadkich gatunków jak cis i jawor. Produkty ciekłe pakowano do beczułek lipowych formowanych z jednolitego pnia.

       Wszystkie tratwy, ukierunkowane na południe, mogły spławiać się swobodnie tylko do Modlina. Przeciwny nurt Wisły nie pozwalał orylom nawet myśleć o dalszej podróży drogą wodną. Nęcąca i łatwa przeprawa na lewy brzeg Wisły pociągała za sobą konieczność dalszego podróżowania przez nieprzetartą, groźną Puszczę Kampinowską. W owym czasie mała Warszawa nie była jedynym rynkiem zbytu. Spora część tratew płynęła nurtem Wisły na północ do Torunia, a może do Gdańska. Oczywiście droga wodna w górę Wisły do Warszawy była żeglowna, jednak tylko na dłubankach - wąskich i długich łodziach popychanych skórzanym żaglem. Transport dużej masy ładunków był niemożliwy. Modlin więc był kresem transportu wodnego i przymusową stacją przeładunkową. Bezużyteczne tratwy powierzano falom Wisły. Flisacy, zaopatrzeni w sól z żup Wieliczki i wyroby żelazne, wracali łódkami po nowy przygotowany już towar.

       Dalszy transport, już kołowy, na leśnej drodze Modlin - bród bródnowski, odbywał się dwukółkami ciągnionymi przez woły. Woźnicami nie byli kmiecie prowadzący stacjonarny, zachowawczy styl bytowania. Mogli nimi być tylko chudopachołkowie wolni, wywodzący się z osiedli nadwiślańskich. Być może byli mieszkańcami Modlina, Warszawy, Jabłonny, Golędzinowa czy Bródna. Czemu nie był to zaprzęg konny? Otóż po pierwsze, wg Aleksandra Bocheńskiego "Początki przemysłu w Polsce" za pociągowego woła płacono tylko 2 zł. 30 gr., natomiast za konia trzeba było bulić 11 zł. Należy pamiętać, że ówczesną złotówka oparta na kopie, była równowartością 60 gr. Koń był narowisty, kapryśny, wół zaś jako zwierzę błotne, ze swoim spokojem i małymi wymaganiami był niezastąpiony. A jaka była konstrukcja wozu? Chomąta były nieprzydatne, wystarczyło drewniane karkowe lub czołowe jarzmo. Dwa koła zbijane z trzech warstw dwucalowych desek spajane drewnianymi dyblami, były bose, nie okute żelazną bednarką. Oś oczywiście dębowa lub grabowa. Denka grubości trzech cali wykonana z lekkiego drewna topolowego. Nadwozie drabiniaste, wyplatane wikliną. Dwa dyszle zamocowane na stałe do denki i jarzma ograniczały niepożądane ruchy bydlęcia w kierunkach bocznych. Bardzo prosty układ hamulcowo - kierunkowy składał się z kołka wbitego w nozdrza i lejców. Dociekliwych odsyłam do wspaniałego, posępnego obrazu Aleksandra Gierymskiego "Pogrzeb chłopski" Mistrzowsko zobrazowany pojazd zaprzęgnięty w siwego woła jest żywcem wzięty z X wieku. Aż dziw, że taka konstrukcja przetrwała dekadę wieków do czasów malarza. Wozy uformowane w karawanę wlokły się z Modlina do brodu bródnowskiego prawdopodobnie dwa dni. Przebyta przez poganiaczy wołów droga napawała ulgą. Mieli za sobą zbójeckie bory Jabłonny, oraz leśne wertepy. Tu przy rozstajnych drogach przy brodzie mogli przenocować na słomie pod słomianym dachem, napaść woły sianem, wtroić jagła i krupy, przekąsić wędzonym udźcem sarnim, dopełnić rzepą, pokrzepić się chmielnym piwem. Kartofli jeszcze nie znano - zastępowała je rzepa. W tym czasie na drugiej półkuli Krzysztof Kolumb dopiero dopływał do psiankowych plantacji Thaiti.

       Jak byli ubrani owi poganiacze? Świetnie zachowane pasy skórzane, którymi się przepasywali ze śladami odstępów regulacyjnych pozwalają mniemać, że byli drobnej postury. Odzież zimowa to kaftan lniany grubo tkany lub lniano - wełniany, gdzie osnową była nić lniana, natomiast wątek stanowiła nić wełniana. Spodnie lniano -wełniane lub nierzadko skórzane. Onuce dość długie pozwalające opasać kostkę i sięgające nieomal łydki, utwierdzone krzyżującymi się rzemieniami. Kożuch rzadko barani noszony często mizdrą do zewnątrz. Ciżmy juchtowe, formowane z jednego fałata skóry. Z natury kosmaci latem nie używali czapek, zimą głowę zwieńczali futrzanymi uszatkami. Oceniali wartość bursztynowych i mosiężnych ozdób. Lubowali się muzyką piszczałek, bębnów i dwustrunowych smyczkowych gęśliczek. Wiara katolicka była ich pokrzepieniem duchowym, mimo to parapsychologia pod postacią diabłów, umarlaków, duchów, strzyg, wiedźm i innych okropności drążyła ich umysły. Bojaźliwi nie spali nocami. Insekty trapiły ich zawsze.

       Po odpoczynku w stanicy rozstajnych dróg i wstępnej wymianie wosku, jantaru i czerwiu na precjoza oferowane przez kupców ormiańskich, jechali dalej do bliskiego już celu podróży. Krzyżujące się błotniste trakty rozstajnych dróg wiodły w prawo przez bród ku licznym młynom Warszawy. Spora część wozów kierowała się dalej na południe traktem dzisiejszej ulicy Jagiellońskiej, znęcona nie tylko zabudowaniami miejskimi Pragi. Otóż za brodem była wielce urokliwa osada trochę garbarska, trochę rozrywkowa : Gołe Dziwki • Golędzinów. Tam oczekiwały powabne panie wiecznego zawodu, pochodzące z miejskiego chłamu społecznego Pragi. Ich kształty Wenus z Willendorfu nęciły każdego. Ciekawe, że miejsce to zachowało swój charakter do lat czterdziestych naszego wieku. Sława "Czarnego Parkanu" Golędzinowa była znana wszystkim mieszkańcom odległych dzielnic. Tamże zbywano skóry surowe. U bram Pragi na towar oczekiwali pośrednicy żydowscy, handlarze, garbarze, młynarze i kaletnicy. Po osiągnięciu Pragi wszystkie surowce powinny być wymienione na potrzebne towary lub sprzedane. Chaos monetarny utrudniał obliczenia, pewniejsza była wymiana towarowa. W tych latach mostu łyżwowego jeszcze nie było, zbudowano go dopiero w roku 1750 - nawet gdyby był myto mostowe byłoby bardzo wysokie, z racji groźby niszczenia mostownic przez racice półtonowych wołów. Wozacy wracali z beczkami wypełnionymi solą i wyrobami żelaznymi powrotną drogą: Golędzinów - Bródno - Jabłonna - Modlin.

       Opisane wyżej poczynania zbiorowości zbliżonej do brodu i Bródna należą do okresu historycznego chętnie penetrowanego przez wspaniałego historyka Pana Profesora Janusza Tazbira, mojego wielkiego rówieśnika. Usilnie polecam Jego rzetelne rozprawy historyczne.

       Pod koniec XVIII wieku rozstajne drogi Pelcowizny ożywiły kierunek wschodni. Karawany wozów wypełnionych ziarnem skręcały teraz w lewo do bliskich Białych Łąk, porośniętych biało - żółtymi, dzikimi rumiankami. Wybudowane tam liczne wiatraki kozłowe pozwalały zemleć zboże na mąkę i kaszę.Przy wiatraku Z aspiratorów tych machin wiatrowych rozsiewane były białe mączyste pyły. O istnieniu resztek wiatraków Białołęki wspomina dziejopisarz Powstania Listopadowego. Były one ostrzeliwane kartaczami przez stronę polską, celem pozbawienia wojsk carskich wglądu w pozycje powstańcze. O jaki strategiczny cel walczono zajadle na płaskowzgórzu Białołęki w roku 1831? Oczywiście chodziło o utrzymanie kontroli nad brodem. Wojska carskie, z wielkimi stratami zostały zmuszone do zaniechania manewru opanowania brodu i szybkiego odwrotu do głównych sił Paskiewicza, stojących pod Grochowem, mając na karku pułki polskie. Czemu zawdzięczano to półzwycięstwo na ugorach Bródna i Białołęki? Otóż nieliczni strzelcy wyborowi wojska powstańczego byli uzbrojeni w nowoczesny oręż - kapiszonówki, uzyskiwane przemytem z Francji. Lekkie karabiny kalibru 7 mm i zasięgu skutecznego rażenia do 200 m. pod każdym względem górowały nad produkowanymi w Tule ciężkimi karabinami skałkowymi, kalibru pół cala, czyli prawie 13 mm. Kapiszonówkę można było odpalać również w czasie deszczu, w podobnych warunkach skałkówka spalała podsypkę na panewce. Niestety tej nowoczesnej broni powstańcy mieli zbyt mało. Moskale czując respekt przed siłą rażenia, wsadzali dodatkowego piechura poza siodłem kawalerzysty, celem najszybszego pokonania strefy morderczego ognia. Dobrze wiedzieli, że szybkoładowana kapiszonówka zdolna była oddać nawet dwa strzały do pędzącej konnicy.

       Być może znana napoleońska taktyka walki " kułakiem " zastosowana przez grupę pościgową polegającą na wyjechaniu na plecach sotni Szachowskiego do obozu Moskali z jednoczesnym uderzeniem całych sił polskich stojących pod Olszynką, zmieniła by losy powstania. Rozkaz nakazywał wstrzymanie pościgu.

       Kościół p.w. Św. JadwigiSiedlisko legendarnej karczmy Pelca prawdopodobnie było usytuowane blisko zbiegu ulic Toruńskiej i Jagiellońskiej na wschód od kościoła Św. Jadwigi. Ślady zabudowy w postaci żałosnych szczątków fundamentów, pobocznej zabudowy, metrowego wzniesienia, kilku wiekowych dębów i rowu odwadniającego, zachowały się do czasów likwidacji Pelcowizny, a więc do roku 1951. Tą kępę drzew i zarośli nazywano w latach trzydziestych - dworkiem. Jest wielce prawdopodobne, że nazwisko Pelc było przezwiskiem powstałym po wyeliminowaniu dalszych niezrozumiałych i zbędnych sylab. Mógł to być jakiś Pelcenstaimner. Z drugiej strony środowisko garbarzy pochodzenia niemieckiego, a tacy właśnie zasiedlali Golędzinów, mogło nadać karczmarzowi przydomek Pelc wzięty od materiału, z którym mieli bez przerwy do czynienia ( niem. pelc - skóra ).

       Z kolei najpierw Polanie, a później mieszkańcy Mazowsza i okolic Bródna nosili nazwiska gminu wzięte od zawodów, którymi się parali, ich antenaci np. Kaleta, Szkutnik, Bartnik. Po latach dodawano literę " c " tworząc staropolskie mile brzmiące nazwy rodów jak : Turzyc, Lipczyc, Ruszczyc, Błażyc... Takie nazewnictwo dotyczyło tylko klas niższych i średnich. Wasale i Panowie nosili nazwiska podparte herbami i dopełnione nazwami miejscowości, z których pochodzili. Były wielosylabowe, bliskie współczesnym. Wyprawy wojenne rodziły mnóstwo nazwisk Nowaków. Każdy nowo upieczony woj tak właśnie był nazywany w drużynie. Wracając do środowiska przybierał to nowe zaszczytne miano.

       Czas wrócić do karczmy Pelca ! Usytuowanie szynku było trafne. Żaden żydowski giszefciarz nie myślał o interesie w miejscach pobocznych czy zacisznych, pozbawionych najwochu. W wybranym miejscu rozstajnych dróg była również pobudowana jedna z licznych wież przekaźnikowych strategicznego telegrafu optycznego Warszawa - Modlin, obsługiwanego przez zaufanego carskiego operatora. Sąsiedztwo tak wysokiej rangi przedstawiciela władzy było z wielu powodów pożądane. W świetle znaczenia wcześniej opisanych wydarzeń, skrzyżowanie rozstajnych dróg było przynajmniej sezonowo zasiedlane. Tak więc karczma Pelca nie była pierwszą - musiały istnieć jej poprzedniczki. Takie historyczne miejsce wybrał Pelc na swoje siedlisko w roku 1826 i zogniskował obok siebie pierwszych osadników Pelcówki. Chwała mu ! Płynęły lata wypełnione powolnym rozwojem przedmieść. Wieści z Warszawy, a szczególnie z Saskiej Kępy, którą kapryśna Wisła ustanowiła na lewym brzegu rzeki, przekazywane coraz liczniejszym mieszkańcom Bródna i Pelcowizny przez wyplataczy i handlarzy słomianek, budziły zgorszenie i zazdrość. Tam kwiat inteligencji warszawskiej i nowobogackich potrafił się bawić radośnie i kulturalnie. W świetle naftowych kolorowych lampionów wytworne damy i panowie wirowali na sosnowych parkietach w rytm przebrzmiałego nieco fagota lub najnowszej polki w szafliku. Skoczne rodzinne obertasy i mazury były przerywnikami łamiącymi wszelkie mody.

       Sukcesorzy, lub być może nowi nieskoligowaceni właściciele karczmy, zamiast okowity i mętnej żytniówki oferowali tu również nowe atrakcje rodem z samego Paryża. Serwowane usługi miały już spory wydźwięk sportowy i kulturalny. Na przyległych łąkach, w cieniu dębów odbywały się ówczesne zawody biegowe "tam i nazad" przeciąganie liny, wyścigi w workach, gry w serso i podobne nieco dziś śmieszne popisy sprawnościowe. Wielce spektakularne wspinaczki na niebotyczny gładki słup zwieńczony pomostem z nagrodami w postaci mało używanej marynarki, butelki piwa a nawet zegarka moskiewskiej firmy Paweł Bure. Na oczach wyelegantowanej w kraciaste marynarki, jasne słomkowe płaskodenne kapelusze, białe getry z nieodłącznymi antypkami w dłoniach, odważni śmiałkowie próbowali swych sił. Z reguły żałośnie obsuwali się w dół na mordę. Tu się bawiono wypoczywano w Buchniku nad Stawem Nywką. Las dębowy szumiał kojąco. Ale to już doba degerotypów i pierwsze lata nowego XX wieku.

       Moda francuska zaczęła rodzić własnych warszawskich apaszy, wywodzących się z mętów społecznych. Brutalni i bezwzględni byli postrachem dzielnic. Dość krótkie ich panoszenie przerwały radykalnie akcje bojówek socjalistycznych P.P.S. Egzekutorami byli nieznani PPS - owcy z innych dzielnic, rola naszych chłopców polegała jedynie na dyskretnym i umownym wskazywaniu celów. Tak się działo we wszystkich dzielnicach Warszawy. Po takich czystkach Bródno i Pelcowizna odetchnęły.

       Okres rozwoju Bródna i Pelcowizny zapoczątkował się po Powstaniu Styczniowym. Nasze dzielnice jak i całe Królestwo Polskie pogrążone w marazmie klęski 1831 roku nie szukało szans rozwojowych. Nieliczne domy, bez geometrycznie wytyczonych ulic, skupiały ludność prowadzącą półchłopski styl życia. Trudniono się rękodziełem, garbarstwem, szewstwem, rybołówstwem i zbieractwem. Garbarstwo, chluba ubiegłych wieków upadało. Dopiero paradoks klęski Powstania Styczniowego gwałtownie zbudził z letargu całe społeczeństwo polskie. Na oczach osłupiałych namiestników carskich nastąpił gwałtowny rozwój wszystkich dziedzin życia kulturalnego, gospodarczego, technicznego i politycznego Ruś jeszcze spała.

       Zarówno Bródno i Pelcowizna dosiedlone przez zubożałych chipów, uwolnionych dekretem Romualda Traugutta, znęconych wolnością i możliwościami zarobkowania znacznie przyczyniło się do rozwoju. Plebejat jeszcze nie miejski, oderwany od roli, znajdował się na nowym miejscu, swoisty, własny styl życia i dążył do wykształcenia własnej tożsamości. Mimo gigantycznych kosztów budowy cytadeli warszawskiej, ukończonej w 1834 roku, nałożonych przez cara Aleksandra II jako kara popowstaniowa, miasto rozwijało się prężnie. Wprowadzony jeszcze przez Napoleona metr i kilogram zwolna porządkowały handel i gospodarkę.

       Wybudowane zagłębie Ruhry kosztem przeolbrzymiej kontrybucji, nałożonej przez Prusaków na Francję w wyniku klęski pod Sedanem w roku 1870, emitowało do Królestwa Polskiego nowe technologie. Pierwszym pionierskim impulsem przemysłowego ożywienia gospodarczego Bródna i Pelcowizny było wszczęcie budowy kolei żelaznej, zwanej Nadwiślańską. Prace zakończono w roku 1877. Połączenia szynowe z węzłem kolei Warszawsko -Wiedeńskiej umożliwiło import ze Śląska ciężkich agregatów do machin parowych dla gwałtownie powstających fabryk Pelcowizny. Głodny i chłonny rynek syberyjski oczekiwał na przeróżne wyroby, poczynając od guzików i zapałek do ciężkich przęseł mostowych.

       Po latach należy przyznać częściową rację margrabiemu Aleksandrowi Wielopolskiemu, który przed pozytywistami widział jedyną możliwą szansę rozwoju Królestwa poprzez pracę organiczną. Fabryki Pelcowizny to Pałatkowa, Zapałkowa, Huta Szkła, Zakłady Nobla, Hangar Kolei Francuskich Wagonów Sypialnych, Rzeźnia, Chemiczne Zakłady Spies'a, Fabryka Mostów. Na terenie Bródna : Kolejowe Zakłady Naprawcze, Fabryka Garnków Wulkan, Huta Szkła i Zakłady Nobla na Aleksandrówku.

       Po dewastacji Fabryki Wulkan przez ustępujące wojska rosyjskie z części rozbiórkowej cegły wybudowano zespół szkół powszechnych przy ul. Bartniczej. Uruchomiona w roku 1907 linia kolejki wąskotorowej Warszawa - Jabłonna pozwoliła niektórym chętnym zatrudnić się w dalekich do niedawna wytwórniach warszawskich i praskich. Ponadto nieliczni przystojniacy mieli szansę ubiegać się o pracę u Hrabiostwa Potockich w Jabłonnie. Zapotrzebowanie obejmowało zawody lokajów, odźwiernych, mastalerzy, sprzątaczy i kucharzy. Wszechwładny Szwajcar gwarantował błyskotliwą liberię. Powabna hrabinia pozwalała dyskretnie podziwiać swoje wdzięki bez żenady. Wracając odziani w regulaminowe spencerki, chwalili pańskie maniery, czystość i lekką pracę na stojąco. Podekscytowani, wyładowywali się na Kaśkach - Bródnoszczankach, które podobno zupełnie nie były gorsze w dotyku od pokojówek hrabiostwa. Marzeniem każdego dworaka był status wykidajły, choć nie każdemu pozwalała na ten zawód moc bicepsów i postura. Z takim liczył się nawet Szwajcar.

       Niespotykane tempo powstających fabryk Pelcowizny dawało możliwość zarobkowania nawet o zgrozo! kobietom i dzieciom. Rosły technologiczne wymagania przedsiębiorców, poszukiwano pracowników wykwalifikowanych, biegłych w sztuce pisania, czytania i sporządzania rachunków. Nieudacznicy i beztalęcia obsuwali się w dół powiększając szeregi biedoty. Natomiast rzutka arystokracja robotnicza zaczynała nieśmiało myśleć o własnych samodzielnych wytwórniach podwórkowych. Niektórym, nielicznym sprzyjało szczęście. W dobie braku obligacji i zysku bez ryzyka wszędobylscy żydowscy lichwiarze bezkarnie penetrowali naiwnych sztywniaków zaciągających długi na pokrycie zobowiązań honorowych. Zawiłe manipulacje finansowe rujnowały wielu.

       Kończył się styk szczęśliwego XIX wieku i groźnego XX wieku. Imperia trzech cesarzy owiane wiatrem przemian, nie wytrzymywały tempa i próby czasu. Wzrastała świadomość narodowa i społeczna wszystkich klas. Po chlubnej kampanii mandżurskiej zawrócona wielka cesarska armada bałtycka zdążyła przyholować na swoich pokładach część sfatygowanych sotni sołdatów. Resztka armii Generała Aleksandra Kuropatkina obuta w bezzelówkowe juchtowe kamasze i wyświechtane mundury przedstawiała sobą widok żałosny. Cóż to wydarzenie ma wspólnego z Bródnem i Pelcowizną? Właśnie ma bardzo wiele ! Otóż sołdaci szybko wyfasowali nowe umundurowanie zgodne z regulaminem. Przestarzałe, jednostrzałowe Berdanki wymieniono na nowoczesne Mosiny, zaś dotychczasowy żołnierski przyodziewek był przez intendenturę zbywany za bezcen za kilkanaście kopiejek - na wagę. Cóż to był za interes?! Mało określeń, to był wielki rajwoch, to był giszeft dla wszystkich. Dla szewców, krawców, handlarzy, pośredników, lichwiarzy i wozaków. Naprawiano, szyto, farbowano, klejono i sprzedawano z dużym zyskiem na miejscu, lub w bazarach Pragi. To była gratka nie lada.

       Nie zamierzam więcej pisać o Generale Kuropatkinie, o jego dolegliwościach odciskowych, nabytych podczas długotrwałego, strategicznego manewru odstępowania od Mukdenu. Po latach szczegółowo zobrazował te wydarzenia niezrównany piewca przedmieść, wielki Wiech Wiechecki, któremu udało się osobiście podziwiać gablotę na Bazarze Różyckiego, z zawartością imponującego odcisku Generała, u znanego wszystkim handlarza przeróżnych maści uzdrawiających. Podobno odcisk ten rekonwalescent ofiarował w dowód wdzięczności wziętemu warszawskiemu felczerowi. Nazwiska nie pamiętam - skleroza.

       Z biegiem czasu wzrastała higiena, umieralność dzieci i niemowląt była przystopowana. Tłumy wyrostków młodzieży samorzutnie szukały rozrywek. Pierwszą nieśmiałą próbą okrzesania i ukierunkowania tego młodego żywiołu były zorganizowane przez Kościół, tak zwane nauki w jedynym w Północnej Pradze kościele przy ul. Ratuszowej. Niestety przed i po naukach nasi antenaci rozgrywali międzydzielnicowe krwawe boje, posługując się pałkami do gry w palanta, kamieniami i szmajdami. Taka szmajda była bronią zaczepną i straszną w skutkach z powodu dalekiego zasięgu i kalibru miotanego burgolca. Wtedy też wśród różnorodnych gier zbiorowych królował palant. Do gry potrzebna była mała, gumowa, lana piłka, nieco większa od tenisowej. Na nabrukowanych prawie ulicach, pełnych kurzu i zielska obszarpani, umorusani glutkowie rozgrywali ważne mecze międzypodwórkowe. Głośne wrzaski i donośne nawoływania "piłka do dołka na poprawkę" rozlegały się nieustannie. Klubów sportowych "Ordon" i "Orzeł", jeszcze nie miał kto zorganizować. Były inne ważniejsze i palące problemy.

       Dzięki fenomenalnej pamięci dat i wydarzeń prezesa Klubu Miłośników Bródna Pana Ryszarda Szołwińskiego będę usiłował pisać dalej o czasach zazębionych już naszą pamięcią.

       Jak żyli, pod jakimi dachami mieszkali, jakie potrawy jadali i jak się ubierali dziadkowie i ojcowie naszych dzielnic? Otóż mieszkali w drewniakach, często w pojedynkach. Dlaczego cała Pelcowizna i Bródno były zabudowane takim łatwopalnym materiałem, dlaczego nie korzystali z cegły? Powód był polityczny. Ukaz carski w zamyśle dążący do stłamszenia Warszawy, zabraniał budowania domów trwałych, murowanych. Prymitywnym pretekstem był argument, że dwa małe forty odlane z betonu i usytuowane daleko w dolinie dzisiejszego Kanału Zegrzyńskiego, powinny mieć po spaleniu zabudowy, artyleryjski wgląd na przedpole. Oczywista bzdura zaborcy. W aspekcie emocjonalnym rozwój podległego Przywiślańskiego kraju znacznie wyprzedzał wegetację większości guberni rosyjskich. To było źle widziane.

       Bardzo trudną przeszkodą w rozwoju budownictwa nawet tego drewnianego była inna perfidna ustawa carska, zabraniająca sprzedaży parceli pod budowę. Ten ukaz był sprytnie obchodzony przez nabywców zasadą dzierżawy wieczystej. Ukazy mało pomagały w rusyfikacji. Polacy byli na to uodpornieni, natomiast urzędnicy rosyjscy i ich rodziny bardzo szybko się polonizowali.

       Na pytanie skąd pochodziła część budulca na drewniaki nie trudno było odpowiedzieć po bombardowaniu domów we wrześniu 1939 roku. Rozprute domostwa obnażały swoje tajemnice. Widok był szokujący. Wiekowe trzy i czterocalowe bale ze śladami wklęsłych wyszparowań pod wręgi kryp statków żaglowych, świadczyły o ich pierwotnym przeznaczeniu. Żegluga na Wiśle świetnie prosperowała pod sprawnym zarządem spolszczonego Żyda Fajansa, wielkiego dobroczyńcy inwestycji warszawskich, siła przebicia jego finansów torowała drogę również przedsięwzięciom charytatywnym. Żegluga, jako sezonowy środek transportu nie wytrzymała konkurencji z uruchomioną w 1877 roku Koleją Nadwiślańską. W trybie nagłym cała flotylla drewnianych, płaskodennych kryp poszła pod młotek likwidatora. Po rozbiórce materiał posłużył do wznoszenia domów Pelcowizny, budowano również ze znacznie droższego nowego materiału. Elewację budynków sposobiono ze struganej jednostronnie szalówki sosnowej zbijanej na felc. Całość malowano farbą olejną o obowiązującej barwie brązowej. Grań dachów kryto drewnianymi topolowymi gontami pasowanymi na felc. Produkcja gontów była prosta i tania. Deszczółki były łupane beż użycia pił. Taka konstrukcja dachów była szczelna i mogła od strony północnej przetrwać nawet 20 lat. Galanteria wnętrz to trzcina mocowana drutem i gwoździami, oraz gładka wyrzutka wapienna. Sufit biały. Ściany malowano farbami klejowymi o wymyślnych krzykliwych kolorach i fantazyjnych motywach roślinnych. Mistrzami sztuki malarskiej byli bracia Fijałkiewicz, którzy w pustych echonośnych pomieszczeniach popisywali się melodyjnymi gwizdami. Taki koncert był niezbędny do ich artystycznych inspiracji kolorystycznych. Okna trzyszybowe z oberluftem. Szczelne filągowe, dwubortne okiennice, utwierdzane na noc sztabą i przeszpilane calowym bolcem dawały poczucie bezpieczeństwa. Świetliki okienne w kształcie serduszek sygnalizowały brzask. Wnętrza kuchni przyozdabiano gustownymi, ręcznie haftowanymi makatkami. Na nich kwiatuszki i napisy panegiryki na cześć męża w rodzaju : "każda żona tym się chlubi, gdy gotuje co mąż lubi" albo "Anielciu, kocham Cię". Ostatni cytat nie świadczył o istnieniu pantoflarzy. Każdy mąż był przesadnie szanowany, choćby z racji dostarczyciela złotówek. Regułą był powrót mężów w ubraniu roboczym. Oczekujące stęsknione żony, w oparach przed chwilą ugotowanej kartoflanki, zwyczajem śląskim myły spracowane mężowskie torsy w szafliku na stojaka. Przy okazji posikiwały ze szczęścia z racji posiadania pracującego oblubieńca. Być może ten sanitarny rytuał przywracał ochotę i trwałość małżeńską. Rzeczywiście rozwodów nie znano.

       Rozrodczość była imponująca. Plaga współczesnych stad małżeńskich - syndrom nietolerancji, cichych dni, pieniactwa i konfliktów o byle co, wtedy nie miał miejsca. Żony niekonfliktowe? Czy to możliwe? Wtedy tak ! Najbardziej krnąbrne dzieci zwracały się do rodziców :mamusiu, tatusiu, natomiast zaocznie mawiali: moja muterka, mój faterek. Okna zawieszano firankami często własnoręcznie wycinanymi z białego papieru. Na parapetach stawiano donice z zielami. Obok w słoikach egzystowały przemiłe bezkręgowce - pijawki, które radykalnie wypijały złą krew i leczyły wszystkie choroby.

       Po wydeptanych, niebrukowanych ciągach pieszych i ścionkach snuli się domokrążcy oferujący przeróżne towary. Ich wrzaskliwe zachwalanie nie raziły nikogo. Przecież to był akceptowany, miły gwar przedmieścia. Na uwagę zasługują usługi druciarzy pękniętych garnków glinianych. Technika ich napraw polegała na uszczelnieniu pęknięć wymemłanym w ustach chlebem, a następnie artystycznym odrutowaniu. Pochodzili z Galicji. Na pytanie jak bogaty jest wasz cesarz? -odpowiadali: ma dwa domy z garnkami a drutu ho! ho! ho!


       Zwolna świtała wyśniona jutrzenka niepodległości. Przenikające przez front "Wiadomości Polskie " drukowane w Galicji, pisały dziwy o Legionach Józefa Piłsudskiego. Zdemoralizowana i wielonarodowa armia rosyjskiego zaborcy zwolna opuszczała Przywiślański Kraj, niszcząc lub wywożąc co się dało. Małopolska Wschodnia była spustoszona. Przewaga mauzerów i maniicherów nad mosinami była druzgocąca. Jeszcze mało zdemoralizowane korpusy niemieckie i austriackie parły na wschód.

       Nastąpiła krótkotrwała wymiana zaborców. Dzięki tym zmianom Zarząd Miejski mógł łatwo wcielić do organizmu miejskiego niektóre przedmieścia w tym Bródno i Pelcowiznę. Był rok 1916. Zlikwidowano chaos podwójnych nazw ulic. Przykładowo moja ulica Warmińska nosiła nazwę Moniuszki. Ulic o tej nazwie w Warszawie było kilka. Oficjalnie nadano nazwę Pelcowizna, zamiast tu i ówdzie krążącej nazwy Pelcówka. Chwała ówczesnemu Magistratowi Warszawy za obdarowanie Pelcowizny przepięknymi nazwami ulic, wywodzących się z prastarych ziem Polski Północnej, są to ulice Toruńska, Pomorska, Bojanowska, Warmińska, Dobrzyńska, Kartuska, Malborska, Chełmińska, Wyszogrodzka, Helska, Królewiecka.

       Drzemią dziś pod fundamentami hal fabrycznych FSO - DAEWOO czekając cierpliwie na tabliczki znamionowe o treści: TU BIEGŁA ULICA... Z totalnej zagłady resztek ocalałych budynków pozostały tylko dwa obiekty : Kościół pod wezwaniem Św. Jadwigi i gmach Szkół Powszechnych Nr. 113 i 160 włączonych do molocha budynków administracyjnych FSO - DAEWOO. Na fasadzie tego niegdyś przepięknego budynku, jak dotychczas nie mogłem doszukać się spiżowej tablicy o treści: "W tym budynku w latach 1935 - 1940 mieściły się szkoły Nr. 113 i 160 pod dyrekcją Pana Czesława Żmudzkiego i Pani Chróścickiej". Wrócę do roku 1916. Nowe niemieckie zarządzenia ustanowiły tak zwane halty rogatkowe. Znienawidzeni Szulc - policaje bezlitośnie rekwirowali każdą żywność, nawet otręby. Warszawa przeżywała nieopisany głód, miasto się wyludniało, mieszkańcy emigrowali do bliższych i dalszych wsi. Wreszcie demoralizacja ogarnęła również armię cesarza Wilhelma II. Epos odzyskanej niepodległości ogarnął wszystkich. Radość była spontaniczna. Byliśmy wreszcie u siebie. Nie śmiem tykać tego chwalebnego okresu swoim nieudolnym opisem. Część fabryk Pelcowizny po odejściu rynku syberyjskiego zbankrutowała. Wkradło się bezrobocie i bieda. Wprawdzie młoda administracja Polski gwałtownie potrzebowała fachowców do obsadzenia urzędów miejskich, jednak Bródno i Pelcowizna takich rodzimych urzędników miała niewielu. Nastąpił zalew inteligentów z Małopolski. Nazywani byli żulikami, chociaż oni właśnie pierwsi puścili w obieg to określenie, adresowane do rodzimych mieszkańców, którzy systemem ping-pongowym przykleili to określenie im samym. Powstały komisariaty nr. 18 na ulicy Toruńskiej i komisariat nr. 25 na Bródnie, obsadzone głównie oficerami legionowymi.

       Kalendarze zmieniały się szybko. Wreszcie królował znamienny dla mojej pierwszej pamięci Anno Domini 1929. Rok upalnego lata i pięknej zimy, rok różowych dziecięcych wspomnień. Coraz mniej mówiono o okropnościach minionej wojny. Tylko w Dzień Zaduszny widziało się jej skutki. Setki kalek byłych żołnierzy, z obnażonymi kikutami kończyn, żebrało prosząc przechodniów o jałmużnę. Cały ciąg głównej alei cmentarza był zasłany postaciami kalek przeważnie żołnierzy. To były smutne wspomnienia.

       Wystrój mieszkań uległ dużym zmianom. Na ścianach widziało się teraz białą broń, proporczyki, czapki rogatywki, medale i odznaczenia. Wszystkie pamiątki mocowane do dywanu przytwierdzonego do ściany frontowej. W ośrodkach kulturalnych i domach ludowych śpiewano pieśni patriotyczne "Tysiące walecznych", "Tam do polskiej armii", "Legiony to". Mieszkałem przy głównej ulicy Pelcowizny, czyli ulicy Warmińskiej 18, która szczyciła się 3 - piętrową kamienicą Pana Wojciechowskiego i obecnością gabinetu dentystycznego Pani Dietrich. W centralnej, środkowej części dymiła piekarnia Pana Polańskiego. Nieopodal usadowiły się dwie masarnie Panów Frinta i Biniędy, którzy za bezcen pozbywali się okrawków przeróżnych wędlin. Ich ofertą firmową były pakiety różnych krajowych wędlin, czyli rozmaitości. Trudno nie wspomnieć o ciastkarni Pana Pawlaka, gdzie trafiało się nabyć pękatą torbę okruchów za 30 groszy, trafiały się również mniej smakowite ciastka z wyszczerbionym narożem. W głębi ulicy mieściła się odlewnia ołowianych precjozów Pana Santorskiego, roznosząca wokoło mdły zapach farb nitrowych. Modelarzem odlewni był mieszkający nieco dalej przy ul. Pomorskiej wielce utalentowany rzeźbiarz Pan Niechciał. Duża stolarnia Pana Zybekiera dopełniała splendoru mojej ulicy. Zaś dwa małe żydowskie sklepiki z galanterią i żydowska pracownia krawiecka Pana Gurmana oddawały pełen wizerunek mojej ulicy, przepraszam naszej ulicy. Nawiasem pisząc rodzina Gurmanów miała niebywałe szczęście. On krawiec, jego żona i żony brat, będąc w różnych miejscach przeżyli okupację.

       W latach 1935 - 1936 ulica została wybrukowana, oświetlona latarniami gazowymi i wyposażona w linię wodociągową. Ujęcie miejskiego publicznego kranu czerpalnego znalazło swoje miejsce przy samej piekarni Pana Polańskiego. Społeczność żydowska zajmowała wąski, zachodni skraj ulicy blisko ciągu komunikacyjnego ulicy Modlińskiej i kolejki wąskotorowej. Tam był pożądany ruch podróżnych i rajwoch handlowy. Bożnica obrządku żydowskiego była w pobliżu dzisiejszej elektrociepłowni żerańskiej. Ze wszystkich uciech ulicy na czoło wysuwały się igraszki wokół wspomnianego ujęcia wodnego, obudowanego maleńką budką, w której rolę operatora kranu pełnił wesoły a zarazem piekielny staruszek. Opłata za wiadro wody wynosiła l grosz, wkładany do wysuwanej szufladki. Zabawa polegała na próbie napicia się resztek kapiącej wody i gwałtownym uskoku, ponieważ dziadunio natychmiast włączał pełen strumień celem oblania intruza. O ile ten manewr był skuteczny operator promieniał ze szczęścia. Natomiast nieoblanie śmiałka wprawiało staruszka we wściekłość demonstrującą się spektakularnym wyskokiem na ulicę, wymowną gestykulacją i pogróżkami. Zabawa była obopólna. Nastolatkowie niedbale wsparci o sztangi bram, obserwowali przechodniów snujących się w różne strony, chodnikiem ułożonym tylko po stronie parzystej. Z humorem komentowali opisy zadków, łydek i uczesań defilujących panienek.

       Życie podwórkowe koncentrowało się przy wejściach do sieni. Po zakończonych zajęciach kuchennych, wieczorami bezzębne matrony o wzroku bazyliszka, siedząc na mikroskopijnych stołeczkach przelewały swoje obfitości ku dołowi snując złowróżbne opowieści o duchach i wiedźmach. Struchlała gawiedź dygotała łydkami, przyjmując wszystko za prawdę. Otrzaskana kulturalnie część lokatorów opowiadała z przejęciem o tematyce przeczytanych ukradkiem książek podczas gotowania kapuśniaku. Opowiadano o filmach, nazwiska aktorów i reżyserów uchodziło pamięci, najważniejsze, że on i ona strasznie się kochali. Dość często komentowano zwycięstwa Pytlasińskiego i innych zapaśników - Garkowienki i Sztekiera. Można było nasłuchać się o karkołomnych wyczynach ekwilibrystów z renomowanego cyrku Staniewskich. Nad dachami pojawiał się często górnopłat RWD 6. Doskonale widoczne zawody balonowe o puchar Gordon - Benetta fascynowały wszystkich mieszkańców. Potężne aerostaty były dobrze widoczne, na ich cześć gołębiarze podrywali do lotu również swoje stada. To było niezapomniane widowisko. Taka pojemność - 2200 m3 robiła wrażenie.

       Na wydeptanych do twardości betonu podwórkach, małolatkowie grywali w pikuty i ciupy, najlepszym narzędziem do ostatniej gry były starte hacele wykręcone z podków końskich. Jednak gra w klisze ołowianymi plombami przewyższała wszystkie inne. Środkiem płatniczym były pojedyncze lub zaspolone piątki klisz pocięte z przebrzmiałych taśm kinematograficznych. Bardzo istotną ich cechą było samotlenie, konieczne do sporządzania smrodliwych petard. Najwyżej cenione były kadry z podobizną Toma Mix'a, Ken Maynarda i Tarzana. W tej grze plombami miarami celności były cztery odległości: kupka, szerokość kciuka, rozstaw kciuka i palca wskazującego, oraz odległość zawarta między kciukiem i palcem serdecznym. Te wyznaczniki były odpowiednio płatne kliszami. Wszystkie gry i zajęcia były gwałtownie przerywane z chwilą zjawienia się domokrążców podwórkowych, prezentujących różne popisy wokalne i instrumentalne, a nawet przedstawienia kukiełkowe nad parawanem. Bywały koncerty cymbalistów grających na napełnionych wodą butelkach. Najbiedniejsi artyści grywali na organkach. Grosiki zawinięte w papierek były rzucane z lufcików pod nogi koncertującym. do artystycznych wzruszeń należały również obserwacje poczynań blacharzy lutujących dziurawe garnki. Najciekawsze były momenty rozpalania ognia w pomachawce i okrężne jej wymachiwanie. Każdy berbeć wchodząc do sklepu stawał się kawalerem, dziewczyneczka panienką. Sprzedawca nie lekceważył młodych klientów. Ważna była wymiana kilkunastu pestek na 3 grosze.

       Moją pasją, moim wyborem, oprócz rozkołysanych bioder rówieśniczek, bo czegoś więcej jeszcze nie miały, były uroki nadwiślańskich chaszczy i kino. W zaraniu pamięci duże wrażenie wywoływał niemy kinematograf nieregularnie wyświetlający filmy w Domu Ludowym nad Wisłą. Takie obrazy nie miały czołówki i końca. Ostatnie sekwencje brakujących kadrów dopowiadał werbalnie operator. Obydwa skraje taśmy były niemiłosiernie sfatygowane. Moda kina podniecała wszystkich.

       Usytuowane na Bródnie trzy kina : Klub, Kolejowe i Kino Domu Dozorców, ściągało komplety widzów. Do kina Klub, zbudowanego z betonu z balkonem, chadzał patrycjat na najnowsze filmy za 25 groszy. Wprowadzającą była obfita i przystojna Pani Irena Niedzielska, mieszkanka dalekiej ulicy Strzeleckiej 10. Natomiast kino "Dzidówka" w Domu Dozorców pozwalało młodzieży plebejskiej obejrzeć przebrzmiałe obrazy lat 1920 - 1933 za jedyne 10 groszy, jednak tylko w sektorze podekranowym na ławach i parkiecie posypanym trocinami. Wyżej za balustradą siedzieli szczęśliwcy, rozparci na krzesłach za 25 groszy. Odźwiernym, strzegącym wrót i porządku był dobroduszny, przygarbiony Maniuś. Miał wiele denerwującego zajęcia z wyrostkami ciągnącymi z Targówka przez główną aleję cmentyka. Hersztem tej bandy łobuziaków był znany tamtejszy cwaniak Ryszard Dłutek. Pogardzał mieszkańcami przysłowiowego Kołkowa. Marzeniem każdego bywalca była chęć posiadania 20 groszy, 10 na kino, reszta na pańską skórkę, którą przed wejściem do kasy sprzedawała krzykliwa piękność. Nabyte łakocie i bilet pozwalały przez cały seans delektować się podwójnie : ekranem i słodyczą w gębie. Najczęściej odwiedzałem tanie kino Domu Dozorców, właśnie ufundowane z ich składek. Na piętrach mieściło się Gimnazjum im. Lisa Kuli. Obejrzałem mnóstwo głośnych obrazów : Ben Hur, kurier Carski, Ostatnie Dni Pompei, Ostatnia Salwa, Władca Podziemnego Świata i wiele, wiele innych. Hary Loyd, Pat i Patachon, Flip i Flap, Sielański, Fertner, Dymsza, rozśmieszali do łez całą widownię. Pamiętny film Pudowkina : Burza nad Azją wywarł duże wrażenie nie tyle na mnie co na moim ojczymie, który był uczestnikiem I Wojny Światowej. Przepiękny wtedy młodzieżowy film Kala Nag, oglądany powtórnie po 30 latach wydawał mi się nudny. Niestety wymagania i ząb czasu zrobiły swoje. Zapotrzebowanie na wyższego rzędu emocje zdeklasowały dziecięcą ocenę.

       Najpóźniej udźwiękowione kino Kolejowe wyświetlało filmy miłosne i mniej atrakcyjne. Utrapieniem były kolumny przesłaniające niektórym widzom ekran. Powtarzana z wypiekami na twarzy, treść filmu " Ostatni Mohikanin " była dla mnie nie znana. Bardzo żałowałem. Z Pelcowizny do kin Bródna było daleko, jednak jazda tramwajem nr. 21 odstraszała każdego, który chciał zaoszczędzić 25 groszy na następny film.

       Do kina Dozorców chodziłem z grupą rówieśników. W kinie Klub i Kolejowym bywałem przeważnie z rodziną.

Celowo pozostawiłem opis najatrakcyjniejszych rozrywek na koniec. Wszyscy bez wyjątku młodzi mieszkańcy Bródna i Pelcowizny byli pasjonatami uroków Wisły. W zimowej scenerii jazda na stalowych turfach, hokejach, halifaksach, śniegórkach i kopyciankach dawała możliwości wyżycia i przepalenia nadmiaru wigoru. Biedni łyżwiarze przytwierdzali sznurkiem do butów kopyciaki, wykonane własnoręcznie z drewna, okute drutem. Otwory pod sznurek przepalano gorącym ostrzem pogrzebacza. W jednej dyscyplinie kopyciaki górowały nad łyżwami stalowymi. Mianowicie podczas zjazdów ze stromego, oblodzonego wału przeciwpowodziowego. Łyżwy z prawdziwej fabrycznej produkcji wymagały uzbrojenia obcasów w blaszane płatki. Do zawodów hokejowych używano dość grubych krzywulców wikliny wyciętych łyżwą z pobliskiej kępy chaszczy. Jako krążka używano często zmarzniętego na kość karofla lub pudełka pasty Dobrolin.

       Bardzo modną konkurencją były skoki. Rozpędzony łyżwiarz od wyznaczonego patykiem miejsca, powinien poszybować tak daleko, aby zdynstansować konkurentów. W dniach porywistego wiatru rozpinano kapotę zmuszając ją do pełnienia roli żagla. Wiatr niósł takich bojerowców do wysokości Tarchomina. Wszystkie konkurencje odbywały się na skutych lodem segmentach prakoryta Wisły, poprzegradzanych tamami. Tu tafle lodowe były idealnie gładkie. Wypływający ciepły ciek kanalizacji Warsztatów Kolejowych pocieniał grubości tafli w rejonie ujścia.

       W tym miejscu osobiście doznałem rozkoszy załamania lodu. Pływałem wzywając pomocy przez 30 minut. Rady rówieśników, abym rzucał się na lód były absolutnie bezsensowne. Nie mogło być takiej siły, która wyniosła by mnie na wysokość kruchej tafli. Zawdzięczam ocalenie uczestnikom libacji powiadomionych przez 6 - letnią dziewczynkę. Kompletnie pijani, zamroczeni alkoholem moi wybawcy wielokrotnie przewracali się ciągnąc ze sobą zbawienny długi drąg, którym bezbłędnie z dużej odległości potrafili wymierzyć środek oczka wytworzonego przerębla. W tym feralnym miejscu nie było gruntu. Wszystkie próby wsparcia się łokciu i zarzucenia kolana na lód kończyły się niepowodzeniem. Zmęczony odpoczywałem podpierając się brodą o krawędź lodu i ponawiałem manewr. Niestety tym razem grubość lodu była zbyt cienka. Zalany zegarek zarejestrował godzinę wpadki, upłynęło 30 minut, zimna nie czułem. Dopiero uchwycenie zbawiennego drąga pozwoliło mi samodzielnie wycapirgać się z opresji. Co za ulga i hańba - życie zawdzięczać pijakom? Po roku, stojąc pod Czerwonym Olkiem, zdrowie a może życie zawdzięczałem złodziejom Złotej Górki.

       W tym czasie zimowych zabaw nadwiślańskich na terenie zamkniętym Klubu Sportowego " Ordon " zorganizowana była ślizgawka dla sztywniaków, maminsynków i powolniaków. W świetle żarówek elektrycznych, początkujący usiłowali ślizgać się wsparci o odpłatnie wynajmowane krzesełka, zaopatrzone w płozy.

       Wiosna i jesień raczyła wielu przyjemnością wędkowania na spławik, grunt lub sznur. Główny nurt Wisły obfitował wtedy w ryby nazywane ślizami. Przyhaczykowa część wędki to biały włos z końskiego ogona. Haczyki należało kupić. Dorośli na dużą skalę uprawiali rybołóstwo z pomocą długich sieci - drygawic lub z łodzi siatką na podrywkę. Przerośnięte grube gałęzie wikliny były szybkopalnym materiałem opałowym.

       Wielohektarowy pas zieleni i oczek wodnych, leżący wzdłuż prawego brzegu wiślanego od Tarchomina do Golędzinowa formalnie należał do Urzędu Miasta, czyli w pojęciu mieszkańców były to tereny niczyje.

       Do uroków lata należała możliwość plażowania, kąpieli i pływania. Wtedy nikt nikogo nie uczył sztuki utrzymywania się na powierzchni. Pływanie dzieliło się na klasy. Wyższą konkurencją było przepłynięcie rzeki w grupie, trudniejszą samotnie. Przykosy nurtu znosiły śmiałków poza Marymont. Szczytem umiejętności pływackich był bardzo trudny i niebezpieczny manewr kabotażu płynących statków spacerowych, najlepiej Bajki lub Halki. Taka sztuczka wymagała precyzyjnego wyliczenia dystansu tak, aby możliwie blisko znaleźć się przy kadłubie, jednak bezpiecznie daleko, aby nie oberwać po głowie tarapatami koła napędowego. Po jego minięciu należało energicznie zbliżyć się do rufy i uchwycić ster. Wdrapanie się po sterze na pomost spacerowy nie było już trudne. Natomiast spotkanie z oczekującym już śmiałka bosmanem uzbrojonym w bosak, zmuszało do efektownego nura. Wszystko na oczach plażowiczów i struchlałych dam na pomoście statku.

       Nadrzeczne wiklinowe zarośla łagodziły podmuchy zimnego wiatru, zaś rozgrzane łachy piasku pozwalały usypywać intymne grajdołki. Dni upalne napełniały ulicę Toruńską maszerującymi amatorami wiślanych kąpieli. Ciągnęli z Bródna, Aleksandrówka, Annopola pojedynczo lub w grupach. Targali z sobą czajniki, kanki i konewki napełnione wodą pitną lub kawą zbożową firmy Stella Wzniecali tumany kurzu. Wśród różnorodnie odzianych piechurów wyróżniał się chłoptaś w ciepłych zimowych portkach zwanych korsarskimi, podpinanymi na wysokości łydki, pochodził z Aleksandrówka. Bliżej poznany w Szkole Kolejowej dostąpił zaszczytu bycia moim przyjacielem. Dzieliła nas przepaść rozbieżnych przekonań i poglądów. Mimo tych różnic Lechosław Zakrzewski pozostał mi bliskim przyjacielem do dziś. Wisła kształtowała życie zbiorowe i towarzyskie, zawiązywały się znajomości i sympatie wzniecane bliskością obnażonych ciał bródnoszczanek.

       Podczas uroczystości odpustowych w kościele bielańskim, wynajęte krypy żwirników przewoziły na lewy brzeg odświętnie ubranych obywateli. Oczekiwali tam nie tylko strawy duchowej, ale również uciech doczesnych. Orkiestry dęte grały w rytm obracającej się karuzeli. Obrotowe huśtawki mroziły krew w żyłach czcigodnych, sędziwych dam. Obwarzanki, rogaliki, cukrowa wata, motyle drewniane i jojo amerykańskie nęciły wzrok dzieciarni. Starsi, nieruchliwi panowie popijali piwo u Bochenka. Nienasyceni wrażeń podążali dalej do nowych przyjemności niedalekich Młocin.

       Święto Dni Morza celebrowano również nad Wisłą, dziewczęta spławiały wianki z zapalonymi świeczkami. Strzelano z rakietnic i petard. Na doskonale widocznym przeciwległym brzegu efektów świetlnych było wprawdzie więcej, jednak piosenek marynistycznych tam nie śpiewano. Kto teraz puszcza wianki? Ofiaruję pół konia mechanicznego z mojego malucha dla takiego wariata.

       Cyrk pałatkowy Moric'a rozbijał swoje zadaszenie początkowo na posesji pana Nagibaora przy ulicy Kartuskiej. Później na ogrodzonym terenie K. S. Ordon. Moric - wielki artysta, śpiewak, tancerz i niezrównany naśladowca typów, sprytnie ściągał widownię przy pomocy własnych metod. Otóż wybierając nowe miejsce pytał znających teren współbraci o najgroźniejszego puryca, czyli herszta tutejszych cwaniaków. Oczywiście wszyscy wskazywali na Jankoszczaków. W poufnej rozmowie ofiarował każdemu z nich 5 zł. w zamian za przyrzeczenie nie mieszania się do treści jego programu. Niepostrzeżenie przyswoił sobie gwarę językową i mimikę braci. Na pierwszym spektaklu gwoździem programu były typy fetniaków z Pelcowizny, Bródna i Annopola. Publika szalała oczekując nadaremnie nadejścia Jankoszczaków. Obiecywano sobie mordobicie Moryca, poprzecinanie lin plandeki, wywrócenie kasy i pozbieranie moniaków z przewróconej blaszanki. Nic takiego nie nastąpiło. Bracia byli biedni ale honorowi. Płaskie skecze i piosenki poparte jednak mistrzowską mimiką, robiły wrażenie. Do dziś błąkają się słowa kupletu :... ach Calusiu, ty cip - cipusiu, ach tyś podła, tyś mnie uwiodła, dziś jestem zły... Według chełpliwych zapowiedzi Moric'a wszyscy jego areniarze byli wykupieni za grube pieniądze z renomowanego cyrku Staniewskich. Fantastyczna sztuczka picia wody z pozycji odwrotnej inspirowała młodzieniaszków do naśladowania. Przytroczeni za nogi do konara akacji bezskutecznie usiłowali opróżnić napełniony kubek. Cyrk przestał istnieć materialnie, rozebrany na ekrany maskujące wojskowy ruch ulicy Modlińskiej podczas obrony Warszawy we wrześniu 1939 roku. Najmłodszy z rodziny Jankowskich - Ryszard, mechanik pokładowy LOT, osiadł w Łomiankach, zamieszkał w willi zaprojektowanej przez siebie. Niestety większość jego wspomnień nie nadaje się do opublikowania z powodu makabrycznych wątków.

       Świetlane postacie cwaniaków Pelcowizny to także bracia Korelin z ulicy Kartuskiej. Getlerzy Wacek i Jurczyn, Antoni Sosnowski, Kozłowski, Kukuła -Kukulski z ulicy Warmińskiej i wielu, wielu innych. Byli solą i pieprzem folkloru dzielnicy, nadawali jej specyficzny smak. Żyli w głębokim transie wrażeń pulsującego obok życia. W dobie braku rozrywek płynących z głośników radiowych, jedynym udźwiękowieniem pomieszczeń były śpiewające kanarki. Cena takiego ptaszka była wysoka, dochodziła do 14 złotych. Nie śpiewająca, rasowa samiczka była zbywana za 2 złote.

       Plaga gołębiarzy ogarnęła wszystkich. Dachy komórek wykorzystywano do zabudowania zmyślnych rawek - pułapek umożliwiających złapanie przybłąkanego ptaka. Wykupne było wycenione na 50 groszy. Najwyżej cenioną rasą były " jasne " inne koki jak winerki i bociany, jako krótkolotne były traktowane z pogardą. Nieliczni miłośnicy hodowali gołębie pocztowe, wywożone do Wilna wracały po dwóch dniach.

       Koroną usypanego siłami robót publicznych wału przeciwpowodziowego, przechadzali się poważni obywatele odziani w chałaty i krymki, uczesani w spiralne pejsy. Oczekiwali wyrostków wędkarzy niosących sznury nanizanych oklejek. W wyniku długiego targowania udało się pozyskać za złowione rybki 25 groszy. Dla nabywcy była to gratka, dla wędkarza również. Okleję o gramaturze łeb u ogona utarte w moździeżu z dodatkiem cebuli i mąki, po upitraszeniu na oleju stawały się kotletami koszernymi. Wędkarz miał w kieszeni 25 groszy i mógł myśleć o bilecie nawet do kina Klub.

       Nie istniała moda na psy i koty. Mimo to Minister Spraw Wewnętrznych dr. Felicjan Sławoj Składkowski, nagłośniony wykładami lekarskimi, panicznie bał się epidemii chorób odzwierzęcych. Pod naciskiem ministra Magistrat szarpnął się na kupno dwóch samochodów przystosowanych do wyłapywania groźnych bezpańskich kundli Po tej akcji poszedł dalej za ciosem, częstując właścicieli nieruchomości dalszymi zarządzeniami porządkowo - sanitarnymi. Zdyscyplinowani właściciele posesji, pod groźbą mandatów policyjnych, zmuszeni zostali do wprowadzenia bezsensownych nakazów. Za cara, żaden policmajster nie zabraniał wylewania pomyj do rynsztoka, teraz należało wyposażyć bramy w podświetlone z nazwą ulicy, numerem i nazwiskiem właściciela, obowiązywał również sygnał dźwiękowy, który powinien poderwać z kamiennego snu zaspanego dozorcę. Ustępy nazwane sławojkami, były teraz od dołu wymazane smołą, zaś od połowy wysokości wapnem. Wewnętrzne przejścia międzydomowe powinny mieć betonowe chodniki, które później bardzo komplikowały gry w klasy, pikuty i plomby. Psychoza wojny gazowej wymuszała zburzenie szczelnych ogrodzeń. Miało to dobrą stronę, ponieważ ażurowy płot wymagał sprzątania posesji. Mleczarz, Pan Rejda z ulicy Chełmińskiej nie mógł teraz bezkarnie pędzić trzech krów, nie oglądając się wstecz na pozostawione ślady.

       Ciekawej, odmiennej konstrukcji była ulica Kartuska, oświetlona lampami elektrycznymi na drewnianych słupach, była utwardzona gruzem ze zburzonego reliktu carskiej władzy - monastyru na Placu Saskim. Podczas upałów przejeżdżające ulicą pojazdy wzniecały nieopisane tumany wapiennego kurzu. Pojawienie się samochodu było wielkim wydarzeniem. Zaś pojazd konny o pokroju olbrzymiego pudła pasty Dobrolin służący do rozwożenia szuwaksu, ściągał grupy amatorów jazdy na gapę na tylnej osi. Bat woźnicy nie sięgał tego miejsca.

       Nastał znamienny rok 1936. Bogobojna katechetka Pani Zielińska usiłowała wpoić dzieciakom zasady wiary. Pierwsza spowiedź była wielkim przeżyciem. Młody spowiednik dyskretnie ale natarczywie dopytywał się o szczegóły zabawy w doktora, przestrzegał przed szatanem, nakłaniał do skruchy i modlitwy. Pierwszą Komunię Świętą otrzymałem z rąk plebana Księdza Mechedy. Duszpasterz był wcieleniem niebiańskiej dobroci. Kochał bezgranicznie młodzież. Na uroczystości komunijne każdy młodzieniaszek miał uszyty granatowy mundurek i kupione nowe sandałki na słoninie. Lewe rękawy przyozdobiano białą wstążeczką. Biała butonierka w formie rozetki kolorystycznie kontrastowała z barwą marynarki. Większość mundurków była kupowana w Okrąglaku wchodzącym w zespół hal Mirowskich. Strawiony pożarem w 1939 roku nie został odbudowany.

Wierny przeplatance tematycznej będę dalej uporczywie trzymał się tego stylu.

       Czytelnictwo młodzieży to głównie komiksy. Ośmiolatkowie z mozołem sylabilizowali barwne czasopisma drukowane w gramaturze gazetowej. Karuzela i Świat Przygód podniecały młodą wyobraźnię. Zalecane przez szkoły Płomyczki i Płomienie były chętnie czytane. Drogi miesięcznik Morze był kupowany przez młodzież przerośniętą i czytany w drużynach harcerskich. Ukazywały się też prymitywne małoformatowe i tanie zbroszurowane książeczki o tematyce dzikiego zachodu. Starsi zapoznawali się z władzą robotniczą ościennego kraju poprzez książki Pana Piaseckiego "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" lub "Bogom nocy równi".

       Edukację zacząłem w pierwszej klasie w starym budynku czynszowym. Wybudowany nowy gmach szkoły Nr. 113 przy zachodniej stronie ulicy Modlińskiej pozwolił mi zacząć klasę drugą. Przebazowanie było szokujące - wyposażenie pracowni, ubikacje, natryski, parkiet, biblioteka i wystrój klas nastrajały do nauki. Wychowawczynią klasy była Pani Michałowska, wielka patriotka, wielbicielka Józefa Piłsudskiego.

Przeglądana dziś po latach fotografia budzi wspomnienia. Widoczna wychowawczyni klasy III po wielu latach ciągle uśmiecha się dobrotliwie.

       Kierownikiem szkoły był Pan Czesław Żmudzki, oficer legionowy, czuwał głównie nad ukształtowaniem patriotycznym młodzieży, dydaktyką zajmował się nieregularnie. Nauczyciel muzyki Pan Jan Kolasiński, skrzypek i kompozytor organizował także polekcyjne kółka muzyczne. W latach 1960 - 1970 był dyrygentem zespołu Vilanovis Jego brat Jerzy wydał Śpiewnik Ziemi Lubelskiej, co w latach trzydziestych nie było łatwe. Późniejsza wychowawczyni klasy V Pani Maria Janiewicz mieszkała na Bródnie w domu Pana Derewońki. Pasjonowała się teatrem i muzealnictwem, zorganizowała grupę aktorską, na bazie dorywczo wypożyczanych rekwizytów teatralnych. Pan Miłosz był wychowawcą klasy IV, był smakoszem wzruszeń malarskich. Jego lekcje wyryły ślad na moich zamiłowaniach do kreski, barwy i kompozycji. Być może dzięki niemu przez 40 lat profesjonalnie operowałem rysunkiem technicznym w biurze konstrukcyjnym LOT. Wspomniany muzyk Pan Jan Kolasiński mieszkał w domu kolejarza Pana Zaperta przy ul. Kartuzkiej 9. Jego syn Zbigniew Zapert dał się poznać jako poczytny felietonista Expressu Wieczornego.

       Po lekcjach wracałem na podwórko, a tam fenomenalny, samorodny wynalazca, racjonalizator i naprawiacz prastarych mechanizmów i jeszcze starszych gzarów pan Alek Ciećwierz, syn dozorcy, miał mnóstwo szmelcu wartego oglądania. Jakiemu chłopakowi udało się w latach trzydziestych zbudować kajak? Komu było sądzone mieć motorówkę, wiatrówkę, motocykl i radio? Wszystko skompletowane z przypadkowo wygrzebanych pogrzebaczem części ze złomowiska. W czasie okupacji na bazie okrągłego 200 kg kamienia polnego, po precyzyjnym przełupaniu i obróbce zbudował młynek do mielenia ziarna z napędem elektrycznym. Machina ustanowiona w ciasnej komórce otworzyła nowe perspektywy zarobkowania. Handlarki zbożem przynosiły żyto, pszenicę i jęczmień celem przemiału. Nowonobilitowany młynarz pobierał nie tylko pieniądze za usługę, ale także przysługujące mu naturalia w postaci miarek i odsypów. Niestety natura poskąpiła mu zdolności handlowych. Wszystkie urządzenia sprzedawał ze stratą. Odkupiony przez Pana Tamborskiego "młyn" po wymianie kamieni na tafle gumowe mógł teraz także łuskać ziarno gryki i przerabiać ją na smakowitą i drogą kaszę gryczaną.

       Znany po wojnie lekarz kolejowy Dr. Welbel mieszkał przy zbiegu ulic Dobrzyńskiej i Helskiej. Schorowany proboszcz Mecheda był jego stałym pacjentem i mimo chorób dożył sędziwego wieku. Jakie potrawy jadali mieszkańcy naszych dzielnic? Otóż główną strawą była zupa gotowana na mięsie, żurek kupowany z beczki w zielonej budce, przyrządzony był na wiele sposobów i oczywiście mdły kapuśniak. Śniadanie to chleb posmarowany smalcem lub okraszony boczkiem. Wtedy nie znano destrukcyjnej roli cholesterolu. Napój to kawa zbożowa Stella, lub rzadziej herbata. Dzieci i młodzież nieregularnie piła mleko, przynoszone w bańkach na plecach przez rolniczki z odległego Nieporętu. Podwieczorek składał się z kalorycznej gorącej, taniej i smacznej kaszanki oraz chleba nałęczowskiego. Warzywa owoce, śmietanę, sery i kartofle kupowano na targowisku usytuowanym nad Wisłą w osi ulicy Bojanowskiej. W roku 1938 plac targowy był wybrukowany i ogrodzony barierkami. W niedzielę przeważał rosół i podsmażana wołowina. Mięso i wyroby wędliniarskie kupowano na kredyt, zadłużenie regulowano w dniu wypłaty. Następnego dnia apiać zadłużano się do następnej wypłaty. Oszczędzano głównie na przejazdach. Za bilet tramwajowy trzeba było bulić 25 groszy, powrót tyle samo. Taki wydatek był równowartością 0,8 kg ochłapów mięsnych. Taka ilość mięsiwa wystarczyła do przyrządzenia dań obiadowych dla całej rodziny. Warto było oszczędzać! Jadąc tramwajem mostem Kierbedzia, widziało się stłoczonych warszawiaków sznurujących obydwoma pobocznymi przejściami dla pieszych w różne strony.

       Pod bramami fabryk w dniach wypłat gromadzili się obrotni żydowscy sprzedawcy różnych wspaniałości. Towar można było nabyć również o dziwo na raty. Instynkt handlowy bezbłędnie wyłuskiwał wypłacalnych. Oferowano cały wachlarz towarów, od mandarynek i pestek do garniturów z kamizelką i olbrzymich szaf radiowych. Obok bram oczekiwali dorożkarze. Grupy przyjaciół wsiadały do pojazdu i nakazywali wieźć się do upatrzonych restauracji. Cierpliwy sałaciarz czekał aż szanowni zaprawieni panowie każą transportować się do następnej knajpy. Jeżeli pasażer miał ochotę jazdy na oklep, proszę bardzo ! Reszta towarzystwa rozparta na kanapie dorożki zachęcała wierzchowca do szybszego galopu. Bywało, że zaliczano w ten sposób cztery lokale. Zamroczonych pasażerów woźnica rozwoził pod wskazany adres. Do obowiązków woźnicy należała również usługa wnoszenia pasażerów do łóżka, oraz rozbieranie. Tak niektórzy utracjusze z fantazją wydawali niespodziewane nadpłaty premii.

       Po uruchomieniu radiostacji w roku 1927 nieliczni kupowali radia słuchawkowe Detefon, wymagały dalekosiężnej anteny. Jednak słyszalność Lwowskiej Fali była dobra. Niezapomniani Szczepcie i Tońcio rozśmieszali słuchaczy. Stopniowo bogatsi nabywali radia głośnikowe, oczywiście na raty. Olbrzymie pudła stawiano na parapetach okien tak, aby podwórkowi słuchacze mogli podziwiać piosenki Jana Kiepury. W roku 1939 żydowski domokrążca sprzedał nam radio, także na raty. Było oczywiście głośnikowe, miało dwie lampy i trzecią prostowniczą. Po ostatnią ratę należności sprzedawca zgłosił się już w styczniu 1940 roku. W wyniku hitlerowskich zarządzeń radia i rowery musiały być oddane władzom Guberni. Oddaliśmy oczywiście wycofane radio słuchawkowe. Ukryte nad powałą doczekało szczęśliwie końca wojny ale...nie było jeszcze prądu. Wkrótce posztukowano druty energetyczne i można było wreszcie słuchać piosenek Foga, Wiery Grań i Jasia Maliny. Niepowtarzalny głos aktora Wyrzykowskiego płynął w eter podczas czytania Popiołów Stefana Żeromskiego.

       Nawet nałogowi palacze machorki, za 90 groszy paczka, palili mało. Powszechnie kupowano puste gilzy z dwoma watkami - filtrami i nabijano papierosy w domu. W dni odświętne fundowano sobie kilka wonnych Egipskich lub Mew.

       Bardzo często różne instytucje nieodpłatnie zbierały różne cacka, celem podreperowania finansów. Wszystkie losy wygrywały, można było trafić na wykałaczki lub gołębia bez klatki. Pamiętam dobrze minę zawiedzionego grojka, który szczęśliwie trafił na frak z rozległą dziurą na plecach. Loteria była przerywnikiem w monotonii tygodnia. wreszcie coś się działo ! Co było tematyką rozmów sąsiedzkich? Oczywiście komentowano tak jak dziś zasłyszane od męża wiadomości z fabryki i kazania księdza Mechedy. Tak jak dziś wychwalano skuteczność ziół. Tak jak dziś ekscytowano się wiadomościami dnia wczorajszego. O tym co się działo przedwczoraj, tak jak dziś zapominano doszczętnie. Nieco bardziej otrzaskani w życiu towarzyskim słyszeli oczywiście o Diogenesie, miał magazyn beczek na rogu Bednarskiej, sprzedawczynią była jego żona Ksantypa. Sokrates? Oczywiście! Był nauczycielem, przypadkowo pomylił kielichy z wódką i zagzajerem - wykorkował.

       Gwara chłamu i plebejatu to zastępowanie litery z literą ź. Np. zamiast słowa zobacz, mawiali żobacz. Współgłoski sz i cz bardziej szeleściły niż dzisiaj, były dłużej wymawiane i nieco silniej akcentowane. Kładziono główny nacisk na wyraźne wymawianie pierwszych sylab, ostatnią lub dwie ostatnie wyciszano lub wręcz połykano. Czasowniki były niemiłosiernie skracane, wymawiane bez dopełniacza "my" np. pójdziem, zrobiem, zamiast pójdziemy, zrobimy. W szkole mówiono inaczej - poprawnie.

       Ubiory były rozmaite, używana marynarka kupiona na kiercelaku z lepszego gościa, koloru moręgo. Spodnie często nicowane lub nawet pożyczone. Nowe były tylko rzeczy tanie a więc czapka bórdelówka i długi szalik - spuścizna mody XIX wieku. Utrapieniem były beznylonowe skarpetki o wątpliwej mocy, łatane lub cerowane po każdej eskapadzie. Buty całoroczne, a więc kamasze, bywało po trzykrotnym żelowaniu. Tak odziani zmierzali do Warszawy, bo tak się mówiło... jadę do Warszawy... chociaż dobrze wiedzieli, że Pelcowizna i Bródno leżały w obrębie miasta. Docelowym punktem były eleganckie kawiarnie Śródmieścia. Tam za 2 złote można było zamówić kawę i ciastko, oraz wszcząć strategiczny manewr przysunięcia krzesła do stolika sąsiadki. Bardzo elegancka, nieco leciwa panienka w wyniku długiej rozmowy o niczym, przyznawała się w końcu do posiadania posagu o zawrotnej wysokości 1000 złotych. W perspektywie małżeńskiej taka kwota pozwalała snuć realne plany kupna placu w Legionowie lub okolicy.

       Amatorzy kapuśniaku i bigosu w komórkach kisili kapustę, w wielce pojemnych bekach lub małych antałkach. Jesienią główki kapuściane przywozili rolnicy z Nieporętu, wyrosłe na polach użyźnianych fekaliami z wychodków Bródna. Mimo to, zakwas ugniatany damskimi girami był smakowity, chociaż niekiedy zajeżdżał swojskim zapachem.

       Nobliwi panowie zaśmiewali się z kpiarskich przygód bywalca znanych, renomowanych restauracji Śródmieścia - Franciszka Franca Fiszera. Wtedy trudno było pojąć sens jego dowcipów. Dopiero wydana o nim książka autorstwa Loth' a, dała pełny obraz jego dokonań. Cudacznie ubrany brodacz inspirował wszystkich wielkich : Tuwima, Lechonia, Iwaszkiewicza, Słonimskiego... choć sam nie pokalał się ani jednym wierszem. Był świetlaną postacią w plejadzie najpopularniejszych Warszawiaków.

       Pojedynki zamieszkiwały nierzadko trzypokoleniowe rodziny. Gnieżdżono się w nieopisanej ciasnocie. Dzieciary spały w nogach. Rodzice absolutnie nie mieli możliwości spełniania przypisanych im obowiązków małżeńskich. Dotychczas nie wiadomo gdzie celebrowano nocne figielki. Wczesnym rankiem po toalecie, glutki były wypraszane do sieni lub na podwórko. Senior wdziewał roboczy przyodziewek jadł śniadanie, wkładał pajdy chleba z boczkiem do kieszeni i szedł do pracy. Drewniany zegar wskazywał godzinę siódmą. Izba wreszcie opustoszała, można było posłać wyrka i zmyć podłogę. Uff! Krótkie wytchnienie dla pani domu.

       Każdy małolatek, wyrostek i młodzian marzył o rowerze Kaminskiego, lub nieco starszym typie na drewnianych obręczach i oponach balonowych. Szeroki rozmiar bieżnika, miał swoją zaletę, pozwalał pokonywać piaszczyste odcinki ulic bez wywrotki. Dzieci pedałowały pod ramą. Mając rower można było nieodpłatnie obejrzeć A klasowy mecz między Ordonem a np. Bzurą Chodaków, przystawiony do wysokiego, drewnianego ogrodzenia pełnił rolę pomostu. Tu ciekawostka ! cała bez wyjątku drużyna z Chodakowa, wraz z trenerem i osobami towarzyszącymi miała pomarańczowe dłonie zżarte kwasami podczas pracy przy, produkcji włókien sztucznych. W okresie międzywojennym nie było sponsorów dotujących kluby sportowe. zmęczeni pracą gracze, musieli wykrzesać z siebie resztki wigoru i poświęcić jedyny świąteczny dzień tygodnia na heroiczny wysiłek kopania piłki i równie uciążliwy trud dalekiej podróży. Mam szacunek dla takich kryształowych sportowców w całym tego określenia znaczeniu.

       Jałowe, nieuprawiane ugory od siedliska huty szkła aż po Śliwice, były porośnięte kobiercem dzikich rumianków. Ich pylenie przypadało strikte podczas uroczystości kościelnych Bożego Ciała. Buty, nogawki i spodnie wiernych, oraz falbany sutanny księdza barwiły się na żółto. Uroczystość Bożego Ciała była bardzo swobodna ale bogobojna, była lubiana przez młodzież.

Upalna sceneria dodawała uroku.

       Czytając można wysunąć mylne mniemanie o wizerunku całej społeczności. Obiecywałem opis dołów, były również wzniesienia, góry i szczyty. Były grupy obywateli, którym powodziło się dobrze. Posiadali nieruchomości, meble, radia, rowery, ich dzieci widziały morze i Zakopane, jadały owoce południowe. Ten kwiat inteligencji klas średnich konsumował, ale więcej inwestował. To właśnie z ich podatków modyfikowano ulice i całą infrastrukturę miasta. Nawet z oblicza najbiedniejszych biła czasami radość życia, przecież co roku było łatwiej żyć. Dobrodziejstwa niepodległości nakręcały dobrobyt. Był on małoodczuwalny, jednak miał stały trend wzrostowy.

       Poza wieloma atrakcjami pojawienia się sepleniącej, nierozsądnej Marysi, Majorka, Populali lub wielkiej społeczniczki, okularnicy Ciotki Lamparskiej, ściągał w ich pobliże rozradowane grupy dzieciarni. Wielkim wydarzeniem był również sprzedawca waty cukrowej z olbrzymim aparatem noszonym na plerach. Cechowała go nieprzeciętna osobowość i poczucie humoru. Z pomocą żelatynki podjęzykowej łudząco naśladował wrzaskliwe miałczenie kota ciągnionego za ogon. Po takim wstępnym koncercie wołał donośnie... mały puść tego kota, wata cukrowa, wata... Był gościem wszystkich dzielnic nie omijał nawet studni podwórkowych Śródmieścia Dlatego jak kometa, zjawiał się rzadko.

Jakim językiem z sobą rozmawiali członkowie ferajny?
Na pytanie " pożycz " odpowiadali " w starych spodniach zostawiłem " chociaż miewali tylko jedną parę. Niedowiarków przekonywali... kto nie wierzy niech przymierzy Wanda leży jak należy...Na znak ucieczki śpiewali... ury ury, urywajta się... Często tykali jakiegoś pana Zabigorskiego lub panią Malinowską. Trudno kreować po latach wizerunek i odżywki fetniaków, większość ich cech w wyrazie grymasów, gestykulacji i akcentów słów nie jest do odtworzenia.

       Mój ojczym Szczepan Żukowski był nazywany obywatelem z racji posiadania magla i pięciu domów z dziewiętnastoma lokatorami. Wypożyczał także dwa kręcone szatkowniki do krojenia kapusty, które w sezonie jesiennym przynosiły spory dochód. Wprowadzenie napędu elektrycznego do maglarni konkurentów, wyeliminowało ręczną korbę. Pozostała szopa przydatna na inne cele. Ojczym w młodości był członkiem Rewolucyjnej Frakcji PPS. Za zamach na żandarma Załugowskiego był osądzony i zesłany na Sybir w roku 1905. Później jako żołnierz poznał smak I Wojny Światowej, był biernym obserwatorem wojny domowej w Rosji. Wrócił w roku 1921. Miał w sobie wiele mądrości życiowej, był wyrozumiały, pogodny i szanowany. Ostatni sierpień 1939 roku spędziliśmy w Leoncinie u tamtejszego organisty, kolegi ojczyma. Wywczasy były wspaniałe.

       Wojna! Wśród cofających się jednostek Polskiej Armii osiągnęła Pelcowiznę również drużyna rowerzystów, mieli jeden RKM zawieszony na uchwytach do roweru. Dla nich agresor nie był straszny. Bronili lewego brzegu Bugonarwi. Dosłownie zmietli niemieckich piechurów przekraczających rzekę, którzy na łachach piachu nie mieli żadnej naturalnej osłony. Obrońcy byli upojeni zwycięstwem. Według ich słów wojna może trwać miesiąc. Niestety inne ostrzelane jednostki nie miały takich sukcesów, tu na przedpolach Bródna w dniu 10 (?) września padł od kuli karabinowej obrońców, pierwszy ustrzelony generał hitlerowski. Generał Wemar Friestr, nie doczekał ani kapitulacji Warszawy ani kapitulacji Berlina. Przeszedł do historii tylko dla tego, że był pierwszym generałem, który padł w drugiej wojnie światowej. Nie wszystkim generałom Rzeszy to się udawało. Obronę Warszawy przeżyłem na Pelcowiźnie mimo nakazów policji, aby ewakuować się na Plac Grzybowski. Tam oprócz obstrzału artyleryjskiego ludności, były naloty samolotów. Kapitulacja obrońców Warszawy 28 września zastała mieszkańców w chaosie bezwłady.

       Nie potępiam rabunku dóbr zgromadzonych na rampach stacji Warszawa Praga. Tam palacze znajdowali wagony głąbów liści tytoniowych. Zniknęło z rampy również pianino. Ponieważ potrzebne były worki wysypywano na podłogę dziwne, nieznane, czarne ziarno. Był to sporysz, niezwykle cenny i bardzo drogi surowiec, konieczny do produkcji leków przeciw nadciśnieniu. Buty gumowe, cysterna oleju rzepakowego, wagon dynamitu Dunit, wszelaka galanteria domowa, beletkanin, wszystko wyniesiono doszczętnie w ciągu 4 dni. Wartość przywłaszczonych towarów była olbrzymia. Podobnie "opędzlowano,, wyroby z fabryki urządzeń radiowych "Dzwonkowa,,. Podczas całego oblężenia komin piekarni Pana Polańskiego dymił bez przerwy. Zgłodniała ludność łaknęła przede wszystkim chleba.

       OKUPACJA straszne słowo. Gubernia i swastyka, lebensmitelkarty. Eksodus ludności żydowskiej. Getto i Gwiazda Dawida. Marmolada z buraków, żytnia kasza, brukiew i Aj li aj lu, Szczekaczki, Aleja Szucha, Oświęcim i Majdanek, łapanki, aresztowania i poczekalnia; na Skaryszewskiej. Drewniaki, erzace i karbidówki, sacharyna... Koszmar ! Jakim sposobem utrzymać się przy życiu w powodzi tych nowych, groźnych znaczeń? Jak się przystosować do gwałtownie narzucanych zakazów i nowej rzeczywistości? Jak przetrwać? Jednak wbrew wszystkiemu potrafiono tego dokonać !

       Jakimi siłami i sposobami zdołano uchronić się przed groźbą stoczenia się do odchłani życiowych rozbitków. Najtrudniej było utrzymać się ludziom żyjących dotychczas z procentów dawnych profesji, a więc rencistom, apanażystom nieczynnych teraz fabryk, dywidenciarzom, procentowiczom kont bankowych PKO i KKO. Jak powiedział minister Józef Bek Niemcy mogły nam czasowo odebrać państwowość, natomiast nie mogły pozbawić nas polskiej duszy. I tak się stało. Srogą zimę 1940 roku udało się jakoś przeżyć. Były jeszcze resztki zapasów i rzeczy, które można było spieniężyć. Najgorszy był rok 1941 i druga połowa 1942 roku. Później było nieznacznie lepiej, następowało powolne przystosowanie do zmienionych warunków. Już od wiosny 1940 roku, wszystkie ogródki, ugory, spaleniska, łąki i nieużytki byty skopane łopatami i obsadzone ziemniakami. Plan był lichy, gleba była nieużyźniana, jednak ukopane jesienią dwa korce zapewniały kartoflankę do grudnia. Zajęte samorzutnie areały były symbolicznie oznakowane kołkami i sznurkiem. W ogródkach sadzono pomidory, siano marchew, soczewicę, fasolę i rzodkiewkę. Tylko wiemy swojej specjalności Pan Wiśniewski uprawiał dalej dużą powierzchnię rzodkiewek, przeznaczoną na sprzedaż. Uzyskiwał trzy zbiory w roku. Odkryto nowe intratne źródła zarobkowania - szaber i przemyt z Guberni do Rzeszy i z powrotem. Ostatnią stacją w Guberni był Chotomów, skąd na piechotę łąkami podążano aż do przeprawy na Bugonarwi na wysokości wsi Kikoły. Często niemiecka straż graniczna rekwirowała atrakcyjniejsze towary, które nadawały się jako prezenty dla rodzin w faterlandzie. Bywało, że mąkę mieszano z kaszą - później odsiewano. Słoninę i rąbankę brudzono torfem, który w domu był zmywany lub zeskrobywany. Transport większej masy towarów nie istniał, był rekwirowany. Całą aprowizację trzeba było skrycie " przeszwarcować " w chlebakach po maskach gazowych, plecakach i torbach.

       W odpowiedzi na zamknięcie wyższych uczelni i szkół ogólnokształcących z wolna organizowano tajne nauczanie. Szkoły zawodowe przetrwały, ponieważ rasa niższa powinna wiedzieć, którym końcem szpadla budować fundamenty Tysiącletniej Rzeszy. Nawet solidniejsze budynki szkół powszechnych zostały zajęte dla potrzeb Wermachtu. Taki los spotkał szkolę Nr. 113 i 160 na Pelcowiźnie i szkołę na Annopolu, gdzie zorganizowano szwalnię. Handel dzierżony dotychczas w rękach żydowskich został najszybciej opanowany. Drobna wytwórczość przemysłowa początkowo sparaliżowana, po napływie rzutkich i obrotnych wysiedleńców z Poznania i Śląska bardzo szybko się rozwinęła. Przywiezione przez nich nowe technologie i pomysły, wychodzące naprzeciw potrzebom, dawały zatrudnienie i nowe wyroby. Aż trudno uwierzyć, że ze zwykłego żelaznego drutu, po lakierowaniu i z blach odzyskanych z puszek konserwowych można było stworzyć adapter o napędzie elektrycznym. Śmiercionośne ładunki niewypałów były surowcem do produkcji tworzyw sztucznych, w tym płyt gramofonowych. Budowano przystawkowe, maleńkie, oszczędne piecyki węglowe, dostawiane do pieców kaflowych. Mało znane spawarki elektryczne były teraz nawijane masowo. Szybko opanowano produkcję instalacji dla wytwórni oranżady, nazywanej wtedy kwasem, woda, sacharyna i farba oraz gaz były jego składnikami. Wychodziło mało poczytne pismo rozrywkowe "Fala". Godzinówka "Nowy Kurier Warszawski" była instrumentem propagandowym okupanta. Większość kin była czynna, wyświetlano dobre polskie, przedwojenne obrazy, oraz niemieckie, często hiszpańskie i włoskie. Rozszerzyłem swoje upodobania na kina Syrena, Popularne w budynku dzisiejszego Teatru Powszechnego, oraz nie istniejące dziś kino Studio, usytuowane blisko narożnika ulic Nowego Światu i Chmielnej.

       W takim dziwnym i groźnym świecie, oraz opisanej wyżej scenerii w roku 1941 ubiegałem się o przyjęcie do Szkoły Kolejowej przy ulicy Piotra Wysockiego, niestety nie byłem synem kolejarza, zostałem odrzucony. Dopiero dzięki szybkiej interwencji mojej ustosunkowanej ciotki Jadwigi Modzelewskiej z ulicy Zagranicznej, dyrektor Szmit wpisał moje nazwisko na listę wybrańców klasy pierwszej.

       Ustosunkowana ciotka, to określenie dziś brzmi fałszywie. Wtedy jako żona aresztowanego, znanego na Bródnie polityka Eugeniusza Modzelewskigo, była wspomagana przez Ruch Oporu. Nigdy nie pracowała, ale po śmierci męża w Oświęcimiu, załatwiono jej posadę wysokiej urzędniczki w referacie kartek żywnościowych. Cóż więcej potrzeba? Otworzyły się szerokie możliwości działań na rzecz pomocy rodzinom dyskryminowanym.

       Kolejówka, to ważne przekroczenie progu dojrzałości. Wykładowcami byli groźni profesorowie, matematyk prof. Bizon Makowski, kier. warsztatów prof. inż. Haczek - Stelmachowski, prof Marabut, rysunku nauczał prof. inż. Dobrzański, technologii prof. inż. Pijak - Czajkowski nazywany chyba z racji wypijania wiadomości z pustych głów uczniów, nie jestem tego pewien. Chemii uczył prof. Balon. Początkowo instruktor, później profesor rysunków technicznych Pan Chojecki. Wtedy też wykładał nieregularnie w klasach wyższych prof. inż. Ludwik Uzarowicz. Sławny profesor był głównym współredaktorem "Mechanika" edycji 1942 roku. Mało sympatyczny prof. inż. Tajoj Kwiatkowski uczył fizyki, ale tylko w chwilach gdy nie wyliczał materiałów, które uczniowie powinni mu dostarczyć. Instruktorzy : Pan Sarzała i spawacz Pan Sagała, kowal Foka, sędziwy Pan Burzan, Pan Rytel Czesio Wariat, Pan Jaworski, po wojnie kierownik warsztatów. Pan Chaberbus. Takie nazwiska i przydomki zostały tylko w mojej słabej pamięci. Pod szkołą sprzedawali papierosy z kieszeni niski i stary Foka, oraz młody Jerzy Wysocki, mieszkaniec pobliskiej ulicy Wysockiego. Po latach przedstawiciel PLL LOT w wielu krajach. Udało mu się ! Już w młodości postawił na samonaukę języka angielskiego. Foka pędził swojego konkurenta na mniej intratne rewiry.

       Utrapieniem uczniów niższych klas był nałożony na nich obowiązek przywożenia zupy z dobroczynnej garkuchni RGO przy ulicy Nadwiślańskiej. Dwukółka na żelaznych obręczach była ciężka i piekielnie trudna w manewrowaniu, ponadto obciążały ją cztery chybotliwe kadzie zupy. W tym czasie, a może jeszcze w roku 1943 istniała płaskorzeźba z wizerunkiem Marszałka Józefa Piłsudskiego na półpiętrze schodów wiodących do klas.

       Świetlane, wybitne osobowości uczniów to : mój przyjaciel parapsycholog Lechosław Zakrzewski, Zdzisław Urbański, wesołek o zdolnościach aktorskich Kazimierz Mączyński, cwaniak bródnowski Kazimierz Dąbrowski, poważny Kuć i jeszcze poważniejszy Bogdan Porębski, bladolicy, koleżeński Tadeusz Szychowski, nobliwy Cybant - Marciszewski i jego nieodłączny wasal Mańka Malinowski. Coraz rzadziej, nielegalnie odwiedzali swoje miejsca urodzenia żydowscy uciekinierzy z Getta. Byli głodni, wynędzniali i obszarpani. tylko zawsze elegancki, przedwojenny domokrążca oferujący z walizeczki flakony z pachnidłami zjawiał się jeszcze. Pewnej nocy, schroniony u nas, żarłocznie połykał tremę, zakazane kęsy słoniny, wbrew zaleceniom talmudu. Moda na wąsy i brody nie istniała, żaden śmiałek nie odważył upodabniać do semity.

       Władze Guberni pozostawiły status policji. Mieli zajmować się sprawami kryminalnymi w praktyce używano ich również do brudnych akcji politycznych. Z wolna butne atrybuty władzy hitlerowskiej swastyka i "fałwiktoria" kruszały w miarę coraz częstszych wyrównań frontu. Młodzież wstępowała do Ruchu Oporu. Przestał wreszcie istnieć postrach kolejarzy i Bródna, znienawidzony Czerwony Olek Padł w lutym 1943 roku z ręki Zbigniewa Komorowskiego ps. Rekiniak, drugi ps. Żółty. Zginął nie z zemsty osobistej, lecz z rozkazu 22 praskiego plutonu KEDYW-u AK.

       15 lutego 1942 roku robociarz z Annopola wyjął z kieszeni zmiętą bibułę i odczytał słowa przysięgi. Było to w nędznym mieszkaniu na ulicy Chełmskiej. Pamiętam ostatnie słowa: ... aż do całkowitego zwycięstwa... Trzymaliśmy się za ręce tworząc koło. Nasza piątka to : sekcyjny Marian Twardowski ps. Kamacz, Mieczysław Rudnicki ps. Kluczyk, Zygmunt Lewandowski ps. Zygmont, Wojciech Kuczewski ps. Wojtek i ja ps. Czarny. Cała piątka z wyjątkiem Wojtka, który był robotnikiem kolejowym, składała się z uczniów Kolejówki. Miałem wtedy skończone 15 lat, byłem wysoki i dostatecznie umięśniony nie wyróżniałem się wśród starszych. Tak stałem się członkiem PPR. W lutym i marcu jeszcze nie słyszano o Gwardii Ludowej, natomiast w kwietniu 1942 roku zostaliśmy wcieleni do Gwardii Ludowej rejonu Pelcowizna. Byliśmy pierwszą piątką, komendantem był Stefan Wielgosz ps. Żubr, przedwojenny znany nam harcmistrz. Towarzyszami od spraw politycznych i ideologicznych byli: Augustyniak - po wojnie dowódca Straży Ochrony Kolei, szewc Dobrzyński z ulicy Chełmińskiej i ojciec Stefana -Wielgosz. Zorganizowana druga piątka to sekcyjny koi. Kałuski z ulicy Wyszogrodzkiej, później żołnierz PAL, koi. Gochnio, koi. Marian Gruszczyński ps. Grucha, oraz nie znany mi z nazwiska kolega z Żerania charakteryzujący się czerwonym wykwitem na twarzy.

       Po odejściu Kamacza do oddziału Małego Franka miejsce w piątce zajął kol. Tadeusz Korelin z ulicy Kartuskiej, kol. Eugeniusz Kardasiński ps. Murzyn, był wprowadzony jako szósty do naszej pierwszej piątki. Zaczęły się niebezpieczne akcje dywersyjne. Własnym sumptem wyposażyliśmy się w doskonały, dalekonośny pistolet polowy z długą lufą - Parabellum, niestety tylko z jednym magazynkiem, oraz rozklekotany bębenkowiec Colt. To było całe uzbrojenie. Termitówek było bardzo mało. Nieregularnie dostarczane tekturowe wysokie pudełka z mylącą nazwą " Błyskol czyści i szoruje " zawierały sproszkowane aluminium i czasowy zapalnik kwasowy. W maju 1942 roku każda dzielnica zobowiązana była do wyznaczenia dwóch gwardzistów do akcji bojowych w terenie pozawarszawskim. Zgłosili się : Marian Twardowski ps. Kamacz, Marian Gruszczyński ps. Grucha i ja ps. Czarny. Przeszliśmy pośpieszne szkolenie teoretyczne i dywersyjne, dwukrotnie na ulicy Grójeckiej przy Placu Narutowicza w mieszkaniu Webera (?) i dwukrotnie na miejscu. Zawsze instruktorem był Franciszek Zubrzycki ps. Mały Franek. Stawialiśmy się trzykrotnie na miejsce zbiórki. zniechęcony czwartym terminem nie usłuchałem rozkazu, nie poszedłem. Twardowski i Gruszczyński stawili się i przeszli do historii jako pierwsi z pierwszego oddziału Gwardii Ludowej Małego Franka. Twardowski zginął w Polichnie, ujęty Marian Gruszczyński zginął w obozie koncentracyjnym.

       Podczas powstania kol. Tadeusz Korelin z ulicy Katruskiej brał udział w akcji obrony przejazdu kolejowego na Pelcowiźnie. Rzucił granat pod koła motocykla z przyczepą, strzelał z Visa do jadących żołnierzy, prawdopodobnie ciężko ranił jednego z nich. Kluczyk - Mieczysław Rudnicki po stracie ręki w wyniku samozaplonu własnoręcznie wykonanej filipinki w warsztatach szkolnych zginął w obozie koncentracyjnym. Żubr - Stefan Wielgosz ujęty ze wspomnianym Parabellum zginął w obozie koncentracyjnym. Zygmunt Lewandowski zaginął w nieznanych okolicznościach, być może przeżył okupację. Murzyn i ojciec Wielgosza aresztowani, zginęli w obozie. Wojtek - Wojciech Kuczewski przeżył okupację, niestety utonął w roku 1947. Przeżył Tadeusz Korelin. Moje nazwisko jest wzmiankowane w historycznej książce Waldemara Tuszyńskiego p.t. " Oddział Gwardii Ludowej Małego Franka ". Mieliśmy wielu sympatyków i obserwatorów, którzy nazywali siebie w skrytości komunistami, jednak przynoszoną przeze mnie bibułę palili natychmiast przed czytaniem. Właśnie tacy jak oni mieli po wyzwoleniu pretensję, że opuściłem przed Powstaniem towarzyszy. W ich mniemaniu byłem z całą pewnością karnie wykluczony z partii. Bzdura! Z chwilą wyzwolenia sam zrezygnowałem z wszelkiej działalności partyjnej i politycznej. Tylko czasami wyszperane w ankiecie personalnej moje grzechy młodości dawały aparatczykom różne powody do roztrząsania mojej przeszłości okupacyjnej. Wypytywano o legitymacje przynależności i listy Gwardzistów potwierdzone przez ówczesnego Szefa Sztabu G.L. tow. Mariana Spychalskiego. Śmiech i rozpacz. Przetrwał tylko do maja 1950 roku. Teren zagarnęła budowa FSO. Tak więc był to absolutny kres Pelcowizny i kres moich o niej wspomnień. Nie daje mi tylko zapomnieć przepiękny, w pokroju antykwy, dumny, wzniosły, olbrzymi napis PELCOWIZNA nad marketem spożywczym Pana Gilera przy ulicy Bazyliańskiej l. Niech trwa wiecznie tak, jak pamięć o Pelcowiźnie.

       Dziś w atmosferze przebrzmiałego echa dawnych dni na spotkaniach Miłośników Bródna w Klubie Junona, w każdy ostatni wtorek miesiąca, wspólnie z Prezesem Panem Ryszardem Szołwińskim, płk. Panem Ryszardem Zyskiem, Lechosławem Zakrzewskim i Panią Gabrysia Kaźmierczak próbujemy zmagać się z przeszłością. Bezskutecznie...
Nie wróci.

       _______________________________________________________________________________________________

       Nie uchodzi rozpisywać się o biednej Pelcowiźnie nie tykając Mazowsza i Warszawy.

       Księżniczkę nauk - etymologię, czyli naukę o pochodzeniu nazw najtrafniej wyjaśnić na przykładach opróżnionych butelek, lub na sagach rodów osób wielce popularnych, przepalonych reflektorami studia telewizyjnego, otrzaskanych podwojami wielu Ministerstw i oczytanych setką harlequin'ów.
       Niech mi będzie wolno w atmosferze uroków i praw demokracji sięgnąć do przykładu wybitnej osobowości Krakowa, współczesnego Franca Fiszera, a więc Pana P.T. Leszka Mazana, obdarzonego wybitną osobowością i ciętym piórem.

       Otóż przed dekadą, no! Może przed oktawą wieków jednemu z mężnych wojów pancernych udało się przeputać w kości nie tylko sioło z kopą kmiotków, ale także całe żelastwo rynsztunku bojowego.
Bezbronny i prawie goły, przeszyty bełtem jadźwingowym, smagany biczem niedoli, dyszał jeszcze kilka zim. Zmienił legowisko, opuścił podgrodzie Cichej Nowej (Ciechanowa) i przebazował się na podgrodzie nomen omen Gołotczyzny, tym bardziej staczając się w otchłań gołoty. Ślady jego istnienia, przykryte cienką warstwą pyłów nalotowych nurtu rzeki Sony, nie były nigdy skalane szpadlem i pędzlem archeologa. Drzemią do dziś. Kto nie wierzy, niech przymierzy, grodzisko leży jak należy na trasie Rzym-Berlin-Karczew-Warszawa-Gołotczyzna-Sońsk-Ciechanów. Zapraszam wszystkich obdarzonych własną substancją myślową, nie żyjących cudzym rozumem do zwiedzenia tego najbliższego wczesnośredniowiecznego grodziska [wys. 3m (!) w niecce średnicy 35m]. Wielka szkoda, że radosna działalność homusów doszczętnie wyzutych z sapieństwa pozostawiła tam gustowne ślady naszego wieku.
       Zubożały syn opisywanego hazardzisty, płowowłosy Przemko, po podstrzyrzynach, odziedziczył herb, zawołanie, łatane portki sagatysowe, cynowy kubek bez ucha, tumporek, kord, łykowe łapcie i półczwarta miękkiej skóry tura, wygarbowanej niezawodnym dymem jałowcowym.
       O poranku, poderwany z barłogu widokiem podrzuconych gałązek wici - takiej niepisanej kurendy, począł gorączkowo sposobić się do drogi. Obuł przewiewne łykowe plecionki, przepasał się postronkiem, wsunął zań ojcowy toporek, zarzucił na plery drewnianą tarczę obciągniętą wołowym kruponem, lewą ręką ujął drzewce włóczni uzbrojonej mosiężnym grotem, zaś prawą ręką skrupulatnie wysmarował twarz dziegciem. Z wizerunku uzbrojenia można wyczuć, że nie był pancernym. Z przyczyny ojcowych ciągotek do sześciobocznych kości stał się tarczownikiem.

       Ruszył! Tumany komarzyc unikały go bojaźliwie. Nocami nie spał, trapiły go zjawy parapsychologiczne pod postacią kościotrupów, strzyg, wiedźm i przeróżnych innych okropności. Jak zawsze, nowa wiara katolicka była jedynym pokrzepieniem. Insekty żarły go zawsze.
       Stojąc przed komesem wzbudzał nieopisany ubaw. Mało słów! Zarówno możnowładca, jak i cała świta pancernych pospadała z ogierów. Długo turlali się po murawie podgrodzia trzymając się oburącz za podbrzusza. Po ochłonięciu zgodnie przezwano Przemka - Mazan, zaś jego pobratymców - Mazany (Mazowszanie). Z całej bojowej akcji zapamiętał okrzyk pancernych: "Hej! Mazany! Na nich Mazany!"
       Nobilitowany nazwiskiem dźgał i rąbał, zmykał i parł do przodu. Branek nie brał - były nieprzyjemne zapachowo i dotykowo. Po spopieleniu trzech nędznych osad znienawidzonych Prusów wracał doma. Nagle w pobliżu zawsze zamglonej Mgławej wsi (Mławy) posłyszał powabny, przyjemny, dźwięczny zew brzęku złotych florenów i luidorów, zmieszany z kakofonią tonów srebrników praskich. Błogie dźwięki docierały z przebogatego dalekiego Krakowa. Stary Ciećwierz nie bujał. Jak wieść niesie, nasz Mazowszanin popychany rządzą pełnego mieszka ruszył z kopyta, popychany jeszcze dodatkowym impulsem chęci posiadania (jak każdy współczesny mieszkaniec Sońska).
       Wybrał, nie wiedzieć czemu, szlak brodu bródnoskiego, który przecież wiódł do nikąd. Zwarta nieprzerąbana ściana Puszczy Kampinoskiej zniechęcała śmiałków. Wybrana przeprawa była wprawdzie o 12 stai dłuższa od brodów Zakroczymia, czy Włocławka, ale szczyciła się swoimi płyciznami.
       Wkroczył! Wysmarowany żrącym dziegciem, oblepiony po uszy pijawkami, dygocząc łydkami i dzwoniąc nie tylko zębami, o północku osiągnął szczęśliwie zbawienny lewy brzeg. Ponad wszystko pragnął tylko jednej usługi: gorącej kąpieli w WARnej SZAWIE. Złupionymi Prusom bryłami jantaru opłacił usługi kąpielowe. Podkasane kiecki i luźne giezła dorodnych bródnoszczanek wryły się w pamięć na zawsze. Tylko one potrafiły metodą traconej soli usuwać bezboleśnie pijawki i łaskotliwie szorować końskim ogonem. Uff! Jakaż ulga...
       Pokrzepiony chmielnym piwem, resztkami ułamków bursztynowych opłacił wodniaków i pożeglował dłubanką do swojego wymarzonego celu.

       Kraków go oszołomił i zachwycił. Nieznane atrybuty cywilizacji widniały na każdym przechodniaku: ponętna szubienica, przyjazny pieniek i topór kata, pręgierz i dyby, żelazne łańcuchy kajdan zamiast łyka... Szklane gomółki w oknach zamiast koziego pęcherza. Złotogłowia leciwych dam o wzroku bazyliszka i dźwięczne, radosne dźwięki tombakowych kółeczek wpiętych w przepaski skroniowe dorodnych dziewic, ciżemki obwiedzione złotą lamówką - krew z mlekiem.
       Stragany pełne soli, miodu, mięsiwa i piskorzy. Pełne garnce żywego czerwiu do farbowania sukna, pucharki napełnione szafranem. Niebotyczne wieże kościołów. Haos monetarny, lichwa i deflacja. Splendor bogaczy i nedza chłamu. Muzyka piszczałek przygłuszana rzewnym skrzypieniem dwustrunowych gęśliczek. Tańczącym pobrzękiwano gęsim piórem - wiadomo gęśliki. Blichtr i różnice stanowe. Myszy i ludzie...
       Nasz bohater, nasycony zgiełkiem często wracał do wspomnień WARnej SZAWY. Jego sugestywne opowieści drążyły sumienia i umysły przygodnych słuchaczy: kupców, domokrążców, rzezimieszków, posłańców, tragarzy, poganiaczy wołów i wyplataczy słomianek...
To właśnie oni, ci dranie handlarze, ci wydrwigrosze, te bramaputry rozwlekli po gościńcach i siołach istnienie nad brodem bródnoskiem WARnej SZAWY.

       Nudne? Wobec tego nieco poważniej.
Nikt nie może mieć najmniejszej wątpliwości, że pierwsza sylaba nazwy naszego miasta jest przymiotnikiem i pochodzi z gorącej wody - wręcz ukropu.
Przykłady uWARczywego mazowieckiego grodu, Karlowych WAR, WARny Władysława Jagiellończyka są przekonywujące. Następna sylaba SZAWA pachnie rzeczownikiem, mydłem i szamponem. Połączenie przymiotnikowo-rzeczownikowe jest trafne. Pytanie co oznacza, lub co oznaczała kiedyś owa SZAWA? Otóż do naszych czasów dotrwała tylko jej zdrobniała forma: SZAFLIK (szawlik) jako poręczne małe naczynie murarskie, rozsławione gwizdaną polką w szafliku (był to taniec Bródna i Pelcowizny). Samo słowo SZAWA prawdopodobnie wywodzi się jeszcze z dialektu językowego mazowieckich Polan, a więc z szorowania czegoś w jakimś naczyniu.

       Etymolodzy i eseiści przyklasną. Leciwe matrony wielkich miast oczytane książkami Antoniego Marczyńskiego o Rafale Króliku i jego przygodach zzielenieją z rozpaczy. Jak można kojarzyć ukrop z wanną do prania ze stolicą.

       Jakież to zestawienie nieromantyczne. Nie! Takie domniemania nie mogą być akceptowane!
Dufni inżynierowie otępiani pytaniami swoich profesorów jak hartowała się stal zawyrokują - nauki ścisłe i rozważania teoretyczne nie potwierdzają powinowactwa wody z kokilą drewnianą. Oburzeni historycy natychmiast odwołają się do wersetów Wielkiego Anonima, który szczęśliwie (!) wtrącił w łacińskie strofy jedyne polskie słowo: CEBER. Oczywiście tak jest napisane. Ale... w odległym Mazowszu ten sam przedmiot mógł mieć inną nazwę. Ponadto w zamierzchłych czasach oryle i flisacy żyznych Kujaw i jałowego Mazowsza spławiali Wisłą swoje produkty zbożowe do osady granicznej. Tam oczywiście żaden Krzyżak nie oczekiwał ze swoim workiem na polskie ziarno. Tragarzom nakazano sypać zboże do monstrualnych silosów, zaopatrzonych w zmyślny szyber przy samej dennicy. Zdziwieni eksporterzy kręcili głowami. Nie! Ten dziwoląg nie może być znaną im z kąpieli szczelną szawą. Bez wątpienia te cudo to NIESZAWA. Sława miasta to nie tylko niezręczny ukłon króla Kazimierza w stronę partykularnego możnowładztwa wielkopolskiego, ale także ugruntowane przez wieki mniemanie o wręcz cudownych właściwościach wody okolicznych źródeł, przywracających ochotę małżeńską.
       Sens nazwy tego miasta jest języczkiem u wagi pieczętującym wiarygodność SZAWY jako naczynia toaletowego.

       Uroczej przypowieści o Warsie i Sawie nie mogą przyćmić żadne argumenty jakiegoś Polikarpa czy Kazimierza. Niechaj ta wspaniała legenda, na której wyrosło kilka pokoleń trwa wiecznie! Natomiast daleki potomek Przemka niech dalej paraduje po Plantach Krakowa, owiany jeszcze dodatkową aureolą deszyfratora zawiłego znaczenia dwóch sylab: WAR SZAWA.

       Jednak za karę włączam podsądnego do grona AGRESYWNYCH OSOBOWOŚCI... ...Franc Fiszer, Waldorff, Kałużyński, Tazbir, Miodek, Mazan ...
Kto następny? ... Dłutek, Nowak, Paciorek, Ekiert, Szczydoniecki, Metelski, Zgutka, Polkowski, J. Zawistowski, Wojcieszak, Kuryjański, Sabała, Leonardo Malinowski, Miciałkiewicz, Giler ...
Za dwa lata, jak osiągną moje lata - zobaczymy, osądzimy i ocenimy.
Dłutek i Nowak mają duże szanse, Giler też ...

Polikarp Kazimierz Dunin-Błaszkowski.